Co roku można było usłyszeć, że szykuje się rekordowa edycja Open’era, że bilety sprzedają się w zawrotnym tempie, że ogrom turystów nadciąga do Gdyni celebrować muzycznie początek wakacji, Tym razem jednak rekordowość przeszła samą siebie i festiwal całkowicie się wyprzedał. Kolejnych frekwencyjnych wyczynów nie będzie? Oby.

Głównym problemem jest tu fakt, że Open’erowi grozi przeludnienie. Bo jasne, w przyszłym roku można powiększyć festiwalowe pole i wypuścić w obieg jeszcze więcej biletów, ale już teraz trud sprawiało przemykanie między ludźmi podczas wycieczek od sceny do sceny, z Beat Stage (mimo jej znacznego powiększenia) tłum się wylewał, dojazd autobusem do wejścia trwał prawie godzinę, na polu namiotowym nie było miejsca, przed koncertem Arctic Monkeys mdlejący ludzie byli wynoszeni spod sceny, a organizatorzy postanowili zamknąć dla pieszego ruchu bramę od strony Kosakowa. Wydaje się więc, że impreza osiągnęła frekwencyjne maksimum i w przyszłości lepiej już nie będzie.

Tłum tworzył też inne problemy – na terenie festiwalu niemal można było dostać pylicy, gdyż kurz unosił się ciągle w powietrzu i bez problemu dostawał się do układu oddechowego. Ten problem należy rozwiązać, nie zawsze bowiem można liczyć na deszcz, którego w tym roku nie było. Nieprzyjemne jest również to, że masa przyjezdnych zapomina, do czego służy festiwal muzyczny i podczas koncertów ciągle przepycha się przez stojących spokojnie ludzi, rozmawia przez telefon, dyskutuje ze znajomymi czy pali papierosy. Dobrze, śmiało, ale nie w bliskim sąsiedztwie sceny i w dużym ścisku, bo tam znajdują się ludzie, którzy chcieliby skupić się na muzyce.

W kwestii organizacyjnej nie zabrakło jednak pozytywów. Strefa kibica, dodatkowe punkty gastronomiczne, brama wejściowa złożona z kontenerów morskich, mniej przeludnione autobusy festiwalowe, nowe, większe Beats Stage i Firestone Stage to tylko niektóre z miłych niespodzianek czekających na tegorocznych uczestników. Teraz jednak pora na muzykę.

Open’er Festival / fot. M. Kaczyński

Przegapione okazje

Jak na każdej imprezie z wieloma scenami są koncerty, które chciałoby się zobaczyć, ale clashe i inne potrzeby na to nie pozwalają. W tym roku najbardziej żałuję nieobecności na koncertach Superorganism, Sigrid, Little Simz, SG Lewisa i grupy YONAKA. Szkoda również, że w ostatniej chwili swój przyjazd do Gdyni odwołali Glass Animals, bardzo przeze mnie oczekiwani. Oby jak najszybciej wrócili do Polski na oddzielny koncert.

Momenty

Są również koncerty, które widzi się gdzieś ukradkiem, dosłownie przez chwilę i trudno wydać o nich całościową opinię. Można jednak podzielić się pewnymi obserwacjami: Coals dają są w świetnej koncertowej formie, duet JANKA trzeba będzie zobaczyć podczas pełnowymiarowego koncertu, Young Fathers są w stanie rozgrzać w każdą pogodę, Joris Voorn gra fenomenalny tech house (Smolna, nie takie nazwiska się bookowało!), PRO8L3M to ciągle najwyższa jakość w polskim rapie, a Years & Years potrafią przekonująco zaprezentować najnowsze kawałki na żywo.

