Poznaliśmy kolejną gwiazdę przyszłorocznej edycji World Wide Warsaw. Do duetu Bob Moses dołącza Wild Nothing.

Projekt Jacka Tatuma znany jest każdemu, kto na bieżąco śledzi nowiny z kręgu niezależnej muzyki gitarowej. Już swoim pierwszym singlem namieszał sporo wśród miłośników indie, dodając do popularnych ówcześnie trendów jangle pop i shoegazowe przestery. „Summer Holiday” z 2009 roku zapowiadało wydany rok później debiutancki album „Gemini”. Tam wszystkie patenty, które na co dzień towarzyszyły muzyce Jacka, wybrzmiały razem w bardzo spójny i przekonujący sposób.

Dwa lata później przyszła pora na płytę „Nocturne”, która nie tylko z pozytywnym wynikiem ukończyła test drugiego albumu, ale też wniosła do twórczości Wild Nothing trochę nieoczekiwanych i zaskakujących rozwiązań, jak smyczki czy synthpopowe inspiracje („Paradise” brzmi jak żywcem wyjęty z lat osiemdziesiątych przebój Duran Duran, a pobrzękująca między wersami gitara budzi również funkowe skojarzenia). Wtedy też, oczywiście umownie przyjmując, w brzmieniu zaczęło dominować sophisti-popowo umiłowanie wielowątkowych melodii, które z sukcesem rozwijało się przez kolejne lata.

Wydany cztery lata później album „Life of Pause” postawił estetyczne rozwiązania ponad dynamikę i chociaż zdarzało mu się momentami nużyć, piękna zawartych na nim piosenek nie można pominąć milczeniem (ileż ciekawych rzeczy dzieje się w singlowym „Reichpop”). Takim sposobem przyszła kolej na tegoroczne wydawnictwo Wild Nothing. „Indigo” to świeży materiał, wydany zaledwie ostatniego dnia sierpnia. Już single zapowiadały, że będzie się tutaj działo dużo dobrego. „Partners in Motions” sophisti-pop kładzie jak na tacy, „Letting Go” podbija stawkę o klimatyczny dream pop, a „Shallow Water” i „Canyon on Fire” dorzucają nieco ejtisowego new romantic. Tak rodzi się obraz brzmienia całej płyty, która łączy wszystkie te elementy i na niecałe trzy kwadranse zawiera w podróż do podrasowanej świeżym podejściem przeszłości. Nie bez powodu pojawiają się tu porównania do Prefab Sprout i Roxy Music, ale „Indigo”, choć wyraźnie tymi zespołami inspirowane, jeszcze więcej ma w sobie własnego, kształtowanego z uporem od lat pomysłu.

Czy wszystkie powyższe pochwały zachowają swoją moc również na żywo? Dotychczasowe występy potwierdzają, a raczej trudno, żeby dwa lata diametralnie zmieniły koncertową formę Jacka Tatuma i kolegów. Należy więc obowiązkowo zaznaczyć w kalendarzu 27 lutego. Wtedy Wild Nothing pojawią się Małej Warszawie. Bilety, w cenie 65 PLN, można zakupić na platformie Going.

Nie ma więcej wpisów