Festiwali muzycznych w Polsce wbrew pozorom jest dużo. Chociaż rynek nie wydaje się być przesycony, wcale nie jest łatwo przyciągnąć słuchaczy jakąkolwiek inicjatywą, nawet jeśli znajdzie się tam jedno lub dwa znane nazwiska. Dlatego trzeba szukać innej drogi, co udało się w Białymstoku organizatorom Halfway Festival.

Dla mnie osobiście przygoda z festiwalem rozpoczęła się w 2013 roku, Podczas przechadzki po mieście zauważyłem wielki baner reklamujący drugą edycję Halfwaya. Local Natives, Sóley czy SoKo to nazwiska, które obiły się o uszy nawet mi, wtedy jeszcze muzycznemu laikowi. Cena karnetu była śmiesznie niska, ale niestety, wewnętrzna niechęć do wydawania pieniędzy na muzykę (na szczęście szybko po tym wydarzeniu stłumiona) przeszkodziła mi w nabyciu biletu i uniemożliwiła uczestnictwo w festiwalu. Nie muszę chyba dodawać, że żałuję do dzisiaj?

Rok później nie popełniłem już tego błędu i doroczna tradycja (z wyjątkiem edycji czwartej) trwa do dzisiaj. Nie wyobrażam sobie, żeby wakacje mogły zacząć się inaczej niż w Amfiteatrze Opery i Filharmonii Podlaskiej. Z podobnego założenia wychodzi lwia część uczestników festiwalu, którzy są jego stałymi bywalcami – pod koniec czerwca przewijają się tu te same twarze, bo mnóstwo ludzi co roku właśnie tak, celebrując muzykę, postanawia spędzić wolny czas letniego weekendu.

Właśnie wokół przeżywania festiwalu i różnic między Halfwayem a innymi muzycznymi imprezami krąży tematyka filmu promującego tegoroczną jego odsłonę. Nieobeznanych z tematem zapraszam tutaj i już śpieszę z wytłumaczeniem: to wszystko, co właśnie obejrzeliście, jest prawdą i rzeczywiście ludzie do Białegostoku przyjeżdżają słuchać muzyki i tylko na to są nastawieni. A organizatorzy świetnie ten fakt rozumieją, co owocuje skuteczną komitywą (i brakiem barierek oraz sztucznych zakazów).

Dowody? Proszę bardzo. Co roku Halfway zachęca do podzielenia się swoją opinią o festiwalu w ankiecie i prosi o podanie swoich propozycji na kolejne gwiazdy. Najczęściej padającą odpowiedzią wcale nie jest „Sigur Rós” czy „Bon Iver”, a: „zdajemy się na was”, „mamy do was zaufanie”, „przyjedziemy i tak”. To już nawet nie jest kwestia programu i zaproszonych artystów, to kwestia braterskiej wręcz atmosfery i wzajemnego zaufania.

Kolejnym na to dowodem jest sytuacja sprzed dwóch lat. Na zakończenie pierwszego dnia festiwalu miał wystąpić Destroyer. Niestety, okazało się, że muzycy popełnili błąd w planowaniu trasy i byli zmuszeni wyjechać wcześniej niż uprzednio postanowili. Organizatorzy stanęli przed wyborem: zostawić koncert o zapowiedzianej godzinie, czyniąc go tym samym krótszym, czy przesunąć występ na wcześniejszą porę. Decyzji nie podjęli sami. Zapytali o zdanie uczestników i dopiero po usłyszeniu ich opinii postanowili zamienić sloty. Również podczas ME w piłce nożnej uzgodnili przesunięcie odrobinę pierwszego występu, aby pozwolić dokończyć niektórym oglądanie meczu polskich reprezentantów. Taka dbałość o każdego widza ogromnie cieszy.

Także artyści są pod ogromnym wrażeniem festiwalu. Zaskakująco pozytywne reakcje Acollective, Eivør (która niedawno wróciła na trasę do Polski), Christine Owman czy w końcu największego ambasadora Halfwaya – grupy Local Natives, świadczą o wyjątkowej atmosferze i szczególnych warunkach, jakie panują na terenie imprezy.

