Od kilku lat jestem stałą bywalczynią Tauron Nowej Muzyki Katowice i mam okazję z bliższej perspektywy przyglądać się jego ewolucji. Nie da się bowiem ukryć, że festiwal na pewno nie stoi w miejscu: na przestrzeni lat z małego, nikomu nieznanemu wydarzenia przeistacza się i pęcznieje, tężeje i wyrasta jakby powoli na lokalny, śląski Opener. Aż strach pomyśleć co będzie dalej – na przykład podczas jego dwudziestej edycji, gdy wyjdzie poza granice Muzeum Śląskiego i opanuje prawie całą konurbację górnośląską…

Spoglądając jedynie na tegoroczną edycję, pod wieloma względami było rekordowo – przynajmniej spoglądając na informacje udostępnione przez organizatorów festiwalu. Zapowiedzianych 7 scen, 62 artystów i 20 krajów z których pochodzili, rzeczywiście robiło wrażenie, ale tylko na piśmie. Ów ogrom rozpłynął się jakoś po terenie Muzeum Śląskiego, które choć nadal wdzięcznie radzi sobie jako sztafaż wydarzenia, to logistycznie trochę daje ciała: gdzieś w tej wiecznej wędrówce między najbardziej krańcowymi scenami ginie magia małego niezależnego festiwalu, jakim niegdyś był Tauron. I to boli chyba najbardziej, bardziej niż świadomość, że jeżdżąc na ten sam festiwal coraz trudniej o zaskoczenie.

Teren festiwalowy / mat. prasowe

Może jednak nie o zaskoczenie, ale o zadowolenie chodzi? Muzycznie usatysfakcjonowało mnie kilka występów. Po dość długim wyczekiwaniu na bombę piątku, na scenę wszedł w końcu DJ Stingray, który błysnął pulsującym i energetycznym obliczem detroit electro, przynoszącym na myśl futurystyczne obrazy z książek science-fiction. Nie da się zaprzeczyć niebywałym zdolnościom miksowania Stingraya, łączącego w swoich setach zapomniane klasyki tego rodzaju grania oraz dokonania artystów bardziej współczesnych, którzy swatają electro z techno. Widać, że DJ szczególnie upodobał sobie “Submit X” Gesloten Cirkela – umieścił go też w przygotowanym dla Tresora miksie “Kern 4”. Szczerze polecam go osobom, które równie dobrze jak ja bawiły się przez 2 godziny na scenie Red Bulla.

Numerem jeden i moim nowym odkryciem była Courtesy – DJ-ka z Danii, która do serca wzięła sobie fakt, że muzycznie wieńczy trzeci dzień festiwalu (grała od 5:00 do 7:00 rano) i będzie grała do wygłodniałych jeszcze zabawy festiwalowiczów. Jej występ nie miał słabych punktów – równomiernie rozłożyła siły między acid a charakterne techno, utrzymując wysokie tempo i wprowadzając wiele punktów kulminacyjnych – myślę, że mogłaby napisać naprawdę pożyteczny poradnik jak grać w peak timie. Przesłuchiwałam kilka jej podcastów wcześniej, a i tym razem pokazała inną twarz – zdaje się, że to domena naprawdę uzdolnionych DJ-ów, a cały świat jeszcze zdąży nieraz zachwycić się Courtesy.

Lekki niedosyt pozostawił po sobie Tolouse Low Trax, który grał też interesująco (występ live) i wprowadził w znany ze swoich produkcji plemienny klimat, ale psuł go też jednocześnie wprowadzanymi przerwami między utworami. Czyżby chciał, żeby ludzie w tak zwanym międzyczasie sobie poklaskali? Również sobotni występ live Aurory Halal i Ital Teka pod aliasem Halal & Relaxer zawiódł pokładane w nim oczekiwania. Miało być paranoicznie i psychodelicznie, a wyszło jak wyszło – jednostajnie i lo-fi, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu.

