Chvrches » "Love is Dead"
3.8Wynik ogólny

» Chvrches znani są szerszej publiczności od 2012 roku kiedy to zrobili furorę przebojowym „The Mother We Share” i mimo że wciąż utrzymują się w ścisłej czołówce, nigdy nie mieli singla w pierwszej dziesiątce. „Love is Dead” może to zmienić chociażby dlatego, że zespół, którego członkowie przenieśli się z Glasgow do Nowego Jorku, wybrał na producenta Grega Kurstina znanego ze współpracy z m.in. Adele czy Lily Allen. Chvrches to może nie ta sama liga co Adele pod względem przystępności piosenek, ale słuchając utworów z ich trzeciego krążka, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ich apetyt na komercyjny sukces rośnie.

Album wyprodukowano z rozmachem i nie ma tu żadnych półśrodków – potężne beaty, głośne syntezatory, Lauren Mayberry wykrzykująca swoją złość. Fakt, ich dwa poprzednie krążki też zawierały takie momenty, jednak na „Love Is Dead” prawie każdy kawałek pretenduje do grona przeboju. Od mocnego otwarcia, którym jest „Graffiti”, aż do prawie samego końca zespół nie daje nam odpocząć, ściana syntezatorów wraz z automatem perkusyjnym uderzają w nas z wielką siłą i prawie pochłaniają wokal. Mayberry jednak dzielnie się broni, dając upust swoim emocjom. A właściwie frustracji, bo właśnie z bezceremonialnego wyrażania opinii słynie ona najbardziej.

Teksty na albumie można interpretować na różne sposoby. Kiedy w „Never Say Die” charyzmatyczna wokalistka mówi all you want is to play at playing God nie mamy pewności czy jest to skierowane do byłego chłopaka czy raczej celuje to w polityków. „Graves” jest już bardziej dosłowne, kiedy Mayberry śpiewa do you really expect us to care what you’re waiting for? / when you’re high in your castle, keeping an eye on the door można domyślić się, że ma na myśli konkretnego, wszystkim znanego amerykańskiego polityka. „My Enemy” z gościnnym udziałem Matta Berningera oferuje wytchnienie od hałasu. Wokalista The National wraz z liderką Chvrches odgrywają tu parę kochanków, którzy nawzajem oskarżają się o wrogość i zobojętnienie. Tak jak malarz dobiera barwy do swojego obrazu, tak szkockie trio i ich producent dopasowali brzmienie syntezatorów do sytuacji, ich zimny odcień w tym kawałku dodatkowo podkreśla chłód i brak ciepłych uczuć panujący między tymi dwiema osobami.

„Miracle” to kolejny klubowy banger obfitujący w potężne beaty, murowany przebój. Gorzej, że do złudzenia przypomina słynne „Apologize” One Republic nagrane wraz z – w tamtym czasie najbardziej popularnym producentem – Timbalandem. Singlowe „Miracle” jest esencją tego z czym Chvrches mają problem na tym albumie. Przebojowa produkcja, wpadające w ucho melodie i zawsze uroczo brzmiący wokal Mayberry to niby wszystko czego każdy zespół by chciał, a przynajmniej każdy komercyjny zespół. Tym krążkiem trio z Glasgow chce awansować do wielkiego świata, a producent-czarodziej, który pomógł Adele osiągnąć szczyt bardzo może im w tym pomóc. Jednak Adele, kiedy stała się wielką divą straciła swoją oryginalność, która towarzyszyła jej na pierwszym albumie. Chvrches albo świadomie porzucają swoje indie korzenie i chęć wzorowania się chociażby na Depeche Mode, albo chęć sukcesu zaprowadziła ich w rejony, w które nie planowali się zagłębiać.

Patrząc na album w kategoriach sukcesu komercyjnego to trzeba przyznać, że zespół wykonał kawał dobrej roboty, bo wspomniane już „Graffiti”, „Get Out”, „Miracle” czy zamykający album „Wonderland” to doskonałe popowe kawałki i świetnie się ich słucha – w klubie lub w domu, na cały regulator. Jedyne, o co można je oskarżyć to brak jakiegoś elementu wyróżniającego je spośród wielu innych popowych piosenek. ♦

Nie ma więcej wpisów