Z Hanią Raniszewską i Joanną Longić spotkałem się podczas Open’era. Dziewczyny właśnie skończyły swój koncert, za ścianą przygrywali Superorganism, a my porozmawialiśmy o piosenkach, nowej płycie, Jamesie Blake’u, Nilsie Frahmie i innych ciekawych sprawach.

Jacek Wnorowski: Jak idzie nagrywanie nowego albumu?

Joanna Longić: Dobrze, wszystko co miało być nagrane mamy nagrane, teraz jesteśmy na etapie miksu, następnie wydarzy się jak to zazwyczaj bywa, mastering i już materiał będzie gotowy do tłoczenia. Mamy taki ambitny cel, żeby skończyć wszystko do końca lipca.

Hania Raniszewska: Mamy bardzo dużą motywację, żeby skończyć w planowanym terminie, więc pracujemy codziennie, bez przerwy na wakacje. Jesteśmy obecnie na etapie postprodukcji albumu – miksu i masteringu, co jest niestety pracochłonne i często frustrujące. Zależy nam jednak, żeby skończyć na czas i aby na jesień mogła ukazać się płyta.

Jak doszło do tego, że zaczęłyście współpracować? Z tego, co wiem, to Hania pomagała robić aranżację do coveru Meli Koteluk, do utworu „Fastrygi”, ale czy wcześniej zachodziła między wami jakaś kooperacja, czy wszystko wyszło całkowicie przypadkiem?

J: Nasza pierwsza współpraca miała miejsce cztery lata temu kiedy wymarzyłam sobie przepięknie zagrane i przepięknie rozpisane utwory na moim ślubie. Wtedy właśnie odezwałam się do Hani z pytaniem czy podejmie się takiego zadania. Następnym krokiem ku wspólnemu projektowi były wspomniane przez ciebie „Fastrygi”, nagrane w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego z kwartetem smyczkowym. Zostały zaaranżowane na tę okazję przez Hanię, podobnie jak dwa utwory z mojej anglojęzycznej EP-ki Bemine. Ostatnim krokiem przed powstaniem tęskno był koncert Sofar Sounds w Warszawie, na który napisałyśmy nasz pierwszy wspólny autorski utwór „Kombinacje”, oczywiście po polsku.

I wtedy już była nazwa tęskno?

H: Nie, zależało nam na czymś bardzo szczególnym, więc głowiłyśmy się nad nazwą stosunkowo długo. Brałyśmy na warsztat najróżniejsze słowa, również w języku obcym. Ale prawdą jest też, że słowo “tęsknota” pojawiło się już gdzieś na samym początku, jednak w takiej pełnej formie nie do końca nas przekonało.

J: Wydawało nam się zbyt poważne, trochę takie za bardzo pompatyczne jak dla nas.

H: No właśnie. I wtedy też pojawiła się myśl, że może po prostu„tęskno”. Bo krócej, prościej, bardzo po polsku (trudno to słowo w zasadzie odpowiednio dobrze przetłumaczyć na inny język) i bardzo pasuje do naszej muzyki, do nas. Ale w zasadzie szukanie nazwy trwało chyba z rok, także stosunkowo długo.

Skoro jesteśmy przy nazwach, to ciekawą kwestią są tytuły waszych utworów, bo one są specjalnie nazwane jakimś jednym słowem, ale to jedno słowo jest bardzo sugestywne, zazwyczaj budzi jakieś konkretne skojarzenia, może nie zawsze związane z tekstem utworu. To bardzo pomocne w odbiorze. Jak przebiega taki proces nazywania? Czy to wydaje się wam trudne, czy raczej nagrywacie utwór, bierzecie pierwsze z brzegu skojarzenie i gotowe?

J: Bardzo różnie. Każda sytuacja jest trochę inna, ale zazwyczaj jest tak, że kiedy razem siedzimy przy instrumentach padają pomysły i zazwyczaj te pierwsze są najlepsze, jak to w życiu. Tak było z “Kombinacjami”, których tekst zaczyna się właśnie słowami “milion kombinacji w oczach niewyspanych”. Opowiada o momencie na chwilę przed zaśnięciem kiedy zaczynamy tracić świadomość i kontrolę nad tym co się dzieje, a w głowie piętrzą się często przekombinowane wizje rzeczywistości.

