Beach House » "7"
5.0Wynik ogólny

› Według numerologii liczba siedem reprezentuje perfekcję, bezpieczeństwo i wypoczynek, jest siedem kolorów tęczy, a także siedem dni tygodnia. Tytuł najnowszego albumu Beach House nie wynika tylko z faktu, że jest to ich siódmy krążek w karierze, to coś znacznie więcej – Victoria Legrand twierdzi, że siódemka jest równie wyjątkowa jak numer jeden i w tytule albumu może przekazać znacznie więcej niż słowa. Najwyraźniej dla Beach House jest to szczęśliwa liczba, bo „7” jest prawdziwym arcydziełem, pełnym magii, marzeń, snów i wszystkiego co nieuchwytne. Fakt, że każdy krążek duetu z Baltimore ma te właściwości, ale ten najnowszy jest w ścisłej czołówce obok „Thank You Lucky Stars”, „Bloom” i „Teen Dream”, choć od tego ostatniego dzieli go przepaść brzmieniowa.

Ważną postacią uczestniczącą w procesie rejestrowania nowego materiału jest zawsze producent. Beach House zamienili wieloletniego współpracownika, Chrisa Coady, na Petera Kembera znanego jako Sonic Boom, który to pomógł im dotrzeć w niezbadane dotąd odmęty muzyki. Duet podkreśla, że nawet kiedy eksperymentowali ze swoimi zabawkami w studiu bez konkretnego celu, Sonic Boom ich nie krytykował, a wręcz zachęcał do freestyle’u, co bardzo pozytywnie wpłynęło na cały proces twórczy. Rezultaty świeżego podejścia do muzyki słychać już w otwierającym album „Dark Spring”, które poprzez dynamikę i brzmienie gitar bardziej przypomina Wild Nothing niż dawne Beach House. Teza, że styl duetu z Baltimore zawsze rozpozna się od pierwszych dźwięków piosenki tutaj się nie sprawdza, bo piękny slow jam, którym jest „Pay No Mind” otwierają prawdziwie Cure’owskie gitary.

Na „7” duet pierwszy raz pozwala sobie na eksperymenty z tempem. „Dark Spring” jest dwa razy szybsze niż przeciętny kawałek Beach House, a „Dive” rozpoczyna znajomy dźwięk organów i ten nastrój leniwie niesie nas przez około dwie minuty, aż nagle kawałek zmienia się o 180 stopni i rozpędza do tempa… tanecznego. Podobnie jak jego poprzednika, „7” charakteryzuje przybrudzone brzmienie gitar i dyskretny mrok wychylający się z zakamarków nagrań. Sposób, w jaki Legrand opisuje upojną noc z kochankiem w „Lemon Glow” przyprawia o ciarki na plecach (see the state I’m in, it’s crawling in my skin/ fevers took me back and turned me inside out), a riffy Alexa Scally tylko wzmagają uczucie niepokoju. W „Drunk in L.A.” uchwycili ciemną stronę splendoru miasta aniołów, ale również – jak Legrand powiedziała w jednym z wywiadów – pewien stan umysłu objawiający się żądzą podziwu oraz sukcesu. Wisienką na torcie w kwestii mroku jest „Black Car” – w tym kawałku syntezatory tracą bajkowy odcień i przechodzą na stronę koszmaru, wokal przepuszczony przez efekty dociera do nas jakby z otchłani, a tekst sprawia, że zaczynamy się czuć odrobinę nieswojo (you want to go inside the cold, it’s like a tomb…).

Integralnym elementem nowego brzmienia Beach House są gitary. Zwrot z stronę wciąż łagodnych, chociaż brudnych riffów był już ewidentny na „Thank You Lucky Stars” gdzie za ich sprawą powiało nowością. Najlepsze kawałki na „7”, razem z rozbuchanym finałem, zawdzięczamy po części temu instrumentowi, jednak również syntezatory nabierają tu ciekawego charakteru. Początek „Lose Your Smile”, czy to co dzieje się w tle w „Woo” sugerują zapożyczenia z chillwave’u, co również stosunkowo niedawno przydarzyło się Australijczykom z Pond.

Bardzo często kiedy artysta słynie z charakterystycznego stylu nasza wyobraźnia nie wystarcza aby przewidzieć potencjalne zmiany wcześniej obranego kierunku. Na szczęście Beach House mają wystarczająco dużo kreatywności i chęci do eksplorowania nowych rejonów w muzyce, żeby wciąż nas zaskakiwać. Jeśli ktoś myślał, że nie mogą przeskoczyć poziomu „Teen Dream” to z przyjemnością oznajmiam, że mogą – a co więcej, robią to z każdym kolejnym albumem. ♦

Nie ma więcej wpisów