Music is everything – głosiły napisy na wlepkach, które otrzymywali w tym roku uczestnicy przy odbieraniu opasek oraz pocztówkach, które na terenie stadionu mogli wysłać za darmo do swoich najbliższych. Hasło to nieoficjalnie przyświeca Up to Date Festival jednak nie od dziś – wydaje się, że do Białegostoku (coraz tłumniej) ciągną ludzie stawiający muzykę w swoim życiu na lekkim piedestale. Na przestrzeni lat festiwal organizowany w sercu Podlasia zdobywał kolejnych sympatyków, nie tracąc nic z siły, która go napędza – szczerej pasji do dźwięków i potrzeby dzielenia się nią z innymi.

Maluch festiwalowy / fot. Maciej Korsan

Za pośrednictwem niekonwencjonalnych spotów reklamowych promujących kolejne edycje, zaczęłam festiwal darzyć cichą sympatią na długo przed tym, nim zaczęłam na niego jeździć z drugiego końca Polski. Ciężko było nie roześmiać się, kiedy dresiarz Cinek opowiadał o byciu prawilnym ziomkiem, profesor Miodek dawał wykład o Pozdro Techno, a emeryci z Białegostoku nawijali o miłości do tłustych bitów. Ale też nietrudno było o łezkę wzruszenia przy spocie bagaż życia, gdzie bliscy organizatorów w prostych słowach opowiadali o wyznawanych na co dzień wartościach.

Ogólnie promocja UTD mogłaby być osobnym zagadnieniem na książkę (a jeśli nie na książkę to na pewno na prace licencjackie i magisterskie – śmiało!), bo pod tym względem festiwal zdecydowanie wyróżnia się na tle innych polskich wydarzeń, nie posiadających tak wyrazistej identyfikacji wizualnej oraz akcji związanych z promocją festiwalu. Jak i całego regionu zresztą. Nie ma drugiego festiwalu, który wniósłby tyle pozytywnych emocji do miasta kojarzonego dotąd z marszami narodowców czy przaśnym klimatem disco-polo.

Scena Beats / fot. Maciej Korsan

Mając na uwadze dość trudne czasy pod względem tolerancji czy otwartości, organizatorzy postanowili zwrócić uwagę na cztery fundamentalne wartości, na których wyrosła nasza społeczność – Pokój, Miłość, Wspólnota, Szacunek – P.L.U.R. (Peace, Love, Unity, Respect). Rzadko kiedy pamięta się o tej spuściźnie zarówno na co dzień, jak i podczas organizacji czy partycypacji w kolejnych imprezach, gdzie muzyka – jej przeżywanie i słuchanie – często schodzi na drugi plan. Żółty smiley face (jeden ze znaków tegorocznej edycji) też nie pojawia się tam przypadkowo – przywodzi bowiem na myśl walkę o te same ideały, o które wojowali młodzi w latach 80-tych w UK, gdy tworzyła się tam scena acid house’owa, będąca odpowiedzią na odpychającą rzeczywistość późnego thatcheryzmu, zdominowaną przez pieniądze i żądzę sukcesu. A były to: wspólnota i pokój. 

Co jednak z warstwą muzyczną? Tegoroczny line-up zapowiadał się naprawdę obiecująco (jak co roku zresztą), ale efekt po przełożeniu fantastycznych nazwisk na jakość wykonania nie wyszedł do końca zadowalający. IX edycja odstawała więc nieco poziomem od pozostałych dwóch (2016, 2017), których byłam uczestnikiem i które postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Kilku moich pewniaków niestety zawiodło, ale z drugiej strony pojawiło się też kilka pozytywnych niespodzianek. W piątek oczekiwaniom nie sprostał na przykład Convextion (E.R.P.), który w produkcjach serwuje wielowarstwowe dub techno najwyższej próby, z głębokim zrozumieniem zależności czasu i przestrzeni oraz widocznymi wpływami Detroit, ale nie potrafił tego pokazać w wersji live, serwując od niechcenia jednostajne muzyczne truizmy i tworząc mało odkrywczy, wręcz przynudny set. Wielki powrót po 25 latach nieobecności nie udał się także Teste, którzy nową EP-ką “The Box Man” chcieli kontynuować muzyczną myśl sprzed niemal trzydziestu lat. Wygląda na to, że zapomnieli trochę jak sami brzmieli (minął szmat czasu) oraz także niestety jak się używa sprzętu – brakowało płynnych przejść między utworami i całość brzmiała jakby po prostu puszczali utwór jeden po drugim. 

Za to wśród ścisłego top występów tegorocznego Up to Date, na szczególną uwagę zasługują dwa występy realizowane w ramach Centralnego Salonu Ambientu, odbywającego się w Operze i Filharmonii Podlaskiej oraz flagowym zabytku Białegostoku – Pałacu Branickich. W tym roku warto było wcześniej zebrać się z domu dla piątkowego występu Bvduba oraz Abula Mogarda w sobotę. Brock van Wey, będący niezwykle płodnym twórcą, w godzinnym pokazie odtworzył wszystkie punkty charakterystyczne dla swojej twórczości, pozwalając całkowicie oddać się dźwiękowemu masażowi za pomocą pogłosów, delikatnych kobiecych wokali oraz rytmicznych efektów dubowych w wersji light. Tak jak jego utwory nierzadko liczą po około 20 minut, tak ten cały set mógł spokojnie być odbierany jako całość: kipiącą od melancholii, majestatyczną, rozdzierającą od żałości, ale jednocześnie rozbudzającą do bujania leżącą na dywanach publiczność. Występ Abul Mogarda w otoczeniu wizualizacji na żywo tworzonych przez Marję De Sanctis był tym bardziej zjawiskowy, że za kanwę jego kompozycji służyła Aula Magna późnobarokowego Pałacu Branickich. Odbijające się od kryształowych żyrandoli i osadzające się na ściennych obrazach świetliste punkty stanowiły fantastyczny kontrapunkt do rezonującej, lekko duszącej i napiętej atmosfery, którą stworzył tajemniczy Serb (wciąż mało wiadomo o samym muzyku). Mogard w swojej twórczości wykorzystuje własnoręcznie robione syntezatory i organy Farfisa, a każdą z jego kompozycji można traktować jako maksymalnie angażującą słuchacza; wręcz namacalnie przez niego odczuwaną, zupełnie jakby przebywało w przestrzeni gdzie hartuje się stal, pachnie żelazem, a owe zawodzące dźwięki wydawała dociskana do oporu maszyneria. Kosmos, chapeau bas!

