Przestrzeń gdańskiego klubu B90, choć wydawała się niewielką, skrywała w sobie parę niespodziewanych zakątków, do których podczas tegorocznej, siódmej już edycji Soundrive, z przyjemnością się zaglądało. I to nie tylko, aby skryć się przed chłodem nadciągającym co wieczór z pobliskiej Martwej Wisły i aurą lekko odpływającego lata.

Według organizatorów była to edycja rekordowa pod względem frekwencji. I choć trudno mi te zapewnienia potwierdzić lub obalić porównując do lat ubiegłych, to trzeba przyznać, że ulicę Elektryków i pobliskie stoczniowe hale od czwartkowego wieczora do nocy z soboty na niedzielę rzeczywiście były zazwyczaj szczelnie wypełnione ludźmi. Nie zawsze wpływało to jednak na odbiór koncertów, o czym przekonało się kilka bardziej lub mniej znanych artystów. Choć można się też zastanawiać, które nazwiska tegorocznego line-upu można było zaliczyć do tych znanych. Gatunkowy miks popu/rocka, rapu i elektroniki trzeba by zestawić z aktualnymi trendami panującymi wśród zaskakująco młodej publiki, która, jak się zdawało, panowała w przestrzeni festiwalu.

Jeśli mielibyśmy mierzyć występy artystów miarą reakcji publiki, to można by się poważnie zdziwić. Nie tylko z powodu dość biernych oznak zadowolenia wyrażanych oklaskami, ale też faktem, którzy artyści i w jakich momentach byli nimi nagradzani najbardziej. Spore laury uznania zbierali wykonawcy hip-hopowi. Energią zarażała Flohio, sprawnie rozbudowując świadomość na temat żeńskiej sceny gatunku. Zaproszenie na scenę kilkoro osób z publiczności na pewno nieco podbiło stawkę wydarzenia. Rejjie Snow swoim flow celował w rejony bardziej znanych nazwisk ze sfery R’n’B, jak chociażby Chan-ce The Rapper. Zresztą nie tylko nawijka samego muzyka, ale i podkłady nawiązywały do obecnych trendów łączenia popowej melodyki z wpływami R’n’B. Zachęcający do zabawy Snow i jego DJ spraw-nie radzili sobie z publiką. Do ruchu i okrzyków zadowolenia nie trzeba było też zachęcać podczas występu Crimera, który – jak można było wysnuć z atmosfery podczas występu – był jedną z najbardziej oczekiwanych punktów czwartkowego dnia, jeśli nie całego festiwalu. Nieco boysbandowy styl modowo-muzyczny, utkany z zachwytów nad popowym światkiem lat 90. set doprowadzał z każdym utworem do wybuchu entuzjazmu – szczególnie wśród żeńskiej części publiczności. Tacy Japanese Breakfast z kolei, mimo całkiem przyjaznego przyjęcia, zostali najgłośniej nagrodzeni za wykonanie „Dreams” The Cranberries. Taka sytuacja mogłaby nie najlepiej świadczyć o samym występie zespołu. A jednak całe zajście upatruję raczej w tym, że swoim coverem Zauner pokazała, iż byłaby jedną z poważnych kandydatek do stanięcia za mikrofonem, gdyby kiedykolwiek komuś przyszło w tej sytuacji zastępować O’Riordan. W reszcie swojego seta amerykanie zaskoczyli znacznie ostrzejszym, wzbogacanym o progresywne rozbudowania, choć wciąż ciepłym brzmieniem dość pastelowych utworów, znanych ze studyjnych wydawnictwach Michelle Zauner.

Obserwacja zachowań publiczności była dość ciekawym doświadczeniem. W wielu przypadkach publiczność okazywała się być bierna na dźwięki, wpatrzona w ekrany telefonów lub samą scenę, stojąca sztywno niczym podczas szkolnego apelu. Trend ten zmieniał się co prawda jak w kalejdoskopie, czasami przybierając formę wzmożonej aktywności (występy Princess Chelsea czy Kelvyna Colta). Szczególnym okazał się set Floating Points, który chyba parokrotnie zaskoczył zgromadzonych na scenie Blockstage. Najpierw, gdy chyba odkrył przed sporą częścią lekko zagubionej publiczności na czym będzie polegała jego sceniczna aktywność. Potem przy maksymalnym podkręcaniu tempa i wciąganiu do tańca kolejne rzesze swoich odbiorców. Wreszcie przy dość niespodziewanej dla wielu zmianie charakteru i niepewności co do przyswajania najbardziej połamanych dźwięków, jakie można było podczas tego festiwalu usłyszeć. Do samego końca dotrwała nieco ponad połowa początkowo zgromadzonych, ale spora dawka energii i specyficzna klubowa atmosfera została podtrzymana.

