Florence + the Machine » "High as Hope"
4.3Wynik ogólny

» Kiedy w 2009 roku ukazało się „Lungs”, Florence Welch była wschodzącą gwiazdą sceny indie, która z niezrównaną energią i towarzyszącej jej dzikim tańcem wykrzykiwała tekst „Kiss With a Fist” w studio BBC Introducing. Debiutancki album wypełniły wielkie refreny, wzniosłe teksty o miłości i łagodne dźwięki harfy, a sama wokalistka przerodziła się w diwę i ulubienicę projektantów mody. Idąc za ciosem, dwa lata później nagrała potężne brzmieniowo, poetyckie „Ceremonials” z nasyconymi smyczkami aranżacjami, ale wkrótce sama zorientowała się, że nie tędy droga. „How Big, How Blue, How Beautiful” to z jednej strony świadomy krok w tył, z drugiej otwarcie nowych horyzontów, eksploracja skromniejszych aranżacji i dojrzalsze kompozycje. Razem z porzuceniem zbytniego patosu Welch zamieniła zawsze wirujące wokół niej sukienki na proste, eleganckie garnitury. „High as Hope” nie schodzi z obranej przy poprzednim krążku drogi i chociaż wokalistka na powrót nosi sukienki, to są one prostsze i skromniejsze, podobnie jak jej kompozycje.

Refreny na najnowszym albumie wciąż są potężne, a mocne uderzenia w perkusję w dalszym ciągu nadają piosenkom charakteru, ale te nie są przeładowane. Najważniejszym instrumentem jest wokal, bo gdy ma się głos Florence Welch, to same harmonie wystarczą do ozdobienia każdego utworu. Kiedy „June” eksploduje i przeradza się w hymn to właśnie te zwielokrotnione wokale robią największe wrażenie. „Sky Full of Song” to idealny przykład tego, że czasem mniej znaczy więcej, instrumentarium jest tu absolutnie minimalne, subtelne smyczki i harfa są prawie niezauważalne, a i tak refren ma siłę huraganu.

„High as Hope” to również album bardzo osobisty, artystka rozlicza się na nim ze swoją przeszłością („Hunger”), nostalgicznie wspomina wczesną młodość („South London Forever”) i oddaje hołd dwóm osobom – swojej siostrze („Grace”) oraz Patti Smith („Patricia”). Welch, która zawsze lubiła wzniosłe metafory zaczęła pisać mniej poetyckie, a bardziej dosłowne teksty. W „Grace” przeprasza swoją rodzinę za nie spełnienie ich oczekiwań (I guess I could back to university, try and make my mother proud), a w „No Choir” z rozbrajającą szczerością przyznaje, że o szczęściu nie pisze się piosenek, bo są nieciekawe.

Od czasu debiutu wokalistka nauczyła się dużo w kwestii struktury utworów, te na „High as Hope” wychodzą poza schemat typu zwrotka – refren, rozwijają się powoli po to żeby nagle wybuchnąć z całą mocą i nieoczekiwanie się zatrzymać. Takie właśnie jest „South London Forever” a także „Big God”, które zasługuje na osobny paragraf, przez to właśnie, że nie wiadomo, w którą stronę zaraz skręci, przez niecodzienną dynamikę czy dęciaki zaaranżowane i zagrane przez samego Kamasi Washingtona. Mocy trochę jednak zabrakło w kończącym album „No Choir”, kiedy wokalistka śpiewa there will be no grand choirs to sing, no chorus will come in… this will be entirely forgotten domyślamy się, że takie było jej zamierzenie, aczkolwiek rezultat jest mało ciekawy i zupełnie nieangażujący.

Po latach dzikich imprez i pisania piosenek na kacu Florence Welch znalazła równowagę i przekuła ją w najspokojniejszy w swojej dotychczasowej karierze album. Słychać tu rękę Emile Haynie, który ten krążek wyprodukował, bo romantyczne i nostalgiczne ballady to jego specjalność. Acz zdecydowanie słychać też niespożytą energię samej artystki, i jazzowe odniesienia, które są wisienką na torcie.

Nie ma więcej wpisów