Pierwszy weekend sierpnia to od 13 lat święto fanów wszelkich odmian muzyki alternatywnej i chyba nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości. To za co kochamy OFF Festival i co roku wiernie na niego wracamy, to nieskończona różnorodność odmieniona przez wszystkie przypadki i możliwość dowolnego komponowania własnych list “must see”. Nie ma dwóch takich samych koncertów, dwóch takich samych artystów i takich samych emocji. I to właśnie sprawia, że dla każdego uczestnika ten festiwal może wyglądać zupełnie inaczej.

Zeszłoroczna edycja przez wielu została określona, jako najbardziej równa z dotychczasowych. O tegorocznej można powiedzieć, że miała swoje mocne i słabe strony. Koncerty zaskakujące, dobre, ale też takie bez wyrazu, a nawet rozczarowujące. Tych pierwszych jednak było zdecydowanie więcej. Prześwietlamy je poniżej.

Daria Owczarek: Pierwszy trafił się już na samym początku w piątek w postaci Nanook of the North. To chyba jeden z najciekawszych alternatywnych projektów, jaki w ostatnim czasie zrodził się na polskiej scenie. Duet Kaliński/Wesołowski w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut przeniósł nas w najodleglejsze zakątki zimnej Islandii. Ścieżka dźwiękowa do filmu “Nanook z Północy” Flaherty’ego w ich wykonaniu to muzyczna opowieść. Minimalistyczna i niezwykle melancholijna, ale przede wszystkim piękna w swojej prostocie. Podczas tego występu nie było rozmów. Było za to pełne skupienie i zasłuchanie. Jeśli komuś udaje się zgromadzić tłumy niemieszczące się w namiocie eksperymentalnym o godz. 17:00, to musi o czymś świadczyć.

Podobny klimat, choć w tym przypadku zdecydowanie brudniejszy, bardziej psychodeliczny i doprawiony eksperymentalnym jazzem towarzyszył nam podczas występu kolejnej reprezentacji trójmiejskiej sceny – Lonker See. Ci, którzy zachwycają się ich albumem “One Eye Sees Red” dopiero na żywo mogą się przekonać, ile w tej muzyce się dzieje. Po raz pierwszy na tej edycji pozwoliłam sobie kompletnie odlecieć, kładąc się pod gołym niebem, zamykając oczy i pozwalając nieść się… gdzieś. Bezcenne doświadczenie.

Jeśli już przy brudnych brzmieniach jesteśmy to nie sposób nie wspomnieć świetnego, pełnego złości i gitarowego sznytu występu The Mistery Lights. Panowie pomimo braku swojego sprzętu, który zagubił się w podróży do Katowic i grania na pożyczonych gitarach, potrafili wycisnąć z nich tyle niczym nieskrępowanej radości i dzikości zarazem, że trudno było oderwać od nich wzrok. To jedno z odkryć tegorocznego OFFa.

Niemniej gitarowo, choć nieco spokojniej zaprezentowała się grupa The Brian Jonestown Massacre. To jeden z bardziej wyczekiwanych przeze mnie zespołów tej edycji. Śledzenie ich poczynań w ciągu kilku ostatnich lat i zatapianie się w psychodelicznych aranżacjach sprawia tyle samo przyjemności, co schładzanie się kurtyną wodną w 35 stopniowym upale. Paradoksalnie smutni panowie, bezemocjonalnie zatopieni w monotonnych, psychodelicznych i narastających jednocześnie kompozycjach dostarczają wielu wrażeń – zwłaszcza jeśli grają tytułowy “Pish”. Tych kilka początkowych akordów nie da się tak po prostu zwyczajnie opisać.