Właśnie dzięki tym ostatnim organizatorzy mają nieco łatwiej w sprowadzaniu kolejnych zespołów. Przekonanie do siebie zarówno samych Local Natives, jak i stojącej za nimi agencji i managmentu, przesunęło festiwal klasę wyżej, od niewidzialnych bezimiennych do uznanej marki, stojącej jednak cierpliwie na końcu kolejki oczekiwań na artystów. W przypadku imprezy tak kameralnej i z tak małym budżetem stanowi to niesamowity wyczyn. Między innymi dlatego też udało się w tym roku sprowadzić do Białegostoku Low. Wystarczyło wyrazić chęć ściągnięcia tu zespołu. Początkowa odmowa, powodowana brakiem europejskiej trasy, po pewnym czasie przerodziła się w zgodę, będącą skutkiem kreowania przez agencję zespołu kolejnych koncertowych planów. W ten sposób już 29 czerwca Low zagrają w Amfiteatrze Opery i Filharmoni Podlaskiej. Będzie to jeden z zaledwie kilku ich występów na Starym Kontynencie w tym sezonie.

Organizatorzy jasno stwierdzają, że trudno jest wybrać z programu imprezy artystów szczególnie godnych polecenia, bo wtedy zawsze traktuje się po macoszemu innych, a zobaczyć warto bezwzględnie każdego (szczególnie, że na Halfwayu żadne koncerty się nie pokrywają, a scena jest jedna). Mimo to zwracają szczególną uwagę na Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp XXL, bo hołdują oni jednej z głównych idei festiwalu – łączeniu muzyki popularnej z klasyczną, do czego w pewien sposób zobowiązuje lokacja. W ubiegłych latach muzycy Opery i Filharmonii Podlaskiej towarzyszyli na scenie m. in. Eivør czy Moddiemu, tym razem na scenie pojawi się czternastoosobowa orkiestra ze Szwajcarii. Warto również zwrócić uwagę na najbardziej szaloną część tria Au Revoir Simone – Annie Hart oraz Jane Weaver, artystkę wielokrotnie docenianą przez zagranicznych recenzentów (same pozytywne recenzje na Metacritic za zeszłoroczny album „Modern Kosmology”), ale wciąż małą znaną.

Jako że na Halfwayu zawsze ważne było słowo, szczególnie w muzyce, ono właśnie stanie się tematem codziennych dyskusji. W piątek 29 czerwca o godzinie 18:00 redaktor Bartosz Sadulski poprowadzi panel pt. „Po co tekstom piosenki?” z udziałem Doroty Masłowskiej (pisarki, Mister D.), Alex Freiheit (poetki, SIKSA) i Pawła Sajewicza (pisarza, krytyka muzycznego). W sobotę, tyle że o 14:00, Jarosław Szubrycht z Gazety Magnetofonowej zapyta: „Po co muzyce teksty?”. Odpowiedzą mu Natalia Fiedorczuk (pisarka, Natalie and the Loners), Agata Trafalska (autorka tekstów, malarka), Helena Marzec (freelancerka, Dog Whistle) i Paweł Jóźwicki (Jazzboy). Ostatniego dnia imprezy, również o 14:00, dyskusja, pod przewodnictwem redaktorki Haliny Jasonek z Onet.pl, potoczy się na temat „W sieci sieci. Po co tekstom i muzyce sieć?”. Wezmą w niej udział Agnieszka Słodownik (Odbiornik, Dwutygodnik), Mariusz Herma (Beehype), Michał Turowski (BDTA) i Michał Wieczorek (social media, Na obrzeżach). Abstrahując od dyskusji – tego dnia, w godzinach 11:00 – 16:00, odbędzie się również tradycyjny Targ Śniadaniowy.

Trochę śmieszne jest, że w XXI wieku ciągle trzeba zmagać się z mitem, iż Białystok leży na końcu świata. Ale może trochę liczb. Podróż pociągiem z Warszawy trwa dwie godziny i piętnaście minut. To mniej więcej tyle, ile dojazd samochodem z centrum stolicy do podwarszawskich miejscowości w piątkowych godzinach szczytu. Z dworca na festiwal można dotrzeć pieszo. Taki spacer, nawet z bagażami, trwa nie dłużej niż 15 minut. W zasadzie wszystkie hotele i motele, w których można się zatrzymać, rozsiane są dookoła Opery w odległości maksymalnie kilometra. Bardziej komfortowych warunków pobytu nie można sobie wymarzyć. A sam Białystok? Siódme najczystsze miasto w Europie, ostoja spokoju i zieleni. Zatrzymanie się tutaj na trzy dni daje przypływ chęci do życia i pozwala odetchnąć. Jeśli połączymy to ze świetną muzyką i kameralną atmosferą, utrzymaną w duchu dobrych relacji między artystami, słuchaczami a organizatorami, jawi się obraz weekendu idealnego. Czy naprawdę warto przegapić taką okazję?

Więcej informacji o line-upie, rozpisce godzinowej i cenach biletów tutaj i tutaj.

Nie ma więcej wpisów