W sobotę warto było pojawić się na festiwalu dla występu / performance’u / show Arca. Wtajemniczeni wiedzą, że serwuje on słuchaczom prawdziwie szokującą ucztę dla oka i ucha, choć jak na jego możliwości w Katowicach było i tak grzecznie, a może nawet lekko od niechcenia. Trochę poświecił tyłkiem w swoim lateksowym fikuśnym kostiumie, trochę powyginał się na scenie, trochę pomachał długimi nogami w kabaretkach, ale ostatecznie trochę pośpiewał, powplatał do miksu contemporary R&B i przaśne wałki z Ameryki Południowej, posamplował kawałki Madonny, a wszystko to w akompaniamencie odpychających wizualizacji. Całość odebrałam jako autentyczną, bo nawet jeśli ktoś zarzuci mu kiczowatość, to właśnie taki ten Arca jest. Odbiór jego koncertu był raczej negatywny – być może publiczność spodziewała się wydatniejszej promocji opartego na wokalach zeszłorocznego albumu “Arca”, ale w sumie jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze.

Arca / mat. prasowe

Lekkim rozczarowaniem był dla mnie koncert otwarcia – Carl Craig prezentujący na żywo album “Versus” w wersji symfonicznej. Muzykowi towarzyszyła orkiestra NOSPR. Występy będące syntezą muzyki technicznej i klasycznej nie są czymś nowym, ale jednocześnie pomysł nadal się nie nudzi – połączenie repetytywnych sekwencji wraz z żywym instrumentarium nadaje brzmieniu bardziej wyrafinowany charakter i zostawia człowieka w euforii. Wydawało się więc, że zaproszenie Craiga nie może się nie udać, bo jego występy pod tym szyldem obeszły się szerokim echem, ale i w tym wypadku nie zaskoczyło do końca między dyrygentem, muzykiem i orkiestrą. W oryginalnym zamyśle na scenie występował Francesco Tristano oraz Les Siecles Orchestra pod batutą Francoisa-Xaviera Rotha, artyści rozciągali godzinny materiał albumu na dwie godziny improwizacji i kilka bisów, a tu dostaliśmy mocno okrojoną wersję, podobnie jak w wypadku Arcy – lekko od niechcenia Ponadto Carl Craig nie uskutecznił nawet jednego bisa mimo entuzjastycznej reakcji dość licznie zgromadzonej w NOSPR publiczności, co było ostatecznym dowodem jego olewczego stosunku do całego przedsięwzięcia.

Mam wrażenie, że co roku wrażenia z Taurona Nowej Muzyki można streścić w stwierdzeniu, że było w miarę fajnie, ale zawsze jest jakieś “ale”, co zwykle przekłada się na odczuwanie po raz kolejny mocnego niedosytu muzycznego i rozczarowania. Nie da się ukryć, że tegoroczny line-up prezentował się nieco ubożej, chociażby w porównaniu z rokiem poprzednim czy tym z 2016. Nie udało się niestety zrekompensować nieobecności sceny Electronic Beats, mimo szczerych chęci i powołania w jej miejsce More Music Hall, mającej w założeniu promować muzykę odbieraną polisensorycznie, w połączeniu z wizualizacjami i grą świateł. Ciężko gdybać, na ile pogoda miała znaczenie w podejmowaniu decyzji o partycypacji w festiwalu (zasada: jak nie masz o czym mówić, to mów o pogodzie), ale zdaje się, że i pod względem frekwencji nie da się wystawić wydarzeniu pozytywnych not. Co roku, gdy festiwal się kończy, można też zadać pytanie, czy rzeczywiście promuje on nową muzykę, czy widziałem coś nowego, quo vadis domine? Dlaczego po raz kolejny moja prezencja tam opiera się głównie na scenie Red Bull Music Academy Weekender? Być może powinni pochylić się nad tym zagadnieniem organizatorzy, układając line-up kolejnej czy też dwudziestej już edycji i mając mocno na uwadze to, że nie ma na świecie nic gorszego niż nuda. (ao)

 

Dobrze jest, gdy po opuszczeniu strefy festiwalowej ma się w sobie sporą dawkę energetycznego podładowania, przy jednoczesnych elementach słodkiego wymęczenia i emocjonalnego niedostatku wrażeń. Gorzej, jeśli wszystkie uczucia związane z przebytą właśnie muzyczną przygodą zanikają po parunastu minutach, a w głowie pojawia się odwieczne pytanie: co ja zrobię na obiad, jak sklepy będą pozamykane? No dobrze, to się nieco kłóci z rzeczywistością, bo zakończenie festiwalu zbiegło się akurat z niedzielą handlową – co nie znaczy, że ten krótki i jakże zabawny wycinek z życia nie pokazuje mojego ówczesnego stanu na dzień 1 lipca o godzinie 04:08 nad ranem.

