SOPHIE » "Oil Of Every Pearl Un-Insides"
4.7Wynik ogólny

Przychodzą takie momenty w życiu recenzenta, że pozostaje bezradny wobec dzieła, które ma ocenić. Jak znaleźć odpowiednie słowa? Jak zmierzyć się z materiałem, który nie daje się w żaden racjonalny sposób sklasyfikować? Debiut szkockiej producentki jest właśnie takim albumem. Niby to muzyka elektroniczna, ale jakby nagrana przez istoty z innego wymiaru. Niby pop, ale taki którego żadne popularne radio nie zagra. Czy Sophie nagrała płytę z muzyką przyszłości? Czy może to już wszystko było, ale w tym opakowaniu sprawia wrażenie czegoś, czego świat jeszcze nie słyszał? Spróbujmy odpowiedzieć na chociaż kilka z tych pytań.

Nie jest to pierwsze wydawnictwo urodzonej w Glasgow producentki, autorki tekstów i wokalistki. Xeon debiutowała w 2013 roku singlami „Bipp/Elle” czy „Lemonade”, które później znalazły swoje miejsce na wydanej w 2015 roku kompilacji „Product”. Eklektyczny styl oraz nieszablonowe podejście do muzyki popularnej umożliwiły jej współprace z takimi artystkami jak Madonna czy Charli XCX. Po kilku latach oczekiwania Sophie postanowiła wyjść z cienia i spróbować ponownie sił w projekcie solowym.

I tak otrzymujemy „Oil Of Every Pearl Un-Insides”. Album wyznaczający trendy, łamiący schematy, ustalający własne zasady. Zaczyna się zwyczajnie od „It’s Okay To Cry”. Avant-popowa ballada opowiadająca o samoakceptacji (Sophie jest transseksualną kobietą) i walce właściwie z samym sobą. Jest to też jedyna okazja by usłyszeć (odrobinę zmanipulowany) prawdziwy głos Sophie. We wszystkich innych utworach producentkę zastępuje wokalistka lub efekty wokalne. Następujący potem utwór „Ponyboy” to już jazda bez trzymanki – instrumentalnie jak i tekstowo. Słodki głos rozpoczyna utwór tytułowymi słowami, bas zaczyna dudnić, a potem no cóż… lock up the door, put the pony on all fours, crack down the whip, make the pony bite the bit… Mamy gotowy hymn sado-maso. Słuchając tego utworu można się zdrowo zarumienić. „Faceshopping”, traktujący o dążeniu do uzyskania fizycznego piękna za wszelką cenę, charakteryzuje się niesamowicie poszatkowaną strukturą, przełamaną niespodziewanie dream-popowym wersem, gdzie ogłuszające basy i industrialne wtręty, ustępują miejsca pięknej kobiecej wokalizie. Kolejny przykład niesamowitej muzycznej wyobraźni Sophie.

Ale to nie koniec. Jest tu też miejsce na utwór „Is It Cold In The Water?” prowadzony narastającym syntezatorowym motywem, budzącym dalekie skojarzenia z twórczością Chvrches, czy dreampopową balladę „Infatuation” o podziwianiu kogoś z oddali. Najlepsze jednak zostawiła artystka na koniec. Kawałek „Immaterial” będący odpowiedzią na „Material Girl” Madonny, to bezwstydny fragment bubblegum pop’u. Jest i klaskanie i niewinny kobiecy wokal, i soczysta popowa produkcja. Utwór wieńczący całość, ,„Whole New World/Pretend World”, to jakby cała płyta w pigułce. Dziewięciominutowe monstrum, które nie odpuszcza do samego końca. Przyprawiający o spazmy bas, wokalne odjazdy nie z tego świata, niezwykle szczegółowa produkcja. Nagromadzenie elementów w tym tylko jednym utworze może naprawdę przyprawić o zawrót głowy.

Jedyną rzeczą, którą można by tej płycie zarzucić jest, niestety, brak spójności. Przy całym bogactwie dźwiękowym, mnóstwie pomysłów zagubiła się gdzieś płynność. Utwory są tak zróżnicowane stylistycznie, że słuchacz zaczyna się powoli gubić. Nie jest to jednak na tyle duży mankament, by nie dać się wizji Sophie ponieść. A może to być nawet zaleta – odkrywanie coraz to nowych elementów i pomysłów zawartych na tym albumie to prawdziwa przyjemność. Avant-pop? Dream-pop? Futurystczny industrial? Bugglegum bass? Szczerze mówiąc – nie wiem. I chyba nie jest to tak ważne, aby dźwiękom z tej płyty nakładać jakąś definitywną łatkę. Zostawmy to i dajmy się po prostu zabrać w tą, jakże dziwną, ale ekscytującą muzyczną podróż. Jeśli tak ma wyglądać pop przyszłości, to nie mamy się o co martwić.

 

Piotr Zandecki

Nie ma więcej wpisów