Jednym z piękniejszych momentów tego festiwalu był powrót po 10 latach na offową scenę zespołu Muchy. Zawsze ceniłam w nich tę naturalną zdolność do mówienia o zwykłych rzeczach w absolutnie piękny sposób. Zagrali trochę tak, jakby właśnie przeżywali swój debiut, tylko, że tym razem z większym doświadczeniem. Jakby dopiero poznawali to uczucie, gdy grają przed dużą festiwalową śpiewającą wszystkie ich piosenki. Było w tym dużo szczerej radości. Materiał z “Terroromanasu” zdaje się w ogóle nie starzeć i wciąż śpiewa się go tak samo dobrze.

W tym roku nie zawiodła także Scena Leśna w elektronicznej odsłonie. Pierwszego dnia Jon Hopkins wyczarował absolutną magię swoim ambientowo-eksperymentalnych setem, który okazał się jednym z najlepszych show całego festiwalu. Podobnie było też podczas występu Davida Augusta. Co prawda jemu również zgubiono sprzęt, przez co nie mógł wystąpić live. Wynagrodził nam to jednak minimalistycznym i wciągającym DJ setem. Mam nadzieję, że problemy techniczne będą dla niego pretekstem do kolejnej wizyty u nas, na której tym razem będzie mógł zaprezentować pełnię swoich możliwości.

W podobnych lekkich i melodyjnych klimatach porusza się też Bass Astral x Igo. Niestety pokładane w nich nadzieje były zbyt duże i wykonanie świetnego przecież materiału z “Orell” czy “Discobolus” w wersji live nie zachwyciło. Panowie zdawali się nie nadążać za tempem i rytmem, który sami generowali, jakby w swoich odsłuchach mieli kilkusekundowe opóźnienie. Na scenie oni sami bawili się zdecydowanie lepiej, niż publiczność zgromadzona pod nią. Trudno wyrokować co było tego powodem.

Rozczarowanie pojawiło się również podczas występu Zoli Jesus. Artystka choć ma świetne warunki wokalne, chyba nie do końca potrafi nimi operować. W efekcie po trzech utworach ma się wrażenie, że każdy utwór śpiewa dokładnie tak samo. Nie bez znaczenia okazały się też ubogie aranżacje w całości oparte o gotowy, samplowany podkład elektroniczny, wzbogacony jedynie o przesterowaną gitarę. Do tego jej sceniczna nadekspresyjność, która nie zawsze szła w parze z tym, co muzycznie akurat działo się na scenie. Trudno się na to patrzyło.

Zdecydowanie lepiej wypadła headlinerka drugiego dnia – Charlotte Gainsbourg. Jej występ właściwie od początku do końca brzmiał jak ścieżka dźwiękowa do francuskiego filmu. Tutaj wszystko się zgadzało. Subtelne, ale wyraziste aranżacje osadzone w klimacie wyrafinowanego popu komponowały się z jej delikatnym wokalem. Do tego ładne efekty świetlne, które tylko dodały klimatu jej show. I choć nie jest to muzyka, do której będę wracać i zachwycać się nią każdego dnia, to z całą pewnością, Charlotte nie można odmówić talentu także muzycznego.

Wielkim finałem nie tylko niedzieli, ale dla mnie całego festiwalu i jego absolutnym numerem 1. okazał się koncert Grizzly Bear nie tylko pod względem muzycznym. To był po prostu spektakl. Z piękną jaskiniową scenografią, z doskonałym soundtrackiem i historią opowiedzianą tekstami głównie z trzech ostatnich płyt. W tym te z albumu “Shields” i “Yet Again” na czele w szorstkich, gitarowych aranżacjach. Ta kapela jest jak dobrze naoliwiona maszyna, która nie odgrywa ustalonej setlisty, ale dodaje do tego mnóstwo autentycznych emocji. A właśnie tego szukam w muzyce.