Rozczarowania

Czasem oczekiwania rozbijają się o brutalną rzeczywistość. Tak na pewno było podczas koncertu Kali Uchis. W zasadzie wystarczyło to, że bas całkowicie zagłuszał wokal, ale problem stanowiła też setlista, w której zabrakło „Miami” i „Tomorrow”. Sama Kali może i nagrała jeden z ciekawszych albumów roku, ale na żywo niestety nic on nie zyskuje, a nawet sporo traci. O rozczarowaniu można również mówić w kontekście Depeche Mode, chociaż nie był to koncert zły. Bolało natomiast to, że Dave Gahan odgrywający rolę emanującego seksualnością mężczyzny bardziej śmieszył niż przyciągał wzrok, a aranżacje utworów jakby trochę trąciły już starością. Z drugiej strony możliwość usłyszenia w końcu na żywo „Enjoy the Silence”, „Precious” czy „Never Let Me Down Again” to ogromny plus, który trochę ten niedosyt wypełnia. Mimo ogromnej przebojowości i muzycznej dojrzałości lekki zawód sprawił również Dawid Podsiadło. W zasadzie podczas tego koncertu wszystko było na swoim miejscu, a Dawid w roli eleganckiego piosenkarza-standupera prezentował się dobrze (chociaż bolała sztuczna maniera podczas rozmowy z publicznością), ale po półtorarocznej przerwie, będącej praktycznie jedną trzecią jego kariery, można oczekiwać czegoś więcej niż nowych aranżacji i szaleńczego space disco w połowie koncertu. Całkowita miałkość występu Odesza to natomiast prawdopodobnie wynik braku wokalistki/wokalisty, który byłby w stanie wznieść ich muzykę na bardziej przebojowy poziom. Szkoda, bo twórczość duetu ma potencjał (szczególnie album „In Return”), ale w takiej odsłonie nie ma szans rozwinąć skrzydeł.

Reminiscencje z przeszłości

Zebrała się spora grupa zespołów, które wywołują u mnie miłe wspomnienia sprzed kilku lat, kiedy to wchodziłem dopiero w świat muzyki. W tym kontekście najważniejszy był na pewno koncert Arctic Monkeys, których zawsze chciałem zobaczyć na żywo. Rzeczywiście, miło było przypomnieć sobie, jak przystępną i nośną mieszankę gitarowej alternatywy i garażowego grania są w stanie dostarczyć Brytyjczycy, jednak kompozycje z najnowszego albumu nieco wygaszały tempo koncertu. Niemniej, mimo braku szczególnego efektu „wow”, koncert okazał się przyjemną migawką z przeszłości. Szkoda tylko, że mnóstwo osób wyszło po „Do I Wanna Know?”, akurat, gdy zaczynało się świetne „Pretty Visitors”… Świetnie było też usłyszeć „Wonderwall” i „Don’t Look Back in Anger” w wykonaniu Noela Gallaghera z zespołem, chociaż również jego nowe utwory trzymały wysoki poziom, dodatkowo fascynując bogatymi aranżacjami (pojawił się nawet… sekator lub coś na jego kształt). Fleet Foxes ze swoimi wokalnymi harmoniami wprowadzili w intymny świat. Podczas tego koncertu każdy najdrobniejszy dźwięk wydobywany był z ogromną pieczołowitością, a muzycy w skupieniu, często z zamkniętymi oczami, łączyli swoje głosy w przenikliwy, czarujący chór, czego absolutną kulminacją okazał się utwór „Third of May/Ōdaigahara”. Koncertową moc pokazali również CHVRCHES, dzięki czemu nie zostali przeze mnie całkowicie skreśleni (najnowszy album pozostawia wiele do życzenia). Ich twórczość na żywo jest barwna, jaskrawa, zyskuje dodatkowy oddech i brzmi pełniej, a Lauren to frontwoman idealna. Gorillaz natomiast dali koncert, na który wielu fanów czekało przez całe życie. Bezbłędny, pełny największych hitów, nadzwyczaj uśmiechniętego i żywotnego Damona Albarna, licznych gości, komiksowych wizualizacji oraz zwyczajnej radości grania, która jest w stanie dodać skrzydeł o każdej porze i w każdym czasie.

Open’er Festival / fot. M. Kaczyński

Niewypały

Nie ma chyba sensu dokładnie wgłębiać się w opisywanie słabych koncertów, ale warto napomknąć, że między Taco i Quebo całkowicie nie ma scenicznej chemii, stąd występ Taconafide do udanych nie należał. Post Malone zwyczajnie nudził, nie miał żadnego asa w rękawie, Young Thug znalazł czas na mnóstwo utworów, ale sporo z nich ucinał po kilkudziesięciu sekundach – typowe grzeszki newschoolu na żywo. Migos natomiast powinni zagrać trochę dłużej niż lekko ponad trzy kwadranse, bo wszystko wyglądało jak zrobione „na odwal”, nawet mimo wypuszczonego podczas koncertu konfetti.

Teatr

Owszem, na Open’erze był teatr, jednak nagłówek wcale nie odnosi się do prezentowanych w namiotach przedstawień, a do niesamowitych (tak, to słowo jest jak najbardziej na miejscu) spektakli zaprezentowanych przez kilkoro muzycznych gwiazd.

