W tym roku Halfway czekało naprawdę trudne zadanie. Przy mniejszej liczbie naprawdę wielkich gwiazd w programie (w porównaniu do poprzednich edycji) i w obliczu konieczności konkurowania z Tauronem oraz festiwalem Inne Brzmienia, białostocka impreza musiała prawdziwie pokazać, czym wyróżnia się z tłumu. A jak na złość, problemy zrobiła również pogoda, która zdołała spaść o ponad piętnaście stopni…

Seasonal idealnie wpisuje się w etos wytrwałego niszowego artysty, który od lat tworzy nie bacząc na komercyjny sukces. Stał się rozpoznawalny na białostockiej scenie (ale nie tylko – album „Loneliness Manual” ma ponad sto tysięcy wyświetleń na Youtube) w ogóle nie koncertując. Halfway pozwolił mu zadebiutować na żywo w pełnej krasie – podczas godzinnego występu z gitarzystą u boku. Maciej świetnie się przygotował i zagrał właściwie bezbłędnie. Niestety, gdzieś wkradła się monotonia, a obecna gitara elektryczna też nie za bardzo ratowała sytuację. To dobry start, ale zdecydowanie za mało, żeby utrzymać publikę w stanie pełnego skupienia przez godzinę. Niemniej trochę praktyki i koncertowego doświadczenia powinno wystarczyć, żeby móc szykować się do ogólnopolskiej trasy.

Amiina świetnie dobrała sobie film do dźwiękowych wojaży („Juve Contre Fantômas” z 1913 roku), ale w pewnym sensie okazało się to zgubne, gdyż ciekawa fabuła zmuszała raczej do oglądania aniżeli śledzenia muzyków. Z drugiej jednak strony oni sami nie chcieli chyba być śledzeni, pozwolili bowiem całkowicie ukryć się w ciemności. Bardzo zgrabnie operowali charakterystycznymi motywami w „zwyczajnych” momentach, jak również budowali napięcie i grozę w chwilach tego potrzebujących. Przyznać trzeba, że muzyka brzmiała tak, jakby to film powstał do niej, a to chyba największy sukces tego typu przedsięwzięć.

Cóż można powiedzieć o Low? Że jest to zespół legendarny wie każdy, kto choć trochę interesuje się muzyką, trudno więc było nie mieć przed tym koncertem żadnych oczekiwań. Te jednak okazały się zgubne – trio zagrało zupełnie inaczej, niż można to było sobie wyobrażać. Setlista przepełniona była utworami z nadchodzącego „Double Negative” i poprzedniego „Ones and Sixes”, zdecydowanie zabrakło natomiast większej liczby kompozycji z pierwszych płyt zespołu. Momentami rzeczywiście było to kojące slowcore, częściej jednak elegancki art pop albo nawet nieśmiały shoegaze. Post-industrialowe elementy nowych singli zostały zastąpione gitarą (elektroniczny podkład wyraźnie pojawił się bodaj dwa razy), a największe wrażenie robiły przepiękne wokalne harmonie Alana i Mimi. Półtorej godziny minęło w mgnieniu oka i chociaż można narzekać na brak „Lullaby”, „Sunflower”. „Words” czy nawet „Breaker” (co zresztą na początku robiłem), to coraz bardziej wzbiera świadomość, że białostocki koncert był doświadczeniem transcendentalnym. Takim, które docenia się dopiero po czasie, a początkowy niedosyt jest wynikiem jedynie zbyt wygórowanych oczekiwań.

Otwarcie drugiego dnia festiwalu przez zespół Ugla było swoistym powrotem do źródła (historia Halfwaya zaczęła się od Op!era Folk Festival i Songwriting Op!era Festival), gdyż kwartet pod przewodnictwem Magdaleny Sowul obficie czerpie z muzyki korzeni. Nie tylko swoim akustycznym instrumentarium (wspieranym looperem), ale również tekstami z pogranicza ludowych opowieści i śpiewanej poezji. To idealne miejsce na apel do organizatorów: chcemy więcej world music!