Marek Cichoń: Piekielnie słoneczny piątek i całkiem przyjazną niedzielę ubogacił sobotni opad deszczu, który zwiastował najgorszy dzień festiwalu (i tak też było), ale niektórym nie pokrzyżował za bardzo możliwości zabawy pod scenami. Widać to było w szczególności przed i na samym początku występu Turbonegro, gdzie publika dopisywała. Ale ciężko było przypuszczać, że dość licznie zebrani Turbojugend ubrani w charakterystyczne dla zespołu atrybuty przestraszą się pogodowej niedogodności. Na scenie postaci z prac Tom of Finland spotkały się z gwiazdami hard rocka i glamu z lat 80. i 90. dając świetny pokaz tego, jak można pociągnąć za sobą wiwatujące tłumy, śpiewając o erekcji. Nie można się było nie uśmiechać przez całą godzinę ich grania i niewybrednych zachowań.

Inna sprawa miała się z zespołem Coals, którzy rozstawili się kilka godzin wcześniej na Scenie Trójki. I nie chodzi tu o jakość wykonania czy przerywniki pomiędzy utworami, które kontrastowały z dość nostalgicznymi dźwiękami. Ale mój problem chyba wyraźnie leży w samym wykonaniu materiału źródłowego. Bo choć całkiem cenię przemianę, jaka nastąpiła pomiędzy pierwszymi nagraniami a albumem „Tamagotchi”, choć przyznaję, że mnie on nie zachwycił, to potrafię znaleźć dużo ciekawych fragmentów i szanować wylewające się z niego inspiracje. Tymczasem na żywo okazało się, że utwory te brzmią nazbyt podobnie – co mogło się też wiązać z rapowanymi rozwiązaniami, które miejscami stawały się nazbyt monotonne. Może to nie było to miejsce, nie ten czas, nie ten etap w karierze. A być może po prostu trochę tęsknię za tradycyjnym wokalem Katarzyny. Zobaczymy co przyniosą kolejne miesiące ich grania.

Wciąż chyba moim największym problemem z OFF-em jest fakt, że koncerty wielu ciekawych polskich wykonawców odbywają się o porach, które nie sprzyjają pojawieniu się na Dolinie Trzech Stawów. Ominięcie Nanook of the North, Lonker See czy choćby MIN t nie można pewnie określić największą stratą, bo pewnie da się to spokojnie nadrobić przy innych okazjach, ale przydałoby się trochę więcej miłości dla muzyków rozpoczynających swoje podboje festiwalowe o 15:30. W jakiś sposób dość wczesna pora pasowała ARRM, którzy na Scenie Leśnej rozstawili się w niedzielne popołudnie. Artur Rumiński i spółka przedstawili serię dość odprężających motywów ambientowo-drone’owych, które z czasem przybrały na sile, aby wybuchnąć w finale. Co nie znaczy, że to nie był jeden z lepszych momentów, aby pod tą właśnie sceną usiąść lub wygodnie się położyć. Głównie dlatego, że większość artystów meldujących się na Leśnej, brała sobie za cel roztańczenie publiczności. Trudno było się jednak tego nie spodziewać po występach Jona Hopkinsa czy Jacques Greene’a, którzy zarazili swoją miłością do elektroniki pokaźną liczbę osób. Szczególnie ciekawie było obserwować Greene’a, który przez całe półtora godziny czerpał widoczną radość ze swoich działań. Robiła to też publika, która w tanecznym kroku niemal w całości do końca towarzyszyła Kanadyjczykowi. A trzeba powiedzieć, że ostatnie pół godziny to najbardziej różnorodna część jego seta, gdzie wpleciono m.in. motyw „White Ferrari” Franka Oceana. Jedyny zarzut – brak „You Can’t Deny”, na które liczyłem aż do ostatniej minuty koncertu. Ale to akurat niewielki zarzut jak na dawkę przyjemności, której muzyk dostarczył.

