Skład tegorocznej edycji Kraków Live Festival to w większości rap. Większości optycznej, a nie bezwzględnej, bo w rzeczywistości ten gatunek uprawiało siedmioro (przyjmijmy roboczo, że grime to sensu stricte rap) z szesnaściorga artystów, zapewniając mu jednak wyraźną dominację. Taki wniosek nasuwał się również po przyjrzeniu się festiwalowym strojom większej części uczestników. Może jest to więc odpowiedni moment, aby pochylić się nad koncertową kondycją najpopularniejszego gatunku muzycznego na świecie?

Rozłożenie akcentów muzycznych w ten, a nie inny sposób, było decyzją może nie tyle odważną, bo rap sprzeda się i tak, ale na pewno ciekawą. Jeśli chodzi o zagranicznych artystów w zasadzie zrezygnowano z gitar. Jednym ukłonem w stronę fanów rocka stał się występ Unknown Mortal Orchestra, nowozelandzkiego kwartetu, którego spore grono osób w Polsce na pewno nie określiłoby jako „unknown”. Muzycy od ośmiu lat dokładają swoją cegiełkę do niezwykle silnej reprezentacji rocka/popu psychodelicznego z Australii i okolic (wymienić należy chociażby Tame Impala, King Gizzard & the Lizard Wizard, Pond czy Methyl Ethel), a podczas koncertu na Kraków Stage zdołali bez większych problemów przypomnieć, jak powinno się łączyć własną radość grania z bezbłędnie skrojonymi, ale szalonymi dźwiękami. W wydaniu na żywo nawet powolne, bardziej syntezatorowe kompozycje, zyskiwały pełną, interesującą oprawę, z silnie zaakcentowanymi klawiszami i niezbyt nachalnie nagłośnionym basem. Wrażeń dopełniały popisy gitarowe Rubana Nielsona.

W kwestii brzmień innych niż rapowe na uwagę zasługuje również polski Kamp!. Wydawać by się mogło, że po serii nijakich singli („Turn My Back on You” i „Deny”), będzie można na triu postawić krzyżyk. Nic bardziej mylnego – premierowe kompozycje, które zagrali w Krakowie (m. in. „Manana”, „Dalida” czy „F.O.M.O”), odkrywają pokaźny pakiet inspiracji: od prymitywnie skrojonych, ale nośnych electropopowych wymiataczy, przez starannie dopracowane housowe utwory z wpływami balearic beatu, po długie pasaże lekkiego techno, będące wyraźnym efektem działań Radosława Krzyżanowskiego w We Draw A. Set rwał do tańca od pierwszych minut, a żeby nie zaprzestawać tego procederu zachęcały też starsze „Melt”, „Cairo” czy „Early Days”. Na słowa Tomka: „Widzimy się jesienią w klubach!” pozostaje tylko odpowiedzieć: „Pewnie!”.

Warto jeszcze wspomnieć o Jessie Ware, która pokazała się z dobrej, ale na pewno nie szczególnie wybitnej strony, dając po prostu poprawny koncert. Nie można tego powiedzieć o Darii Zawiałow. Otóż było nudno. I jest to przyziemny, ale zarazem największy zarzut do jej występu. Brak charyzmy to częsta przypadłość debiutujących artystów i tak też jest w tym wypadku, z tą jednak różnicą, że silny charakter Darii ma szansę to zmienić. A jeśli nie, to może warto postawić na odważniejszy, wychodzący z cienia zespół? Bo że charyzma to nie wszystko, dobitnie udowodnił Martin Garrix. Co z tego, że dyrygował publicznością jak na zawołanie, skoro z trudem przychodziło mu spójne budowanie swojego seta? Bogata oprawa wizualna (równoramienny krzyż będący telebimem w tle sceny), efekty pirotechniczne czy wchodzenie na stół i wymachiwanie rękami nie były w stanie przykryć muzycznej miałkości, braku pomysłu i kulejącej dynamiki – minutowa balladowa część utworu niemal zaraz po dropie to natychmiastowe zabicie energii roztańczonego tłumu, a takie sytuacje zdarzały się nagminnie. Również sama selekcja utworów pozostawiała wiele do życzenia (grzechy EDM-u to temat na oddzielny felieton), ale to akurat kwestia gustu. Czy dobrym pomysłem jest zamykanie festiwalu w taki sposób? Sądząc po ogromie fanów z koszulkami i workami Martina Garrixa – komercyjnie pewnie tak, ale z pewnością nie artystycznie.