Jeśli zaś chodzi o oryginalną aurę, to scena Cargo, swoją industrialną przestrzenią w budynku warsztatu elektrycznego W4 była miejscem idealnym do skrycia się przed hałasem innych scen. Samo miejsce pełne pozostawionych maszyn pracowniczych to oczywiście jedno, ale muzyka była tu oczywiście najważniejsza. Pochwałę wytchnienia i odpoczynku na wniesionych z zewnątrz leżakach celebrował m.in. Pleq i New Rome. Szczególnie ten drugi, czyli Tomasz Bednarczyk, zasługuje na pochwały za nadzwyczaj sprawne prowadzenie rozbudowanego, ambientowego seta, który od początku do końca hipnotyzował dźwiękiem, ale i grą świateł. Z tych lekkich, błogo sennych propozycji wyrwał się na trochę M8N, gdzie Miron Grzegorkiewicz z dwójką współpracowników polegali głównie na zasobie instrumentalnym, przynosząc nieco eksperymentalny powiew. Podobnie zaprezentował się Tomasz Mrońca, który swoje syntezatorowe podkłady wzbogacał o dawkę akustyczną za pomocą skrzypiec – co, trzeba przyznać, dawało fragmenty absorbujące, jak i nieco nużące. Mimo paru mniej entuzjastycznych momentów, chwile spędzone w tak unikalnym środowisku były wciąż idealną przeciwwagą do szaleństwa scen Blockstage i Slipway.

Większość artystów nie potrzebowała specjalnej oprawy dla swoich show. Bardziej zapamiętywalnym z pewnością zostanie wystąpienie Jonathana Bree, który wraz ze swoim zamaskowanym freak-bandem wprowadzał atmosferę tajemniczości i dziwności do i tak niecodziennego repertuaru z worka baroque popu. Zamiast znanych z ostatnich z klipów kwiatów i innych ozdób, Iceage wybrali sceniczny minimalizm. Sprawdziło się też poszerzenie składu koncertowego o skrzypce oraz saksofon, bo to one, znajdując się często na pierwszym planie, niejako prowadziły i miejscami nadawały rytm gitarowemu rzężeniu grupy. Zasłyszane przed występem obawy związane z szukaniem przez Duńczyków melodii i muzycznym rozwojem, które miałyby się nie przełożyć na punkową energię zostały tego wieczora dość szybko rozwiane – o czym świadczyło chociażby rozrastające się pod sceną pogo. Również fani La Luz mogli odetchnąć z ulgą, bo mimo utraty całego swojego bagażu, swoim radosnym surf-rockowym graniem zespół zdołał wytworzyć całkiem przyjazny klimat. Nieźle poradziła sobie także Rosalie., która pomimo prób rozbudowywania utworów z debiutanckiego albumu i udanych wokalnych popisów, z utworu na utwór wydawała się coraz bardziej wyczerpana. Także elektroniczny duet Lasy przedstawił się z całkiem dobrej strony, choć akurat w kwestii koncertowych wystąpień przydałoby się popracować nad odpowiednio skomponowaną setlistą. O ile wokalne występy Lari Lu, Baascha i MaJLo wybrzmiały naprawdę dobrze, to w przypadku bardziej balladowych wystąpień wokalistki czuło się pewne oderwanie i zaburzenie wypracowanego przez zespół tempa.

Nie można też nie wspomnieć o największym zgrzycie festiwalu, jakim była strefa gastronomiczna – a raczej jej brak. Zmarginalizowana do jednego punktu żywieniowego, okazała się być niewystarczająca dla koczujących między występami na ulicy Elektryków. Fakt, że pierwszego dnia zapasy wyczerpały się już po ponad czterech godzinach od otwarcia bram festiwalu, też nie świadczy najlepiej. Jeśli ktoś jednak potrafił czerpać energię z muzyki (i alkoholu), to z pewnością nie zauważył tego niedostatku. Tym bardziej jeśli został porwany przez nocne afterparty na ulicy Elektryków, za które odpowiadali m.in. Leon Vynehall czy Dj Baltra.

Podsumowanie festiwalowego lata, które uskutecznia Soundrive, było więc całkiem udane, nawet jeśli kilka czynników lekko zawiodło. Na szczęście to, co w przypadku takich imprez ważniejsze, czyli dobór artystów oraz miejsce (a wspomniane już przestrzenie klubu i warsztatów są wyjątkowe) zadziałało na tyle, by już teraz móc myśleć o pojawieniu się w Gdańsku za rok.

Nie ma więcej wpisów