Chciałbym z góry odrzucić czynnik spełnienia (bądź nie) moich osobistych oczekiwań względem poszczególnych artystów, jako głównego powodu tego stanu rzeczy. A jednak nie do końca mogę. Bo choć była to pierwsza od kilku lat edycja, która nie miała dla mnie punktu centralnego, na którym mógłbym oprzeć swoją chęć pojawienia się pod sceną (no, może poza jednym), to jednak nie mogłem pozostać obojętny na myśl o pojawieniu się na występach niektórych artystów.

W piątek taki Photay skutecznie rozbudził i nastawił pozytywnie na resztę wieczoru, wykonując swój live przepełniony charakterystyczną rytmiką i egzotycznymi odniesieniami. A do tych zawsze mi tęskno, myśląc o scenie Carbon – która tym razem funkcjonowała pod szyldem “Dance/Friends!”. Nie gorzej spisał się przedstawiciel z nieco mniej niecodziennych Czech, czyli dné, swoim klawiszowym minimalizmem próbujący skutecznie nastroić napływających tego dnia uczestników festiwalu. Było to powitanie godne, choć sam występ to wciąż była raczej przystawka przed kolejnymi daniami serwowanymi tego wieczora.

Być może wcale nie przystawkami, ale jednak daniami nieco tylko odgrzewanymi były występy rodzimych Baascha i Manoida, a w sobotni wieczór także Bokki. Wszyscy oni zaprezentowali się na scenie Red Bull z całkiem dobrej strony, ale chyba każdy, kto już raz widział tych artystów w akcji, jest przyzwyczajony do pewnego poziomu występu i tego, czego może się po nich spodziewać. Krajowa scena wciąż daje radę, choć może zgodnie z nazwą festiwalu należałoby liczyć na coś nowego?

Z kolei godzinny set Mura Masy przepełniony refrenowymi bangerami uskuteczniał bezpretensjonalne tańce na Scenie Miasta Muzyki. Okazało się bowiem, że nawet bez muzycznych gości (a.k.a. świetlistych punktów jego debiutanckiego wydawnictwa) z jedną tylko Fliss władającą mikrofonem, można było zawojować scenę, zarażając publikę nieskończoną energią sceniczną wokalistki, która dodatkowo dobrze zastępowała miejsce chociażby Nao, Charli XCX czy A$AP Rocky’ego.

Mura Masa / mat. prasowe

Mura Masa / mat. prasowe

Świetnie pamiętam rzeczy, które zeszłego lata działy się na scenie T-Mobile Electronic Beats, będącej chyba najbardziej okupowaną i najbardziej porywającą do tańca przestrzenią na festiwalu. W tym roku jej miejsce zajęła scena More Music Hall, proponując słuchaczom nieco inne, bardziej sypialniane dźwięki. W piątkową noc dla zmęczonych świeżo rozpoczętą zabawą czekał Abul Mogard, proponując ambientowe odprężenie. Może i kojące, choć zdecydowanie zbyt jednostajne, aby działać na tym poziomie cieszenia się jego występem, gdzie nie używa się muzyki jako tła do rozmów ze znajomymi. Tym bardziej, że zapowiadane wizualizacje Marja de Sanctis także nie okazały się niczym spektakularnym. O wiele ciekawiej było już następnego dnia, gdy w nieco ostrzejszym tonie wybrzmiał set Burnta Friedmana, zajmującego nie wyznaczoną dla wykonawców scenę, ale dla odmiany, centralne miejsce w hali, zbierając wokół siebie spory tłum zainteresowanych. Odpoczynku, przynajmniej dla uszu, nie było w przypadku wystąpienia Bena Frosta, odtwarzającego na żywo soundtrack do dramatycznej przeprawy przez brutalny, apokaliptyczny świat. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie, słuchając tej fascynującej i odpychającej noise’owej mieszanki.