Tutaj należy jednak postawić kropkę i przejść do najistotniejszej części zapowiadanej we wstępie. Rap, mimo swojej ogromnej popularności, nie jest gatunkiem tak oczywiście koncertowym jak szeroko rozumiany rock czy pop. Szczególnie, jeśli mowa o newschoolu, który cierpi na wiele bolączek podczas live actów. Zebraniem ich wszystkich w jedno był występ ASAPA Rocky’ego. Amerykanin przyjechał do Polski specjalnie na ten koncert. Na scenie pojawił się z dwudziestominutowym opóźnieniem, nie kończył swoich utworów (minuta „Praise the Lord (Da Shine)” to chyba trochę mało), często w ogóle nie rapował, pozwalając playbackowi wysilić się za niego, na kilka minut przerwał koncert, aby pokrzyczeć do ludzi i podpisać płyty, a ostatecznie ze sceny zszedł po czterdziestu minutach. Co z tego, że scenografia sceny zwalała z nóg (ściany i rozbite samochody oraz ogromna głowa manekina nawiązywały do tytułu albumu – „Testing” ), skoro z najnowszej płyty raper zagrał tylko trzy utwory? Nawet pirotechnika (ogień, dym, fajerwerki) nie wystarczyła, aby zbudować poczucie, że warto było, aby ASAP przylatywał specjalnie na ten jeden koncert. A może raczej meetng z fanami.

Przyznać jednak należy, że te czterdzieści minut przynajmniej nie było monotonne, a taki zarzut na pewno można postawić Headie One. Brytyjczyk niby tworzy grime, ale brakowało w nim dźwiękowej różnorodności, co skutkowało brzmiącymi niemal identycznie bitami bardziej trapowymi niź grime’owymi. Sama nawijka również nie zaskakiwała, wpisując się w wyraźnie utarte schematy. Szkoda, że w miejsce Headiego nie pojawił się ktoś bardziej wyrazisty.

Na pewno jednak nie w taki sposób jak Die Antwoord. Stylistyka tego zespołu nie jest ani wyjątkowa, ani odkrywcza, ani nawet szczególnie szokująca. Co najwyżej śmieszna. Jasne, wszystko to podpięte jest pod kulturę zef, pytanie tylko, czy ona sama muzycznie niesie ze sobą coś więcej niż autoparodię. Na scenie Ninja i Yolandi to wulkany energii, czasem aż zbyt wybuchowe, ale wokale były męczące i nie pozwalały cieszyć się ze świetnie nagłośnionego basu i niekiedy hip housowych albo opartych na chiptunie bitów.  Czy naprawdę warto smucić się, że południowoafrykańskie trio zamierza zakończyć karierę?

Te trzy występy to tylko jedna strona medalu, niestety będąca chyba awersem kondycji rapu nie tylko w powszechnej świadomości, ale również w najbardziej mainstreamowej rzeczywistości. Wychodzi jednak na to, że do mnóstwa osób trafiają właśnie takie koncertowe rozwiązania, jakie zaprezentowali Die Antwoord czy ASAP. Może warto popatrzeć jednak na rewers tego medalu, który pokazuje, że nie opuszczając rapowej rozrywki, jest w stanie zaspokoić również muzycznie.

Po pierwsze: Stormzy. Jeden z najważniejszych graczy współczesnego grime’u nie zawiódł. Z jednej strony świetne bity, wewnętrznie zróżnicowane, czasem oszczędne, innym razem bogate w uk basowe lub drillowe wtręty czy pocięte urywki melodyczne. Z drugiej – sam raper, który rozgrzał tłum swoim wyrazistym flow i energetycznymi ruchami na scenie. Jeżeli dla kogoś było to wprowadzenie do grime – lepiej trafić nie mógł. Jeśli kolejne spotkanie z tym gatunkiem – zderzył się niemalże z ideałem.

