Dobrze obserwować, że małe, lokalne festiwale prężnie rozwijają się w ciekawą stronę, nie czując presji, działając w swoim tempie i na swoich warunkach. Przykładem niech będzie mysłowicki AlterFest, który rozgrywając się na dwóch małych scenach, zdołał zgromadzić pokaźne grono uczestników. I dobrze, bo szósta już edycja wydarzenia nijak ma się do skromnych początków tułania się po lokalnych klubach i wolnych salach Mysłowickiego Ośrodka Kultury. Zmieniło się miejsce, data i czas trwania festiwalu czy wreszcie sama organizacja imprezy, która mimo paru drobnych potknięć, stała w tym roku na wysokim poziomie. Jedna kwestia, tak jak i tym razem, przez lata pozostawała niezmienna. Mówię tu o świetnym doborze artystów, którzy decydują się do Mysłowic zawitać – zresztą wystarczy przejrzeć spis dotychczasowych gości, aby stwierdzić, że edycja 2018 nie była wyjątkiem.

Wielki kultyczny witraż będący tłem głównej sceny i krzyż ustawiony gdzieś za plecami muzyków nie były w żaden sposób czynnikami odwracającymi wzrok czy przeszkadzającymi w skupieniu się. Co więcej, wnętrze niewielkiego kościoła należącego do parafii Ewangelicko-Augsburskiej to miejsce, które odegrało bardzo ważną rolę w kilkugodzinnym chłonięciu muzyki. Pianistyczne zapędy Wojtka Szczepanika, łączącego klasyczne dźwięki fortepianu z synthową elektroniką dopełniały neoklasycystycznego charakteru jego muzycznych działań. Mimo zapowiedzi o zabraniu słuchaczy w kosmos, coraz bardziej rozpędzające się kompozycje nie unosiły zebranych aż tak wysoko, głównie z powodu kilku mniej sprawnych przejść między utworami, które wybijały z rytmu. Trzeba jednak przyznać, że twórczość kompozytora z Tczewa dopełniała się z miejscem. Tą jedność czuć było również podczas brawurowego występu zespołu Trupa Trupa, których brutalne, częściowo paranoicznie brzmiąco utwory szczelnie wypełniały przestrzenie kościoła. Jeśli ktoś zastanawiał się, dlaczego panowie z takim powodzeniem pojawiają się na kolejnych krajowych i zagranicznych scenach festiwalowych (dzień później grupa wystąpiła na Colours of Ostrava), miał okazję doświadczyć tego w pełni. Szczególnym zaskoczeniem było, że ostatni album kwartetu wybrzmiał potężniej i lepiej niż utwory z bardziej cenionego przeze mnie „Headache”.

Bukowicz, który we wczesny piątkowy wieczór rozpoczynał tegoroczną edycję AlterFestu, nie miał najłatwiejszego zadania. Ogarnięcie i przyciągnięcie dopiero co napływających uczestników festiwalu nie było jednak aż tak trudne, a i wydaje się, że dla słuchaczy opłacalne. Kościelna przestrzeń działała na korzyść kwartetu, uwypuklając dźwięki ich dream-popowego repertuaru. Dobrze działało to szczególnie w przypadku połączenia leniwego wokalu Jakuba Buczka z głosowym dopełnieniem Anety Maciaszczyk (duet Zimowa). O wiele łatwiej tego wieczora mieli The Dumplings, którzy problemów z zebraniem publiki raczej nie doświadczyli. Duet atakuje kolejne imprezy ze swoim nowym materiałem – a ten, co trzeba przyznać, robi naprawdę dobre wrażenie na żywo, będąc podkreślany świetną oprawą świetlno-wizualną. Nowe kierunki utworów nacechowane są przestudiowaniem niemieckiej sceny elektronicznej, w większym stopniu inspiracjami muzyką house i techno niż popem. Ten rozwój było słychać nie tylko w doborze i różnorodności podkładów, ale także dzięki potędze wokalu Justyny Święs. Podczas gdy ona przyciągała uwagę swoim scenicznym zachowaniem i głosem, Kuba Karaś ze skupieniem wypełniał naprawdę długą listę obowiązków multiinstrumentalisty. Wszystko udało się okiełznać w pełni, a to tylko przysporzyło mi apetytu na zapowiedziany na jesień album duetu.