Centralny Salon Ambientu / fot. Krzysztof Karpiński

Jedyny problem z Centralnym Salonem Ambientu jest taki, że zaraz po zakończeniu koncertów z sennej i horyzontalnej scenerii trzeba dość szybko zarzucić maskę imprezową i przenieść się w klimat szaleńczego tańca na Stadionie Miejskim. Muzycznie sobota obrodziła bardziej niż w piątek – pierwszego dnia wyróżniający się popis dał jedynie Phase Fatale, tym razem w wersji live (w 2016 roku wystąpił z DJ-setem). Hayden Payne w swoim występie odszedł nieco od typowych dla niego nurtów industrialnych i EBM-owych, skupiając się na brzmieniu ze swojej ostatniej EP-ki “Reverse Fall” wydanej dla Ostgut Ton oraz debiutanckiego albumu “Redeemer”. Nie do końca Phase zapomniał jednak o charakteryzujących jego styl nokturalnych i niepokojących brzmieniach, ale zmieszał je nieco z żywiołową motoryką Ostgun – i była to dość interesująca mieszanka. Godne skrytykowania były za to nazbyt intensywne, a wręcz oślepiające światła na scenie Pozdro Techno. Na szczęście w sobotę błąd ten został naprawiony, nie mniej jednak nie powinien się zdarzyć – wszak UTD jest organizowany na Stadionie Miejskim nie od dziś.

Do złotej trójki soboty zaliczam występ Crossing Avenue, Prisa i Rrose. Panowie wydający swoją twórczość w labelu samego Donato Dozzy’ego i Neela – Spazio Disponibile – pokazali to, co umieją najlepiej: przestrzenne wysublimowane techno z lekką nutą ambientu, które na żywo brzmiało jeszcze lepiej niż na EP-kach, w które namiętnie wsłuchiwałam się długo przed festiwalem. Wcale nie dziwi więc fakt, że na zeszłorocznym Atonalu ich występ zrobił niemałe wrażenie na publiczności – może i muzyki o podobnym przestronnym brzmieniu jest wiele, ale nie można jej odmówić bycia piękną i przeszywającą na wskroś, wprowadzającą za pomocą wodnych efektów czy dryfujących ksylofonów na niesamowite i jednocześnie fascynujące bezkresne panoramy czy stepy. Pris – DJ związany z wytwórnią Avian zaskoczył różnorodnością estetyki, stawiając na brzmienia dość nieoczywiste, dalekie jednak od darków i industriali. Tym samym idealnie wstrzelił się w peakową godzinę grania, serwując teksturowane techno o dobrze wyważonym środku ciężkości – taneczne, łatwo przyswajalne i jednocześnie dojrzałe. Warto było zostać też do 4 rano na live Rrose, która przeniosła swoją wizję minimal techno/dark ambient do wymiaru mocno intelektualnego i wymagającego. W porównaniu do jej występu, który miałam okazję widzieć w krakowskim klubie 89, set na UTD był utrzymany w jednej spójnej stylistyce bez ostrych skoków między tempami. Wciąż jednak zaskakującej we wprowadzaniu coraz to nowych ścieżek czy lekko psychodelicznych rytmów, które jednocześnie same pulsowały i zazębiały ze sobą, tworząc kolejne nieoczywiste subsekcje. Nie da się zaprzeczyć, że twórczość Rrose to techno wysokich lotów dla naprawdę świadomego odbiorcy, trochę szamanistyczne, a trochę jakby niebiańskie, przełamujące przestrzeń między sacrum i profanum.

Scena Pozdro Techno / fot. Krzysztof Karpiński

Zarówno artyści zapraszani na festiwal, jak również przyjazna i miła atmosfera epatująca wokół, zachęcają do ruszenia się i eksplorowania centrum Podlasia. W perspektywie czasu Up to Date kojarzy mi się nie tylko z niebanalną niszową muzyką, ale również z innymi małymi akcentami tworzącymi ciepłe wspomnienia po wyjeździe: jedzeniem posiłków w barach mlecznych PSS Społem, odpoczynkiem w stefie chillu (zdecydowany progres w stosunku do zeszłych lat – duże plusy za huśtawki, oświetlenie i siedziska) czy wysyłaniem pięknych kartek do najbliższych. Da się odczuć, że organizatorzy chcą publice przekazać coś ważnego: że festiwal nadal ma misję i w nosie ma aktualne trendy czy konieczność przekształcenia się w większą imprezę. Nawet jeśli ta edycja nie miała 100% efektu wow, to kilka występów było naprawdę mocarnych, a ogłoszoną już datę jubileuszowej X edycji Up to Date zdążyłam już wpisać do swojego kalendarza 2019. Wam też radzę to zrobić.

Nie ma więcej wpisów