Po drugie: Sokół. Twórczość rapera jest bardzo bogata, a zaproszeni goście (Pono, Zipera, Marysia Starosta, Ras) pozwolili zaprezentować ją z każdej strony. Zarówno uliczne klasyki, świadome utwory z płyt „Czysta brudna prawda” i „Czarna biała magia”, jak i imprezowe hity, które kiedyś rozgrzewały dyskoteki („W aucie”). Koncert świetnie poprowadzony, pełen charyzmy i, co by nie było, umiejętności warszawiaka. Nieważne, czy podczas prezentowania klasycznego repertuaru WWO, nowego brzmienia Rasmentalism czy spokojnego, okraszonego soulem klimatu nagrań z Marysią. Klasyczny rap w bezbłędnej formie.

Po trzecie: Kendrick Lamar. Jeżeli ktoś miałby dać przykład, jak powinno robić się niemal bezbłędny koncert rapowy, to jest to tylko i wyłącznie on. Aranżacje utworów z utalentowanym zespołem grającym na żywo (jam w końcówce „All of the Stars”), freestyle na bicie do „Bitch, Don’t Kill My Vibe”, chóralnie wyśpiewane przez całą widownie „HUMBLE.” (nie tylko refren), oprawa wizualna czy wyważona, nieprzesadzona pirotechnika, uczyniły z tego występu połączenie show, widowiska i rasowego koncertu, w którym wszystko stoi na właściwym miejscu. Fair wobec publiki było również to, że Kendrick rapował bez wspomagaczy. Gdy nie było szans na skończenie wersów (studyjnie często są one nakładane na siebie warstwami) po prostu ich nie kończył. Udowodnił również swoją otwartość na ludzi, gdy pod koniec podpisywał płyty widowni i zaprosił jednego fana na scenę, żeby przybić z nim piątkę. Jednocześnie zadał też kłam twierdzeniu, że koncerty rapowe muszą wyglądać jak ten ASAPA Rocky’ego. Jedyny minus – trochę za mało „To Pimp a Butterfly”. Ale tego można się było spodziewać po trasie promującej „DAMN.”.

Przypadkiem lub umyślnie, Kraków Live Festival dał wgląd w kondycję współczesnego rapu. Same nasuwają się oczywiste wnioski. Na żywo dalej najlepiej sprawdzają się rzeczy choćby draśnięte klasycznym podejściem, a te nowoczesne zdają egzamin tylko przy odpowiednim zaangażowaniu gwiazdy i ciekawym tle muzycznym. Słabego koncertu nie jest w stanie uratować pirotechnika czy konfetti, a warunkiem dobrej zabawy jest również względna wygoda. Niestety, z tą również było ciężko, podczas niektórych koncertów ścisk sprawiał, że ludzie mdleli i służby ratownicze musiały ich wywozić. Standardowo sporo osób nieostrożnie postępowało z papierosami, a niektórzy zostawiali po sobie nawet szkło. Organizacyjnie również pojawiły się porażki, na czele z niefortunnym ułożeniem timetable (Unknown Mortal Orchestra bezpośrednio przed Kendrickiem, niemożność zobaczenia wszystkich koncertów, mimo ich małej ilości) i nieco słabą organizacją terenu festiwalu (schowana głęboko jedna strefa gastro, stosunkowo wąski główny trakt, punkt wymiany biletów na opaski stojący pośrodku niczego, niefortunnie ustawione wejście do strefy VIP), które w kolejnych latach należałoby rozwiązać.

Skupiając się jednak tylko na muzyce i odpowiadając na pytanie z tytułu: rap nie jest może tak próżny jak król z baśni Andersena, ale po mieście nie kroczy znowuż w bogatym stroju, a w samej bieliźnie. Oraz oczywiście ze złotymi łańcuchami na szyi.

Nie ma więcej wpisów