Jestem człowiekiem na tyle młodym, że całe szaleństwo związane z kulturą rave w latach dziewięćdziesiątych siłą rzeczy mnie ominęło. Przez długi czas dziwił mnie też przypadający na ostatnie lata revival muzyki techno, masowych imprez rave i klubowych inicjatyw w surowych piwnicach. Zdumienie ustąpiło jednak miejsca zachwytowi, gdy po raz pierwszy dostałem szansę wzięcia udziału w takim projekcie. Nie pamiętam już, czy była to któraś edycja Up to Date Festival, czy może jakaś drobna impreza w białostockim Metrze, ale wtedy właśnie okazało się, że tego rodzaju wydarzenia, poza walorami estetyczno-wizualnymi i muzycznymi, dają też poczucie wolności.

Tym, co najbardziej przyciąga zwykłego laika do Instytutu, jest miejsce. Ogromna hala Instytutu Energetyki sama z siebie jest fascynującym obiektem. Porozsiewane w niej tajemnicze, ogromnych rozmiarów urządzenia, majestatyczne metalowe konstrukcje czy w końcu sama bryła, mogąca śmiało obrazować encyklopedyczny wpis dotyczący socrealizmu. Również lokacja na mapie Warszawy powoduje skojarzenia z klasycznymi rejwowymi imprezami, na które trzeba było dojeżdżać na skraj miasta lub poza nie i błądzić w poszukiwaniu właściwego budynku. To właśnie błąkanie się po ciemnych uliczkach i konieczność długiej podróży spowodowały, że na miejscu pojawiłem się dopiero wpół do pierwszej i to w dodatku już na wejściu zmęczony. Jak się później okazało, nie stanowiło to żadnego problemu.

Carla Roca zagrała bezbłędny set, stanowiący świetne wprowadzenie do reszty nadchodzących nocnych wrażeń. Mimo drobnych kłopotów technicznych (chwilowe przerwy w dźwięku, na szczęście szybko zneutralizowane przez ekipę techniczną), Carla zdołała nadrobić pełną temperamentu, świadomą selekcją. Jak zresztą przystało na profesjonalistkę i osobę obecną na scenie od ponad piętnastu lat.

Live Surgeona odkrył kolejną zaletę Instytutu. Akustyka w tym miejscu jest niesamowita. Potrzebny był właśnie taki występ, bardzo staranny i wielowarstwowy, aby udowodnić, jak skutecznie można tutaj wyłapać każdy dźwięk, jak wszystko wzorowo ze sobą rezonuje, jak bas współgra z resztą wytwarzanych efektów. Anthony Child z chirurgiczną (nomen omen) precyzją budował kolejne brzmieniowe warstwy, zmieniające się co chwila i krążące od minimalu do industrial techno. Surgeon niemal się nie ruszał, tylko w skupieniu operował przyciskami i pokrętłami, pozwalając wszystkim innym wytańczyć się za wsze czasy. Nawet mimo faktu, że set był na tyle obrazowy i sugestywny, iż sprawdziłby się również w roli zniuansowanego słuchowiska.

Vril w ubiegłym roku wydał album „Anima Mundi”, który ma szansę stać się z miejsca jednym z klasyków dub techno. Tym większa ekscytacja towarzyszyła temu występowi, który co prawda nie był aż tak bogaty w tekstury jak wspomniane nagranie, ale zachwycał swoją głębią, tak trudną do uchwycenia podczas domowych odsłuchów. Trzeba to wyraźnie zaakcentować: pochodne dubu w Instytucie czują się jak domu. Nie dane mi było jeszcze usłyszeć, aby dub techno brzmiało tak wyraźnie, dosadnie i monumentalnie, gdyż zawsze rozbijało się o jakieś fizyczne ograniczenia, czy to miejsca, czy nagłośnienia. Nie tym razem. Dlatego też nawiedzony bas nie tylko nie miał problemu, aby sporadycznie być szlachtowanym industrialem, ale też lekko przeplatał się z ambientowymi wstawkami, świetnie kontrastującymi z dźwiękową ścianą. Takim też ambientowym outro Vril zakończył swój występ.

W ten sposób uczestnicy zostali doprowadzeni do setu kończącego całonocną zabawę. Adam Beyer wzniósł się na szczyt swoich możliwości. Ale, całkowicie abstrahując już od tego, że przez pełne dwie godziny potrafił utrzymać najwyższą jakość, prezentując dynamiczną, trzymającą w napięciu i ciągle zmieniającą tempo selekcję techno, ostatnie chwile tego setu przejdą do historii. W rytm „Symbiosis” Enrico Sangiuliano wielkie wrota do Instytutu Energetyki zaczęły się przesuwać. Dymiarki z drugiej strony obiektu również nie próżnowały i tak ściana basu stała się buforem między skrzącym się światłem poranka a gęstym dymem. Na horyzoncie pojawili się fani z transparentem „Happy birthday Adam”, a główny zainteresowany nie przestawał grać, mimo że zegar wskazywał szóstą. Gdy przerwał, fani odśpiewali sto lat – odpowiedź nie mogła być inna niż kontynuacja setu. Ostatecznie Adam zagrał prawie pół godziny dłużej, specjalnie dla publiczności skąpanej w świetle gorącego poranka. Był to widok zapierający dech w piersiach, wspomnienie, które pozostanie w głowie na zawsze.

Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek aż tak cieszyły mnie promienie porannego słońca. Nie pamiętam, abym tak bardzo tryskał energią po sześciogodzinnej, ciągłej imprezie. Co jednak najistotniejsze, nie potrafię przywołać wspomnień chwili, która niosła ze sobą tak dużą dawkę nieskrępowanej wolności (szczególnie patrząc przez pryzmat niedawnych wydarzeń w Gruzji). Instytut wszystkie te luki w pamięci zaktualizował i z miejsca wskoczył na listę ulubionych wydarzeń. A to wszystko w przeddzień Instytut Festival w Twierdzy Modlin – oj, będzie się działo. Organizatorzy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Nie ma więcej wpisów