Interpol » "Marauder"
4.2Wynik ogólny

» Ciężko w to uwierzyć, ale od debiutu grupy Interpol minęło już 16 lat. Album „Turn On The Bright Lights” wydany w 2002 roku okazał się wielkim sukcesem artystycznym (z tym komercyjnym już było troszeczkę gorzej). Dzieło znalazło się w czołówkach zestawień wielu poczytnych magazynów. Obok oczywistych porównań do Joy Division (wokal i podobne atmosferyczne brzmienie), pojawiały się głosy o zbawcach rocka i odtrutki na nu-metal. Były to głosy głównie z Wielkiej Brytanii, gdzie każdy kolejny zespół, pokazujący chociaż odrobinę oryginalności uważany jest za następną Wielką Rzecz. Pamiętacie The Automatic albo The Von Bondies? No właśnie. Jednak jak się miało okazać głosy te, tym razem, nie były na wyrost. Gdzie inne zespoły odchodziły w otchłań zapomnienia, Interpol trwał i nagrywał kolejne lepsze lub gorsze płyty. Do dziś debiut nowojorczyków uważany jest za jedno z najważniejszych dzieł nurtu post-punk revival (lub szerzej Nowej Rockowej Rewolucji). Album, nie bójmy się użyć tego określenia, wybitny, bez choćby jednego słabego momentu.

I tak, po dwóch dekadach wspólnego grania (zespół został założony w 1997 roku w Nowym Jorku) i po czterech latach milczenia, grupa powraca z nowym krążkiem. I jest to powrót udany, chociaż trochę inny niż wszyscy mogliby się po tej grupie spodziewać. Czy to zasługa producenta z zewnątrz (dwa poprzednie albumy muzycy wyprodukowali sami), który nadał całości bardziej surowe brzmienie? A może muzycy znowu cieszą się muzyką, którą tworzą? Na kilku poprzednich wydawnictwach (szczególnie na wydanym w 2010 roku „Interpol”) słychać było znudzenie, brak pomysłów, a członkowie zespołu przypominali karykatury samych siebie – jakby na siłę starali się nagrać kolejną wiekopomną płytę. Jedno słowo jakie przychodzi po wysłuchaniu nowej muzyki Interpol to: ulga. Nareszcie odpuścili, nie gonią samych siebie. I można odnieść wrażenie, że wzajemnie się napędzają. Paul Banks, wokalista grupy dawno nie miał takiej pasji w głosie i chyba wreszcie odnalazł się na basie na którym gra w studiu. Riffy Daniela Kessler’a, ocierają się o geniusz tych z najlepszych lat działalności grupy, a Sam Fogarino, perkusista grupy, gra z taką werwą, jakby od tego miało zależeć jego życie.

Zresztą, cała płyta oparta jest w głównej mierze o sekcję rytmiczną. Naczelnym przykładem niech będzie „The Rover”, pierwszy singiel z płyty, gdzie przycinanemu riffowi, towarzyszy wściekła gra perkusji. Utwór pędzi do przodu niczym pociąg pospieszny relacji Poznań – Berlin. I nawet na moment nie odpuszcza. Takiej intensywności w muzyce nowojorczyków nie było dawno. Całości dopełnia enigmatyczny tekst Paul’a Banksa opowiadający o liderze sekty, kultu, który pragnie za wszelką cenę pozyskać wiernych (come and see me and maybe you’ll die/but I can keep you In artwork,the fluid kind). Prawdziwa petarda i jeden z najlepszych singli w historii grupy. Utwór otwierający całość „If You Really Love Nothing”, oparty na synkopowanym rytmie perkusji to Interpol w klasycznej postaci. Tekst to rozwinięcie tytułowych słów. Autor wylicza przykłady co się może stać jeśli rzeczywiście nie kochasz niczego (…On what future do we build illusions?). Warto zobaczyć również teledysk do tego utworu z Kristen Stewart w roli głównej, który idealnie uzupełnia warstwę tekstową utworu. „Flight Of Fancy” to z kolei kontrolowany chaos. Przez pierwszą część płynie prosto wg. schematu zwrotka – refren. To co dzieje się w drugiej części to już prawdziwy majstersztyk aranżacyjny. Utwór narasta, aby pod koniec cieszyć przepięknym motywem gitarowym. Ciary. „Nysmaw” (now you see me at work), kawałek przypominający „PDA” z pierwszego albumu, gdzie perkusja ściga się z gitarą, to chyba najlepszy refren na albumie. Przykład tego, że zespół nie zapomniał jak piszę się chwytliwe, alternatywne hity.

Niestety, są tu także utwory, które przypominają o niedalekiej przeszłości zespołu. Głównym przykładem niech będzie „Surveillance”. Interpol brzmi tutaj jak swój nieudolny cover band. Przeraźliwie nużący, z apatycznym śpiewem Banksa. Na szczęście rzeczy wracają szybko na właściwe tory w następującym zaraz utworze „Number 10”. Surowo, prosto, niemalże (post) punkowo. Jedynym prawdziwym zarzutem jaki można mieć do tego albumu jest to, że może przytłaczać. To, co charakteryzowało Interpol na większości poprzednich wydawnictw, to balans pomiędzy momentami hałasu i spokoju (nawet w granicach jednego utworu). Tutaj nie ma na to miejsca. Większość kawałków pędzi na złamanie karku, przez co płyta może wydawać się jednostajna, jednorodna czy nawet męcząca. Jedynymi momentami oddechu są dwie interludy rozmieszczone w połowie i pod koniec albumu. To wszystko jednak nie zaciera pozytywnego wrażenia po wysłuchaniu całości. Niezwykle solidnego powrotu, który daje nadzieję na przyszłość i ponownie po latach stawia zespół w czołówce gitarowego grania. Takich albumów, będąca obecnie w nie najlepszym stanie muzyka rockowa, zdecydowanie potrzebuje.

 

Piotr Zandecki

 

Nie ma więcej wpisów