Zupełnie inne światy można było poznać podczas radosnego orkiestrowego przedsięwzięcia Señor Coconuta, który dzięki dość niespodziewanemu lubowaniu się publiczności w klimatach południowoamerykańskiej fiesty, skutecznie prowadził przez kolejne minuty swój niecodzienny coverowy set z półki the greatest hits. Dwie godziny później na Scenie Miasta Muzyki zrobiło się bardziej melancholijnie, gdy na swoich sofach i kanapach rozsiedli się George Evelyn i kompania Nightmares on Wax. Roztoczony wszędzie urok lat 90-tych, downtempo z trip-hopowymi zacięciami mieszającymi się z R&B był ciekawym sposobem na godzinne odmłodzenie się i duchowy powrót na przedmieścia angielskich miasteczek.

Swoim występem Arca udowodnił, że jest postacią niecodzienną, wciąż nieco kontrowersyjną, że jest… jakiś. A jednak kilka minut przyjemnych pląsów i dziwaczne randomowe wrzuty z Youtube na wizualizacjach to za mało, aby określić całość wydarzenia i samego muzyka jakimś lepszym doborem przymiotników. Jego występ można by uznać za warty zapamiętania performance, gdyby tylko ten miks treści fascynujących i jednocześnie kiczowatych niczym wenezuelska telenowela, tak bardzo nie kłócił się z samym pomysłem na siebie przedstawionym choćby na jego ostatnim wydawnictwie. I gdyby w ogóle treści z nich wybrzmiały w samym secie. Podejrzewam, że mimo wszystko dla wielu zasłuchujących się wcześniej w jego solowych dokonaniach (a wydaje się, że akurat publika nie znalazła się pod sceną przypadkiem) Arca wciąż pozostanie genialnym dziwakiem, lecz obawiam się, że dla innych tylko tym drugim. Ja osobiście nigdy nie spodziewałem się, że z koncertu mającego być dla mnie ukoronowaniem festiwalu wyjdę na parę minut przed jego zakończeniem, w międzyczasie zastanawiając się, co się tak naprawdę dzieje, a przede wszystkim, dlaczego.

To festiwalowo-osobowe niezgranie jakim określić mogę brak wyraźnej ekscytacji na myśl o tegorocznej Nowej Muzyce, to akurat żaden przytyk. Doskonale zdaję sobie sprawę z możliwości odkrywania artystów wcześniej nieznanych, które Tauron niezmiennie oferował. Szczególnie, że w tym roku pochwalić mógł się sięganiem w naprawdę różne muzyczne i geograficzne zakątki. Liczba scen i ciągle dziejących się na nich rzeczy (do pięciu występów jednocześnie) powodowała wrażenie ciągłego ruchu, nieustannej możliwości dobrego spędzenia czasu. Jednocześnie w tym natłoku, próbach bycia w kilku miejscach w jednym momencie ciężko było o sprawdzenie wszystkiego interesującego. I jasne, taka reguła festiwali, coś za coś. A jednak tym razem odhaczanie kolejnych rubryk z artystami, których nie udało się zobaczyć bez opuszczenia sceny w ⅓ występu, było z jakiegoś powodu szczególnie doskwierające. Zapewne też ciągle znajdowałem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, bo nie mogę sobie przypomnieć jakiegoś spektakularnego odkrycia, które popchnęło by mnie do głębszego szukania w dorobku danego muzyka lub gatunku. Inna sprawa, że w moich poszukiwaniach właściwie nie zajrzałem w tym roku na Salę Kameralną NOSPR, Amfiteatr czy Secret Stage, skupiając się na poruszaniu między strefą MCK-u a tradycyjnie już ustawioną sceną Red Bulla i Carbonem. Rozminięcia się z The Johnny Freelance Experience czy duetem Zimpel / Ziołek będę z pewnością żałował.

