Ich muzyka jest lekka niczym zefir, który znajduje się w nazwie zespołu, choć ta akurat wzięła się od nazwy sklepu z deskami surfingowymi w Santa Monica. Wypełnione słońcem dni, spacery po plaży i surfowanie – o tym myślimy i tego pragniemy, słuchając ich debiutanckiego albumu. Biorąc pod uwagę fakt, że połowa zespołu pochodzi z Barcelony a połowa z Chile, takie brzmienia nie powinny dziwić.

Brian Silva i Jossip Tkalcic odpowiedzialni za gitary i wokal w zespole są też głównymi songwriterami, hiszpańska część zespołu to Marc López  i Carlos Ramos – oni z kolei są Ringo i McCartneyem czyli sekcją rytmiczną The Zephyr Bones. Na ich facebookowym profilu można odnaleźć informację, że gatunek jaki uprawiają nazywa się beach wave i trudno o lepsze określenie. Rozmarzone riffy, rozmazane wokale i dodające kolorytu, pojawiające się w tle syntezatory przywodzą na myśl całą armię amerykańskich, dream popowych artystów takich jak Real Estate, Wild Nothing a nawet Beach House. Dodać do tego taneczne tempo i mamy gotowy soundtrack na upalne lato nad brzegiem morza.

Tkalcic twierdzi, że jego piosenki mówią przede wszystkim o nostalgii bo przyjemnie jest spojrzeć na przeszłość i powspominać, a morze faktycznie odgrywa ważną rolę w jego życiu, bowiem spacery jego brzegiem go relaksują i nie wyobraża sobie życia z daleka od wielkiej wody.

W 2017 roku, nakładem La Castanya – labela z Barcelony – zespół wydał „Secret Place” – pierwszy pełny album, wyprodukowany przez Silve i Tkalcica i nagrany w ich własnym studio. Od tamtego czasu zaliczyli kilka ważnych festiwali na czele z Primavera Sound, a także trasę po Stanach Zjednoczonych z uwzględnieniem SXSW w Austin. Na początku tego roku zapowiadali rychłe nadejście kolejnego krążka, na którym zamierzają wypróbować inne metody tworzenia muzyki, co po tak udanym debiucie brzmi niezwykle obiecująco.

Nie ma więcej wpisów