Suede » "The Blue Hour"
3.3Wynik ogólny

» Spośród dawnych gigantów britpopu jedynie Suede wciąż grają razem. Bracia Gallagher wciąż są zajęci obrzucaniem siebie nawzajem coraz bardziej wymyślnymi inwektywami, Blur zabiły ambicje Damona Albarna, który robi wszystko byleby tylko nie wrócić do dawnych kumpli z zespołu, Pulp także przeszli już do przeszłości. Wygląda na to, że tylko kapela Bretta Andersona wciąż cieszy się wspólnym robieniem muzyki. Fakt, mieli przerwę, ale od kilku lat nieprzerwanie nagrywają i dobrze się przy tym bawią.

„The Blue Hour” to ostatnia część trylogii, którą rozpoczęło „Bloodsports” i faktycznie podobieństw pomiędzy tymi albumami nie brakuje, a momentami są one nawet zbyt oczywiste. To trochę tak, jakby coś się zacięło w machinie, którą jest Suede i zaczęła ona produkować zbyt dużo podobnych aranżacji. Z założenia ten krążek miał być mroczniejszy od poprzedników, bo tytułowa the blue hour to czas kiedy powoli zanika światło dnia i nastaje noc. Brett Anderson twierdzi, że nikt nie chce słuchać o harmonii i radości, a on sam uważa tą ciemniejszą stronę życia za bardziej interesującą. Z fascynacji ciemną stroną mocy urodził się najbardziej dramatyczny album, jaki Suede kiedykolwiek nagrali.

Już w pierwszym utworze wita nas chór niczym z greckiej tragedii, majestatyczne smyczki i podniosły głos Andersona. Ten zespół zawsze miał skłonności do pompatyczności – warto chociażby wspomnieć o „Still Life” zamykającym „Dog Man Star”, ale o ile tamten utwór jest jednym z najlepszych kawałków wśród tych kończących ich albumy, o tyle „As One” jest jednym z gorszych otwierających płytę. „Wastelands” i „Mistress” to już klasyczne Suede, momentalnie rozpoznawalne gitary i niestety równie charakterystyczne teksty. Niestety bo szczególnie w tym drugim utworze Anderson powiela swoje najgorsze pomysły z całej dotychczasowej kariery, a przez te natchnione, romantyczne linijki wokalista staje się karykaturą samego siebie. Chyba żaden tekściarz nie chciałby być tak postrzegany, szczególnie po pięćdziesiątce.

Muzycy uznali, że w tak słusznym wieku i z taką pozycją na rynku już nic nie muszą udowadniać, w związku z czym ‚The Blue Hour” z założenia ma być ich najbardziej ambitnym projektem. Przedsmak tego co znajduje się na tej płycie mieliśmy już na „Night Thoughts”, Suede zaczęli patrzeć na album jako całość, nie jako zbiór osobnych części przez co starają się łączyć ze sobą poszczególne piosenki. Na „The Blue Hour” utwory są przeplatane dialogami, tak jak to zdarza się na soundtrackach, z tą różnicą, że to nie jest ścieżka dźwiękowa do filmu, nie ma tu także żadnej historii łączącej te wszystkie fragmenty, więc nie do końca jasny jest sens takich zabiegów stylistycznych. „Night Thoughts” zawierało pierwszą w historii, nieśmiałą próbę melodeklamacji w wykonaniu Bretta Andersona, nowy krążek też taki fragment posiada, trwa on dwie minuty, nazywa się „Roadkill” i traktuje o znalezieniu martwego ptaka, a w tle słychać niepokojące smyczki niczym z horroru. Chęć stworzenia ambitnego i poważnego dzieła jest w pełni zrozumiała, ale w „Roadkill” sprawy zaszły zdecydowanie za daleko.

Kolejnym (i największym) zarzutem pod adresem najnowszego dzieła weteranów brytyjskiej sceny indie jest… nuda. Album zawiera bardzo mało autentycznie porywających kawałków. „Cold Hands”, „Life is Golden” czy „Don’t Be Afraid If Nobody Loves You” są jedynymi pozostałościami dawnej świetności, cała reszta jest rozwlekła i ociężała, tak jakby ambicje zespołu dosłownie ich przygniotły. „The Invisibles” to cztery minuty dramatu w każdym tego słowa znaczeniu – utworowi brak punktu zaczepienia, ciekawej melodii, ciekawego tekstu i w końcu (poprzez niemal całkowite wyeliminowanie perkusji) także brak tempa. Podobnie Suede zabili zamykający utwór – „Flytipping”, majestatyczny finał i porywająca solówka gitarowa mają robić wrażenie, ale ciekawie zaczyna się dziać dopiero po trzech minutach. Ładnie mogło być od samego początku.

Suede od zawsze niebezpiecznie balansowali na granicy kiczu, ale przez całe lata udawało im się nie przekroczyć tej cienkiej linii. Tym razem już nie można przymykać oka na tendencyjne teksty, ani na rozwlekłe, pełne patosu kompozycje. Panowie zapomnieli, że czasem to prostota i bezpretensjonalność potrafią uczynić album wielkim. Jeśli „The Blue Hour” to ostatnia część trylogii to mam nadzieję, że kolejny krążek będzie już zupełnie inny.

Nie ma więcej wpisów