H: Czasami jest tak, na przykład jak w piosence „Mięsień”, że najpierw powstał tytuł, potem dopiero warstwa muzyczna, a dopiero następnie tekstowa, co jest pewnie dość ciekawym procesem. Ale na przykład w „Uszach” nazwa była na końcu. A samo słowo, ani razu nie pada w piosence i to też lubimy wspominać na koncertach, ale…

J: …motyw słuchania jest tam obecny.

H: Tak, wyraz  „uszy” nie pojawia się, więc to dla nas jest taka mała gra skojarzeń, która bardzo nas w jakiś sposób urzekła.

Zostało tu wspomniane pianino. W tym roku organizowałaś Piano Day w Warszawie i było to duże przedsięwzięcie. W innych miastach miało to znacznie mniejszy rozmach, natomiast w Warszawie znalazła się masa artystów, różnorodnych zresztą, bo wszystko kręciło się wokół pianina, fortepianu, ale jednak na przykład wystąpił zespół EABS, grający inaczej…

H: … ale prowadzony przez Marka Pędziwiatra – niebywałego pianistę.

Swoją drogą to też było świetne doświadczenie, że można było ich usłyszeć, bo zdradzili szczyptę nowego materiału. Zespół ciągle koncertuje z albumem „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)”, a tutaj można było usłyszeć „Slavic Spirits”. Ale do sedna: jak ogólne wrażenia? Myślisz, że udało ci się podołać organizatorskiemu zadaniu?

H: Mam do siebie sporo uwag, choć nie wpadam w obsesję na punkcie samokrytyki, bo wydarzenie zorganizowałam z pobudek ideologicznych, kontynuując myśl mojego idola i wielkiego autorytetu Nilsa Frahma. Trochę też z potrzeby pokazania w Polsce ciekawej muzycznej inicjatywy, biorąc pod uwagę to, jak wielu wspaniałych pianistów mamy u siebie. Nie jestem zawodowym animatorem kultury, a “jedynie” artystą, bez specjalnego doświadczenia w tej dziedzinie. Widzę pewne niedociągnięcia, niektóre rzeczy zrobiłabym już inaczej, ale wydaje mi się, że było warto i wiele rzeczy wyszło naprawdę pięknie. Usłyszałam dużo miłych komentarzy na temat całej imprezy – zarówno tegorocznej, jak i tej w zeszłym roku, nie mówiąc o spotkaniach z innymi artystami, które w wielu przypadkach skończyły się trwającymi do dziś przyjaźniami muzycznymi.

Nie wiem, czy dalej będę koordynatorem warszawskiej edycji Piano Day, bo wymaga to dużo pracy, na którą na ten moment nie bardzo mam już niestety czas –  siedzenia, pisania maili, dzwonienia i tak dalej. Aczkolwiek patrząc na to, że co roku jest coraz więcej podobnych wydarzeń w Polsce i idea się prężnie rozwija, to miejmy nadzieję, że inni ochotnicy będą  kontynuować to dzieło, do czego serdecznie zachęcam. Myślę, że sam proces organizowania tego typu wydarzenia to, bądź co bądź, niesamowita przygoda, wielka nauka i przeżycia, które wspomina się latami. Nawet jeśli wiąże się to też ze sporym stresem i ogromnym nakładem pracy… (śmiech)

A co sądzisz o tegorocznej płycie Nilsa?  