Na początku wielu fanom Au Revoir Simone musiało być żal, że do Białegostoku przyjedzie nie cały zespół, a tylko Annie Hart. Jak się okazało, artystka potrafiła ten defekt zamienić w swój największy atut. Swoją osobowością zdołała wypełnić całą scenę, nie bojąc się wzbogacać swojego występu o elementy performansu, skupiając uwagę w pełni na sobie i opowiadanych przez siebie historiach. W spokojniejszej części występu postanowiła boso przejść się po amfiteatrze jednocześnie śpiewając, a gdyby tylko zasięg mikrofonu na to pozwolił, gotowa była wyjść poza jego obręb. Druga, bardziej energetyczna odsłona koncertu, bogata była w głębokie, gęste syntezatory i taneczne ruchy samej Annie. Na takie właśnie niespodzianki czeka się na Halfwayu. Oby niesamowicie ciepłe przyjęcie zachęciło artystkę do rychłego powrotu – tym razem już z koleżankami.

Zawsze musi się znaleźć miejsce do ponarzekania, tym razem paść musiało na estoński zespół Pia Fraus. Niestety, grupa dała całkowicie bezwyrazowy, nudny koncert, prezentujący wszystko to, co akurat w shoegaze i dream popie nieciekawe. Ściana dźwięku nie robiła wrażenia, a koncert stawał się interesujący jedynie wtedy, gdy była ona łamana czy to przez klawisze, czy przez melodyjne gitarowe wstawki. Zabrakło muzycznego zdecydowania – próba obejścia gatunkowego schematu mogłaby zakończyć się sukcesem, podobnie jak podkręcenie głośności i wyjście z rozmarzonego, zbyt lekkiego klimatu. A tak zestaw piosenek wypadł z głowy jeszcze zanim zdołał się w niej na dobre rozgościć.

Jane Weaver nie mogła pozwolić sobie na błędy – tych po prostu nie można popełniać, gdy jedzie się w trasę promującą jeden z najlepiej przyjętych albumów ubiegłego roku. „Modern Cosmology” wybrzmiało bodaj w całości, odsłaniając przed publicznością nie tylko wspaniały wokal samej Jane, ale również dalece przystępną odsłonę psychodelicznego popu, tak lekką w swojej formie, że aż nieziemską. Wisienką na torcie były jednak trochę starsze utwory artystki: syntezatorowe „I Need a Connection”, pełne dźwiękowych ozdobników „The Fallen by Watchbird” i w końcu piękne „Don’t Take My Soul”.

Jakimś cudem koncert Villagers okazał się największym zaskoczeniem pierwszego dnia. Bo o ile jakości Jane Weaver można było się spodziewać, o tyle Irlandczycy nie stanowili już takiego pewniaka. W wydaniu studyjnym ich muzyka nie jest szczególnie porywająca i nie mogłem się do niej przekonać (poza „The Waves”, którego niestety zabrakło podczas białostockiego koncertu), a koncertowa forma też stała pod znakiem zapytania, gdyż zespół wraca do występów na żywo po przerwie. Sprzymierzeńcem okazał się alkohol. Conor O’Brien nieco z nim przesadził przed wejściem na scenę i był w stanie, który chyba najbardziej sprzyja twórczym aktywnościom. Biegał z gitarą po scenie, klękał na ziemi, skakał na jednej nodze (również podczas „Real Go-Getter” traktującego o depresji), sporo mówił i co chwila wprawiał wszystkich w dobry humor. Muzycznie koncert wypadł wyjątkowo dobrze, bogate tło zapewniły trąbki i klawisze, ale i tak główną rolę grała akustyczna gitara Conora, tego wieczora eksploatowana do granic wytrzymałości. W setliście pojawiło się kilka utworów z niewydanego jeszcze albumu (na czele ze świetnym na żywo „A Trick of the Light”) oraz starsze „Occupy Your Mind”, „Nothing Arrived” czy „Hot Scary Summer”. Nie mogło też zabraknąć „Courage”, użytego w filmie promującym tegoroczną edycję festiwalu, który to publika przywitała szczególnie głośną owacją. Nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze czerpać radość z tak lekkiego i niezobowiązującego indie folku.

Niedzielę, najzimniejszy dzień festiwalu, otworzył koncert Francisa Tuana. Zdołał on już od początku podgrzać atmosferę, ale przede wszystkim umilić czas. Francis opowiadał swoim radiowym głosem o wykonywanych utworach, jak również o wietnamskich instrumentach, którymi czasem się posługiwał. Z jego kompozycji płynęła ogromna dawka radości, nawet, gdy same teksty bywały nieco bardziej melancholijne. I ta właśnie radość udzieliła się wszystkim dookoła.

