Kolejna wizyta Paula Kalkbrennera w Polsce nie zaskoczyła bywalców jego koncertów – artysta znów udowodnił, że nie ma sobie równych. Ponad dwugodzinny doskonale zbalansowany set zawierający przede wszystkim nową płytę, jak i kawałki z soundtracku do „Berlin Calling” czy klasyki sprzed kilkunastu lat. Do tego niesłabnąca energia i publiczność tańcząca w deszczu. Takie obrazki zostaną z tego koncertu.

W ciągu ostatnich dwóch lat Paul zagrał u nas aż cztery koncerty. I to trzy z zupełnie różnym materiałem. Teraz powrócił do miejsca, w którym wystąpił dwukrotnie w ubiegłym roku – Instytutu Energetyki. Organizatorzy wydarzenia postanowili jednak zmienić nieco formułę koncertu i na samym środku hali umieścić scenę, publiczność zaś w większości rozlokować na zewnątrz.

Rozwiązanie to miało swoje plusy i minusy. Takie usytuowanie zapewniło przede wszystkim większość ilość biletów wypuszczoną do sprzedaży. Nie bez znaczenia był też doskonały rozkład dźwięku i bardzo dobra widoczność sceny nawet z dużych odległości. Zabrakło za to miejsce, w którym można było schronić się przed deszczem. Coś za coś.

Jeśli pojawiły się jakieś niewielkie niedogodności, to z całą pewnością zrekompensował je Paul swoim setem zawierającym m.in „Gebrünn Gebrünn”, „Altes Kamuffel”, czy „Battery Park” czy „Cloud River”. Szczególnie cieszą takie smaczki jak remix Kid Simius – „The Flute Song”, fantastyczne „Mad World” czy „Te quiero” Stromae.

Nowa płyta na żywo broni się sama. Paul z łatwością wkomponował ją w pozostałe utwory, tworząc tym samym spójną całość. „Part Fourteen”, „Part Tree” czy zagrane „Part Six” na bis to doskonałe uzupełnienie starszych utworów. Swoich obowiązkowych kawałków doczekali się też Ci mniej wymagający – „Sky and Sand” i „Aaron” postawiły kropkę nad i.

 

Nie ma więcej wpisów