H: Jestem nią zachwycona, przede wszystkim dlatego, że mnie zaskoczyła. Jestem zafascynowana sposobem nagrania poszczególnych instrumentów, bo brzmi to trochę tak, jakby ktoś stał koło ciebie. Wydaje mi się, że album prezentuje nowatorskie podejście do nagrań, nie ma w nich tak dużo pogłosu, co w rezultacie daje wrażenie jakby się było w razem z muzykami w studio, w tym samym pomieszczeniu i czasie. Miałam przyjemność być na koncercie w berlińskim Funkhausie, podczas serii premierowych koncertów Frahma w styczniu tego roku, gdzie znajduje się jego studio i gdzie powstał album. Było to niesamowite przeżycie – móc usłyszeć ten materiał w dokładnie tym samym otoczeniu, poczuć tą samą energię. Nagrania Nilsa oraz jego koncerty to dla mnie osobisty top produkcyjnych i artystycznych możliwości, który nieustannie inspiruje i zachwyca. Mam nadzieję, że nasza płyta również będzie miała taki audofilski wymiar, że będzie chciało się ją mieć na winylu, wracać po latach i nadal odkrywać ukryte w niej smaczki takie jak: stare analogowe syntezatory, możliwości akustycznych instrumentów, przestrzeń magicznego studia Monochrom, w którym miałyśmy przyjemność pracować. Chciałabym, żeby ten album był w jakimś sensie ponadczasowy, wykraczający poza mody i chwilowe trendy, żeby brzmiał doskonale pomimo upływu czasu.

Fakt, mnie też ta płyta zaskoczyła, wcześniej słuchałem na przykład „Solo”, które, chociaż nagrywane w specjalnych warunkach, było znaczniej bardziej wyciszone, melancholijne, natomiast tutaj pojawiły się syntezatory, niemiecka szkoła muzyki elektronicznej…

H: Nils to niewątpliwie jeden z najciekawszych artystów naszych czasów. Spektrum jego możliwości trudno ogarnąć myślami. Cieszę się, że mogę obserwować jego działania jako słuchacz, żyjąc w tych samych czasach. To dla mnie wielka inspiracja i motywacja oraz poczucie spokoju spowodowanego poczuciem, że wspaniała, wartościowa muzyka nadal “wydarza się” na naszych oczach.

Teraz może chwila dla projektu Bemine, który chyba ostatnio zawiesił swoją działalność. Osobiście byłem nim zachwycony, szczególnie mocniejszym utworem „Figured It Out” i stąd pytanie: czy ten projekt będzie gdzieś jeszcze podążał?

J: Tak, będzie podążał. Był taki moment, że szykowałam już materiał Bemine dla pewnej wytwórni, ale nie chciałam iść na kompromisy, które by ingerowały w twórczy aspekt projektu i zdecydowałam się wtedy odsunąć to w czasie. Nie chcę się nigdzie śpieszyć bo to mogłoby tylko zaszkodzić. Wolę żeby muzyka dojrzała, przeżarła się we mnie. Na pewno będę kontynuowała swoją działalność w języku angielskim, ale nie będzie to już pod tym pseudonimem.

Będzie to coś podobnego brzmieniowo czy nastąpi całkowita zmiana kierunku?

J: Dalej chcę współpracować z Tobiaszem Bilińskim (Coldair), ale z drugiej strony minęło już sporo czasu, podczas którego on też się rozwija muzycznie, dlatego myślę, że ten ostateczny kierunek również dla mnie będzie niespodzianką. Ten materiał jest w sumie tworzony od jakichś trzech lat co na pewno wpłynie na jego różnorodność brzmieniową. Jedyne co mogę obiecać to, że będzie miał w sobie sporą dawkę mroku.

To ciekawe, że wpływy Tobiasza mocno odbijały się na „Figured It Out”. „The Provider” Coldaira też było nagrane w stylu gęstej elektroniki, mimo że on wywodził się z takiego brzmienia folkowo-gitarowego. Pamiętam, że na temat tej płyty Pitchfork pisał nawet, że Tobiasz jest jak kapłan celebrujący jakieś mroczne misterium. Co prawda sam nie postrzegałem tego albumu w barwach aż tak mrocznych, ale rzeczywiście coś w tym jest, że zmienił swój styl i poszedł, tak przynajmniej myślę, w ciekawszą stronę. Jednak wracając do tematu. Mówiliśmy o Nilsie, o nurcie modern classical. Wy też balansujecie na granicy mainstreamu i muzyki klasycznej. Co szczególnego możecie dodać do tego nurtu? Co stanowi wasz wyróżnik, dzięki któremu można stwierdzić, że dla was akurat jest tutaj miejsce?