Być może od profesjonalnych aktorów dowiecie się, że znacznie trudniejsze od odegrania emocji skrajnych jest przekonujące zaprezentowanie „zwykłych” sytuacji. To jednak tylko półprawda, bo najtrudniejsze z tego jest to pierwsze, przejmujące i prawdziwe wyrzucenie z siebie wszystkiego, ale tak, jakby dane namiętności targały nami pierwotnie. Dlatego właśnie Nick Cave i jego The Bad Seeds zasłużyli na głęboki ukłon. Artysta od samego początku grał tylko na wysokich rejestrach, nie spuszczając z maksymalistycznego tonu ani na moment. Krzyczał do mikrofonu, biegał po scenie, przewracał rekwizyty, a towarzyszyły temu dumnie powiewające na wietrze włosy. Mimo grania jeszcze przed zachodem słońca, Nick potrafił całkowicie skupić uwagę na sobie, wchodząc na barierki, łapiąc widzów za ręce czy wciągając ich na scenę. Tak, wszystko było starannie wyreżyserowanym spektaklem, ale mało kto potrafiłby uciągnąć rangę takiego przedstawienia przez prawie półtorej godziny. Cave raz odgrywał rolę zrozpaczonego ojca („Jesus Alone”, „Girl in Amber”), innym razem poety, stanowiącego całość ze swoim dziełem („Jubilee Street” i „From Her to Eternity”, obie rozciągnięte do maksymalnych długości z zatrważająco mocnymi końcówkami), a momentami dyrygenta, wzywającego cały tłum do aktywności („The Weeping Song” i publiczność klaszcząca na drobne skinienie Nicka). Nie mniejsze uznanie należy się zespołowi, który czasem z dostojnością, a czasem z nutką szaleństwa stanowił niezbędne tło do scenicznych wybryków Australijczyka. Trudno wskazać jakąkolwiek (poza porą koncertu i głośno grającą w tym samym czasie strefą Heinekena) wadę tego fenomenalnego widowiska.

Całkowicie różną, ale ponownie ekscytującą i zaskakującą formę swojego spektaklu zaprezentował David Byrne. On jednak postawił na pełną symbiozę, zarówno teatru z muzyką, jak i swojej osoby z zespołem. Razem z jedenastoma innymi artystami stworzył sceniczną grupę, która ani na moment się nie zatrzymywała, wędrowała po scenie, tańczyła, wprowadzając pojęcie koncertu na nowy poziom. Widownia stała osłupiała ze zdziwienia i kręciła z niedowierzaniem głowami. Wszyscy w ruchu, musical na scenie, Byrne żwawy, jak gdyby ktoś odmłodził go o czterdzieści lat, a rozbita na kilka osób perkusja czy „bezprzewodowi gitarzyści” odgrywają największe szlagiery Talking Heads i solowe utwory Davida. Coś wspaniałego!

Również na ruch, ale w zupełnie innym wydaniu, postawiła Sevdaliza. Irańska artystka zaprezentowała połączenie nowoczesnego tańca z alternatywnym r&b, trip hopem i glitchem. Wszystko zostało utrzymane w zmysłowej atmosferze, znanej z klipów do „Human” czy „Bluecid”. Na scenie towarzyszył jej m. in. tancerz i kwartet smyczkowy, a całość czarowała zarówno muzycznie, jak i wizualnie. Pozostaje tylko czekać, aż widowisko powróci do Polski w bardziej kameralnej otoczce, wszak dopiero wtedy będzie można docenić pełen kunszt całej oprawy.

Dziwne może się wydawać zaklasyfikowanie koncertu Vince Staplesa jako widowiska, ale paradoksalnie właśnie nim on był. Raper przejął całą scenę, znajdował się na niej tylko on i przestrzeń, z której korzystał bardzo umiejętnie, ciągle biegając i zmieniając swoją pozycję. Posiadł we władanie cały tłum, który już od pierwszego „Get the Fuck Off My Dick” rapował z nim każdy wers i skakał jak szalony. Trudno było nie dać ponieść się tej energii, szczególnie, że Vince nie zwalniał, dostarczając bangier za bangierem. Tak intensywne koncerty pamięta się na długo, szczególnie, że Staples nie potrzebował żadnego hypemana, żeby rozpalić Tent Stage do czerwoności.