Największym problemem występów duetu ŻAL i Wczasy okazała się zbyt wczesna godzina pojawienia się na drugiej scenie festiwalowej. Oba zespoły poruszające się w stylistyce tanecznej (a przynajmniej tak wydawałoby się po samym obcowaniu koncertowym) spokojnie miałyby okazję do lepszego zawładnięcia publicznością nieco później niż w czasie zachodzenia słońca. W przypadku tego oswajania lepiej poradzili sobie panowie z Wczasów, którzy właściwie już po swoim pierwszym czy drugim numerze zachęcili do podejścia pod scenę i tańca. Podczas występu ŻAL słowa te padły dopiero na samym końcu, ale nie przeszkodziło to jednak w ciekawej podróży ku przełomowi lat 80. i 90., gdzie najlepiej wypadły te wolno rozwijające się kompozycje, nawołujące do new wave’u, z domieszką tęsknoty za Massive Attack. Zgodnie z przewidywaniami koncert Wczasów poszedł w zupełnie innym kierunku, pozwalając na nieskrępowaną konferansjerkę i brawurowe popisy wokalno-taneczno-instrumentalne, pozostawiające co poniektórych świadków tego show z dręczącym pytaniem, czy to wszystko było na serio. Było, poniekąd. W tym zestawie brakowało mi tylko wybrzmienia „Świętokracji”, ale nawet brak tej wisienki na torcie jestem w stanie przełknąć, bo czekałem na live’a tej grupy właściwie od czasu zapoznania się z EP-ką „1000 problemów”.

Wydawać by się mogło, że lokalsi, którzy swego czasu mieli na koncie swoje małe sukcesy, a jeszcze kilka lat temu pięli się w górę w rankingach rozpoznawalności w kręgach niezalu, przyciągną większą rzeszę chętnych sprawdzenia ich pierwszego od dawna występu. Tak się nie stało, a Iowa Super Soccer wystąpili dla ledwie garstki pozostałych z piątkowego wieczora. Ale też trudno się dziwić wszystkim uciekającym tuż po The Dumplings, bo niestety mało kto pamięta już o zespole, który swoją drugą i ostatnią do tej pory płytę wydał w 2010 roku. A szkoda, bo te kilka utworów zagranych na pożegnanie z pierwszym dniem festiwalu, wybrzmiało całkiem dobrze. Nawet mimo pewnego onieśmielenia muzyków i samego akustycznego repertuaru, który rzeczywiście znacząco różnił się od poprzednich, bardziej energetycznych koncertów. Trudno jednak było wymagać od ISS nagłej zmiany stylistycznej i chyba nikt tak do końca tego od nich nie oczekiwał. Pewnie przydałoby się w tę noc (jak i w nowe nagrania, które mam nadzieję niedługo dostaniemy) nieco więcej życia, ale dla usłyszenia ponownie na żywo „My World” z charakterystycznym para pa pa papa pa było warto pozostać.

A poza tym? Małe Miasta wypełniające niszę hiphopowych pragnień festiwalowiczów. Tradycyjnie już bardzo dzieląca twórczość, której sposobność usłyszenia na żywo przekonanych zapewne zachwyciła, tych o bardziej wrażliwych uszach ponownie odrzuciła. Baasch, którego materiał wygrywany na żywo niestety w dalszym ciągu mnie nie przekonuje. Moja trzecia próba mierzenia się z Bartoszem Schmidtem i zespołem nie należała więc do bardziej udanych niż poprzednio, choć większość publiki ciasno okupującej miejsca najbliżej sceny zdawała się mieć inne zdanie. Zakorzeniony w typowo alternatywno-rockowym graniu spod znaku lat 2000 L.Stadt, którzy też swoje potrafią, ale przepraszam, to akurat nie moja bajka. Oprócz tego BOKKA i DJ-set Carsky’ego, na których nie miałem przyjemności pozostać. Z kolei na godzinę przed rozpoczęciem tegorocznej edycji, w jednej z opuszczonych kamienic w centrum miasta odbył się Secret Show, na którym dla nieco ponad 20-osobowej, wyselekcjonowanej publiczności, wystąpił zespół Menippe ze swoją płytą „Bąbony”.

Przeniesienie imprezy na lipiec – po organizacjach głównie w kwietniu i maju – tylko dopełniło sukcesu przedsięwzięcia, jakim jest AlterFest. Może gdyby tylko nie fakt tylko jednego burgerowego busa w strefie gastro (a powiedzmy sobie, że to dość mało jak na 300-osobową imprezę), opuściłbym imprezę najedzony i szczęśliwszy. Ale tylko trochę, bo przy całej reszcie atrakcji była to ledwie drobna niedogodność, która nie przesłoniła naprawdę dobrze spędzonego weekendu.

Nie ma więcej wpisów