J: Dla nas tworzenie w takich skrajnościach jak elektronika i muzyka klasyczna to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, bo tyle lat spędziłyśmy szlifując swoje klasyczne wykształcenie, że trudno by było od tego uciec i nie ma zresztą takiej potrzeby.

H: Dla mnie tęskno to swego rodzaju miks. Z jednej strony piszemy przede wszystkim piosenki. Sama substancja materiału dźwiękowego i konstrukcja utworów jest stosunkowo prosta, wybieramy takie formy kompozycji, które wydają się nam najbardziej naturalne i w jakimś sensie znajome dla ucha oraz serca. Aranżacja za to jest rezultatem chwili i naszych wspólnych skojarzeń. A że obie mamy te skojarzenia dość mocno rozstrzelone, zaczynając od miłości do muzyki elektronicznej, poprzez pop, muzykę filmową, a na klasycznej kończąc, to wychodzi chyba z tego pewnego rodzaju osobliwość, patrząc na polski rynek muzyczny. Być może to właśnie ta bezkompromisowa swoboda tak “zachwyca” słuchaczy, bo odnajdują w naszym stanowisku coś za czym tęsknią. Trochę subtelności, ale i patosu, wsłuchiwania się w ciszę, ale również radosnego podrygiwania i wybuchów energii. Całego wachlarzu emocji w jakimś sensie, wyrażonego poprzez, tu się zgodzę, dość specyficzny zestaw instrumentów, słów i osobowości.

Czerpiemy po prostu z tego co mamy pod ręką i na czym się trochę znamy (instrumenty smyczkowe, pianino). Próbujemy dostosowywać to wszystko, czym dysponujemy na ten moment, do brzmień, które chodzą nam po głowie. Być może dlatego też ta muzyka wymyka się gatunkom, bo na przykład zdarza się, że pianino imituje elektroniczne sample, kwartet smyczkowy – instrumenty perkusyjne, a zapętlone chórki brzmią jak ambientowe warstwy. Myślę, że właśnie w tych nietypowych aranżacjach ujawnia się spektrum naszych inspiracji oraz ducha muzycznych osobowości, które nas zachwycają. Mam nadzieję, że na płycie będzie słychać na przykład naszą miłość do Jamesa Blake’a . To są też w zasadzie przecież tylko “piosenki”, ale z dodatkiem tego całego nieokiełznanego kosmosu muzycznego, który w nim siedzi. Blake to zdecydowanie artysta, który nie ma żadnych granic w swojej twórczości. A przy tym wszystkim, jego muzyka pozostaje tak bliska człowiekowi, szczera, dotykająca najczulszych miejsc.

Jak chodzi o Jamesa Blake’a i jego uzewnętrznianie się, to ostatnio były z tym zawirowania, bo dużo osób określało go mianem „sad boy” i mówiło, że nagrywa tylko smutne piosenki, na co on wydał odezwę, swego rodzaju manifest, w którym nagłośnił sprawę męskich emocji i zwrócił uwagę, że używanie określenia „sad boy” jest problematyczne i niezdrowe. Ostatnio okazało się również, że artysta zmagał się z depresją, więc rzeczywiście, jego muzyka jest w pełni autentyczna.

H: James Blake to dla mnie zjawisko i to właśnie dzięki tym emocjom i braku jakichkolwiek granic w ich przekazywaniu dociera do tak wielu ludzi. Pamiętam jak grał rok temu na Open’erze i podczas koncertu chyba ani razu nie otworzył oczu. On jest podczas koncertów zupełnie w swoim świecie i myślę, że albo wchodzi się w niego w całości, albo przechodzi gdzieś obok.