Całkowicie przeciwnym biegunem wszystkich powyższych widowisk jest to, co zaprezentował Bruno Mars. On nie próbował bazować na emocjach czy zmyśle estetycznym słuchaczy, pokazał natomiast, jak powinien wyglądać perfekcyjny koncert pop, na który Open’er czekał przez ostatnie lata. Rozpoczęcie z grubej rury od „Finesse”, fajerwerki już na samym początku, zespół razem z nim tańczący na scenie, konfetti, ogień, gitarowe solówki. Było tutaj wszystko, a sam Mars zdawał się czerpać co najlepsze od Michaela Jacksona (charakterystyczny taniec) i Prince’a (gitara), dodając do tego kapkę swojej osobowości. To dopiero rozmach, a zarazem godne, radosne i lekkie zamknięcie całego festiwalu.

Open’er Festival / fot. M. Kaczyński

Niesklasyfikowane

Niektóre koncerty trudno wpisać do powyższych kategorii, ale były na tyle dobre, że trzeba o nich wspomnieć. Na pewno świetny występ dali Mount Kimbie, którzy trochę odeszli od czysto elektronicznych brzmień na rzecz mocniejszego wykorzystania gitar i perkusji. Miejscami pojawiał się post punk, innym razem art pop, ale nie brakowało również future garage i uk bassu (szczególnie w kończącym „Made to Stray”). Skondensowaną dawką hałasu powalili Marmozets, którzy, z powodu opóźnień w lotach, wystąpili dopiero przed trzecią w nocy. Głośna porcja post hardcore i wyrazistego pop punku rozbudziła nawet najbardziej zaspanych, których jednak, jak na późną godzinę, pod sceną było całkiem sporo. Nie zawiedli również Massive Attack, jak zwykle czyniąc swój koncert politycznym protestem, ale umieszczonym w bardzo ciekawym muzycznym otoczeniu („Unfinished Sympathy” czy „Girl I Love You” robiły ogromne wrażenie, podobnie jak oprawa wizualna). Szkoda przełożenia koncertu La Femme na wcześniejszą godzinę, bo przez to umknął mi jego fragment, ciągle jednak trudno nie być urzeczonym, jak umiejętnie Francuzi obcują z klawiszami i syntezatorami, budząc tym samym synthpop z letargu i ocierając się nieco o krautrock. Popisał się również Kamil Pivot, który zagrał dopiero czwarty koncert w życiu, ale jasno pokazał swoją umiejętność storytellingu i zaskoczył przyjemnym pomysłem na zmianę koszulek piłkarskich podczas występu. Pod koniec na scenę wbiegły też Młode Wilki Popkillera, żeby zaprezentować dwa wspólne single z niedawnej składanki. Drobne zastrzeżenia można mieć do latynoskich pląsów Bomba Estéreo, gdyż nieco brakowało im różnorodności. Nie zmienia to faktu, że i tak wszyscy tańczyli, a usłyszeć na żywo „Duele” było bardzo przyjemnie.

Open’er Festival / fot. M. Kaczyński

Open’er w tym roku wyjątkowo zadbał o drugą linię. Sporo co prawda było stałych bywalców imprezy (Years & Years czy CHVRCHES), ale naprawdę dobrze, że dano festiwalowiczom możliwość wyboru. Problem jednak stanowiło samo ogłaszanie artystów, które przebiegało jakimiś dziwnymi zrywami, w nieuporządkowany i chaotyczny sposób, sprawiając wrażenie, jakby organizatorzy dawno mieli zaklepanych headlinerów, a resztę line-upu dopełniali na poczekaniu (chociaż ostatecznie z sukcesem). Długie milczenie przed samą imprezą stanowiło już gwóźdź do trumny tegorocznego pijaru. Nastawienie przyjezdnych z pewnością byłoby bardziej pozytywne, gdyby lepiej zostali potraktowani podczas ogłoszeń.

Dlaczego ta uwaga pojawia się akurat na końcu? Bo największą bolączką Open’era jest to, że jako ogromny festiwal, śmiało konkurujący z zachodnimi imprezami i rokrocznie odnoszący niesamowity komercyjny sukces, wciąż skażony jest, parafrazując Dawida Podsiadło, małomiasteczkowym myśleniem. Halo, Alter Art? To WY dyktujecie warunki i skorzystajcie z tej przewagi w sposób pewny, pokazując, że wszystko dopięte jest na ostatni guzik na długo przed końcem czerwca, każdy element macie dokładnie zaplanowany i monitorujecie na bieżąco wszystkie skargi i zażalenia publiczności. Bo poza tym jest naprawdę świetnie. Tegoroczna edycja dostarczyła koncertów, które pozostaną w pamięci chyba na zawsze i mimo wszystkich kontrowersji, narzekań, problemów i rozczarowań, zapisze się w historii. Nie tylko z powodu braku deszczu.

Nie ma więcej wpisów