Dobre show (nie rozpatrujmy tego występu w kategoriach tradycyjnego koncertu) wykonała Big Freedia i jej tancerze, na których chyba głównie skupiona była uwaga. Poza twerkingiem był jeszcze twerking, zaproszenie na scenę grupy z publiczności, której zadaniem miał był twerking… a także rapowanie do utworów Drake’a, wyśpiewywanie Adele oraz Whitney Houston na pożegnanie. Co by nie mówić o samych zdolnościach wokalnych i pewnej coraz bardziej ciążącej monotonii godzinnego popisu, było to ciekawe wydarzenie. Cieszy, że takie rzeczy mają tu swoje miejsce. Podobne odczucia przywodzi na myśl wspomnienie występu The Como Mamas, które swoje dusze zatopiły w soulowo-gospelowym zestawie urokliwych, lekko bujających religjinych pieśni pochwalnych. Godzina dla Jezusa na OFFie? Niech będzie.

Na OFF-ie największe zaskoczenia okazują się poprzez wybory z przypadku. W tym roku tak było z Marlonem Williamsem. Nowozelandczyk i jego trzech kolegów z zespołu spóźnili się ponad dziesięć minut i rozkładali swój sprzęt w trakcie występu, co jednak sprawnie ratował Williams rozpoczynając od dwóch utworów akustycznych. I pewnie gdyby przyszło mu tak grać solo do samego końca, magia wykonania pozostałaby na tym samym, wysokim poziomie. Jego sceniczne ruchy, krótkie interakcje z publiką, wreszcie sama stylistyka i głos, oscylujący gdzieś w okolicach Sinatry, Morrisseya czy Father John Misty. Od początku do końca wszystko to brzmiało hipnotyzująco i aż chciałoby się, żeby trwało dłużej niż przeznaczone dla niego czterdzieści minut. Pewną dozę hipnotycznego doświadczenia zafundowali też panowie Housewives, którzy zaprezentowali niecodzienny, pokręcony sposób na siebie i swoją muzykę. Jeśli jednak chodzi o Scenę Eksperymentalną, jednym z najlepszych występów w tej przestrzeni okazał się był magiczny, przyciągający ambientową lekkością seans z Yasuakim Shimizu, który był chyba najlepszym piątkowym wykonawcą.

Zaskoczeniem, choć tym razem z kategorii tych negatywnych, był performance’a Ariela Pinka, który miotał się na Scenie Miasta Muzyki, oznajmiając na początku, że ma zły humor i próbując stworzyć przez godzinę cokolwiek, co można by nazwać mianem występu. Parę razy udało mu się nawet wyśpiewywać kolejne zwrotki we właściwą stronę mikrofonu, przez co z całego repertuaru „Another Weekend” wybrzmiało jakby najbliżej swojego studyjnego oryginału. Zastępczy DJ-set Pinka pomińmy milczeniem. Z kolei milczeniem – choć raczej tym ze sceny – cechował się koncert M.I.A., która ledwo słyszalna, wolała przechadzać się po scenie i gimnastykować niż rzeczywiście śpiewać. Większą robotę robiła za to jej DJ-ka, która odpowiedzialna była za większość wokalnego dobrobytu i zagrzewanie publiczności do zabawy.

Natomiast Grizzly Bear to już wyższa liga, co zostało dobitnie potwierdzone podczas bisów. „Sun In Yours Eyes” było kropką nad i w pokazaniu pełnych skali umiejętności i scenicznego obeznania muzyków (nawet w tych niesprzyjających sytuacjach jak awaria mikrofonu), co pozwalało każdemu z nich na zaprezentowanie się z jak najlepszej strony. Ale sam bezbłędny, emocjonalny finał to oczywiście nie wszystko. Po drodze doświadczyliśmy precyzyjnego przeglądu najlepszych czy też najbardziej upragnionych kąsków z „Veckatimest”, „Shields” i „Painted Ruins”. Atmosfera ciepłej niedzielnej nocy z pewnością pomogła w rozkoszowaniu się dźwiękami, które z każdą kolejną minutą trafiały coraz celniej i ostrzej, odżegnując przekonanie co niektórych, że Grizzly Bear to same smęty. Najlepsze wykonanie na festiwalu? Być może. Z pewnością najbardziej satysfakcjonujące pod względem spełnionych oczekiwań.

Nie ma więcej wpisów