W ogóle to jest świetna gra ze słuchaczem, że grając utwory tak melancholijne i emocjonalne winduje bas, winduje inne efekty, tak, że widownia czuje dezorientację, nie wie w ogóle co myśleć ani jak się zachować. I rzeczywiście, szczególnie działa to na żywo, bo studyjnie przez te 17 utworów (na „The Colour in Anything”) jest czasem trudno przebrnąć.

H: Ja w kwestii tej płyty zauważyłam, że słucham poszczególnych utworów w różnych okresach, rzadko, a w zasadzie nigdy, w całości. Wracając do albumu odkrywam poszczególne utwory na nowo. Te, które wcześniej wydawały mi się zbędne na krążku, stają się, w innym momencie życia, moimi ulubionymi. To świadczy o mocy tej muzyki i wbrew pozorom dobrej decyzji o umieszczeniu aż tylu kompozycji na jednym albumie. Przynajmniej można się nią delektować nieco dłużej.

Teraz James również idzie w ciekawą stronę, bo utwór „If the Car Beside You Moves Ahead” pokazuje, jak może brzmieć przyszłość muzyki. Po kilku pierwszych przesłuchaniach w ogóle go nie rozumiałem, nic nie trzymało się w nim całości, dopiero po jakimś czasie doceniłem kunszt i fakt, jak piękna melodia wyłania się z tej pociętej kompozycji. Ale kończąc temat Jamesa, w tym roku dostałyście zaproszenia i na OFF-a, i na Open’era, czyli w sumie na dwa najważniejsze festiwale w Polsce…

J: I jeszcze mamy trzeci w zanadrzu, czyli Transatlantyk Festival w Łodzi, który odbędzie się teraz, 18 lipca a na nim oficjalna prapremiera naszego debiutanckiego albumu.

Rzeczywiście, coś mi przemknęło. Niemniej, czy czujecie się docenione faktem, że jeszcze przed wydaniem płyty, nie mając pełnego rozgłosu, a jedynie kilka utworów na koncie już zaprasza was Artur Rojek, już zaprasza was Mikołaj Ziółkowski.

H: Myślimy, że zafascynowała ich nasza dziwność (śmiech).

Ciekawe jest to, że na przykład na stronie OFF-a o waszej muzyce nie ma w zasadzie napisanego nic poza tym, co same o sobie napisałyście: „Piszemy piosenki po polsku, łącząc brzmienia, melodie i dźwięki, za którymi nam tęskno”. Czy to znaczy, że nie znają waszej muzyki? A może raczej, że zdanie to najlepiej ją podsumowuje?

J: To już ich decyzja (śmiech). Myślę, że znają naszą muzykę na pewno, nikt nie jest na tyle szalony żeby zapraszać debiutantów w ciemno.

H: Jesteśmy zaszczycone takim obrotem spraw, ale też nie zastanawiamy się jakoś szczególnie “dlaczego”, a staramy się zaprezentować od jak najlepszej strony. Co do opisu, myślę, że po prostu trafnie wyraża ideę “tęskno” projektu, a przede wszystkim faktu, że trudno określić do końca naszą muzykę słowami. Abstrakcyjny wyraz lepiej oddaje w tym wypadku charakter piosenek, niż wypisanie konkretnych gatunków muzycznych.  Jest to wszystko z pewnością trochę “inne”, a trochę “swoje”. Być może to właśnie sprawiło, że organizatorzy tegorocznych festiwali dostrzegli naszą twórczość, uznając, że będzie to interesujące dopełnienie line-upu. Cieszymy się, jesteśmy wdzięczni i mamy nadzieję, że to jest dobry znak przed płytą.

J: Całe szczęście jest jeszcze parę festiwali, na których będziemy mogły zagrać w przyszłym roku i w kolejnych latach – już z płytą.

Ja z całego serca polecam Halfway Festival w Białymstoku.

H: Bardzo chciałybyśmy tam zagrać. Zapraszamy do kontaktu mailowego, telefonicznego (śmiech). To jest świetny festiwal.

W tym roku również była udana edycja.

H: Widziałam zdjęcia, pięknie to wyglądało. Brzmiało zapewne również.

Nie ma więcej wpisów