Tonqixod są na dobrej drodze poszukiwania własnego stylu. Na razie jednak białoruskie trio krążyło jakby po omacku między post hardcore, punkiem a czymś zahaczającym o psychodeliczny rock, czasem uciekając się do śpiewu, innym razem do melorecytacji. Zabrakło wyrazistych argumentów udowadniających, że warto zostać przy tej muzyce na dłużej, ale zespół był chyba tego świadomy, bo koncert trwał tylko nieco ponad trzy kwadranse. Szkoda, bo był potencjał, ale szanse na udaną przyszłość Białorusini ciągle mają, może potrzebują tylko więcej brzmieniowej spójności.

Nie jestem w stanie stwierdzić, dlaczego koncert Anny Ternheim okazał się taki szczególny. Zaczynało się zwyczajnie, nawet zbyt przewidywalnie, ale w pewnym momencie sceniczna chemia między Anną i towarzyszącym jej Martinem Hederosem zaczęła powoli wywoływać coraz więcej emocji, aż do kulminacyjnego momentu w postaci „My Heart Still Beats for You”. Wewnętrzne poruszenie nie było wynikiem historii wyśpiewywanych silnym głosem artystki ani dźwięków im towarzyszących, a raczej pochodziło z poczucia pełnej harmonii – między muzykami na scenie, publiką i całym otoczeniem. Obawiam się, że tego stanu nie da się opisać, ale musiał być on powszechny, skoro Anna została pożegnana długą owacją na stojąco.

Orchestre Tout Puissant Marcel Duchamp XXL zapewnili wszystkim zebranym doznania muzyczne tak obfite, że nie było problemu ani z temperaturą, ani z deszczem, ani ze zmęczeniem. Trudno mówić o ich muzyce inaczej, niż jako o wybuchowej mieszance afrobeatu, awangardowego popu i art rocka (bo nie można zapominać o szalonych gitarach), chociaż trudno w gatunkowe ramy ująć energię i pasję, którą emanowało czternaścioro muzyków. Już po drugim utworze cały amfiteatr wstał i tańczył, a w ostatnich minutach koncertu publiczność wbiegła na scenę, aby bez skrępowania pląsać wśród muzyków. Tak, to właśnie festiwal bez barierek, w dodatku z grubą nicią porozumienia między artystami a słuchaczami.

Rodzinną atmosferę po koncercie orkiestry spotęgowały jeszcze serdeczne podziękowania i wspólne zdjęcie. W ten sposób przyszedł czas na wieńczący imprezę koncert The Besnard Lakes. Z góry przyznaję – ja takie granie kupuję od pierwszego dźwięku. Umiejętnie zagrany shoegaze, w dodatku z intrygującym wokalem, jest na wagę złota i chociaż świetnie zdaję sobie sprawę, że grupa nie sięgała po żadne wysublimowane środki, to osiągnęła brzmienie całkowicie satysfakcjonujące. „Like the Ocean, Like the Innocent” porwało wyłaniającymi się z gąszczu dźwięków solówkami, „Tungsten 4: The Refugee” ujęło fragmentem, podczas którego Jace i Steve wzajemnie uderzali w struny swoich gitar, a „And You Lied to Me”, wyśpiewany przez małżeństwo wspólnie, oczarował lekko psychodelicznymi odjazdami w drugiej połowie. Szkoda, że liczne grono widzów opuściło wcześniej koncert trzęsąc się z zimna, nie mogli oni bowiem usłyszeć słów Steve’a, od których zrobiło się ciepło w sercu: „You are the best festival in the world!”.

Poza wrażeniami czysto muzycznymi i emocjonalnymi po zakończeniu tegorocznego Halfwaya nasuwa się bardzo ważny wniosek: impreza stała się modna. W Białymstoku, mieście, w którym na koncert Innercity Ensemble nie można uzbierać pięćdziesięciu osób a na występ L.Stadt trzeba niemal zgarniać ludzi z ulicy, amfiteatr był pełny, w dużej mierze dzięki osobom, które na co dzień w podobnych wydarzeniach nie uczestniczą, ale zostały przyciągnięte dobrą sławą imprezy. Zasłużoną, bo docenianą przez artystów, a będącą wynikiem ciężkiej pracy oddanego grona organizatorów, wolontariuszy, partnerów i innych „dobrych duchów” festiwalu. W tym roku jasno można powiedzieć: Halfway Festival to marka, a dzięki takiemu rozwojowi sytuacji Amfiteatr Opery i Filharmonii Podlaskiej prawdopodobnie już co roku będzie wypełniony po brzegi, bez względu na zaproszonych gości i kapryśną pogodę.

Nie ma więcej wpisów