Nie można jednak zapominać, że Nowa Muzyka po raz kolejny próbowała, tym razem ze sztuką tańca. Spektakl “URAN URAN” przyciągał formą – świetną, różnorodną ścieżką dźwiękową, spektakularnie commodore’owymi wizualami i angażującymi występami dwóch głównych tancerek. Jak przystało na mały festiwal, sam występ też był dość kameralny, choć jak na pierwsze takie wydarzenie w dorobku TNMK, była to rzecz warta pojawienia się i odnotowania. Oby więcej takich pozytywnych dziwności w przyszłości.

Spektakl „Uran Uran” / mat. prasowe

Stałe punkty programu, czyli muzyczna klamra w postaci koncertów otwarcia i zamknięcia tym razem także nie zawiodły. Przypadek setu łączącego podkłady Carla Craiga z żywymi instrumentami nie będzie pewnie najbardziej pamiętną rzeczą dziejącą się w przestrzeni siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Również ze względu na fakt krótkiego czasu trwania koncertu i faktu, że muzyk postanowił nie wyłaniać się ponownie przy prawie pięciominutowym bisie. Co nie znaczy, że samo wystąpienie nie miało paru naprawdę przyjemnych fragmentów. Bardziej porywającymi okazały się dwa występy na zakończenie. EABS, którzy w ramach podsumowania festiwalu dodali swoje trzy grosze do rodzimej szkoły jazzu, próbowali wyciągnąć jak najwięcej z twórczości Krzysztofa Komedy i ze swoich instrumentów – a te bardzo dobrze odnalazły swoje brzmienie w Sali Koncertowej NOSPR-u. Mówiąc o wspaniale roznoszącym się dźwięku, ze swoim wokalem idealnie wpisał się również Sampha. Trzeba przyznać, że w takim miejscu potęga głosu muzyka była świetnie eksponowana, nawet jeśli samo koncertowe wystąpienie nie wzruszało tak, jak wysłuchiwanie studyjnych oryginałów z “Process”. Nie było wielkich wzruszeń [nawet przy tak oczekiwanym “(No One Knows Me) Like The Piano”], nie było rozchodzących się po ciele ciarek, nie było przyspieszonego bicia serca. Był za to pobudzający popis całej czwórki muzyków, w tym samego Brytyjczyka. Sampha, odziany tego wieczora w pomarańczowy kombinezon, zachowywał typowo sceniczne ruchy, wychodząc co rusz przed swoje stanowisko z klawiszami, jakby chciał za wszelką cenę rozgrzać publiczność, zmusić do wstania i swobodnego tańca, a może nawet wejścia na sceniczny parkiet. Owszem, zerwanie się z miejsc nastąpiło, choć to akurat w geście podziękowań za koncert, który dzięki żywej reakcji został przeciągnięty o jeden bisowy utwór.

Być może w całym tym wywodzie kręcę się wokół jednego i próbuję nie przyznać, że tak, owszem – zawód, niespełnienie, niedosyt pustoszący głowę, serce i żołądek. Wypisywane przeze mnie rok temu słowa o jeszcze większej ilości znaków zapytania niż w przypadku wcześniejszej edycji mógłbym tu powtórzyć raz jeszcze, dodając dosadniej – że trzynastka w numerze katowickiego festiwalu wcale nie okazała się przynieść szczęścia. A przynajmniej nie dla mnie. W ciągu kilkuletniego już meldowania się w Strefie Kultury była to jedyna odsłona, która pomimo kilku bardzo ciekawych punktów przyniosła lekkie rozczarowanie. Może tylko piwo jakoś nieco lepsze niż ostatnio. Choć chyba wszyscy przyznamy, że to akurat nie jest najgorszy ani najlepszy projekt featuringowy, z którym na TNMK przyszło nam się przez te lata zetknąć. Jak będzie za rok? Lepiej, wiem to, bo z przecież jakiegoś powodu Tauron stał się moim ulubionym festiwalem. I będę mu w dalszym ciągu kibicować. (mc)

Nie ma więcej wpisów