Robyn - "Honey"
4.0Wynik ogólny

» Robyn jest wyjątkowym przypadkiem wokalistki pop, której twórczość jest przebojowa i komercyjna, ale jej zachowanie czy image kłócą się z wizerunkiem gwiazdy. Wyobrażacie sobie nieseksowną Kylie? Beyoncé, która bierze 8-letni urlop i znika z życia publicznego? Świat by o nich zapomniał. Tymczasem Robyn robi to na co ma ochotę i jej popularność nigdy jeszcze na tym nie ucierpiała. Już wiele lat temu założyła własny label po to, żeby menadżerowie innych wytwórni nie mogli dyktować jej warunków. Od wydania „Body Talk” minęło 8 lat a fani o niej wcale nie zapomnieli. Wręcz przeciwnie – Lorde na jednym z koncertów zaśpiewała „Hang With Me”, a na swój występ w S.N.L. przyniosła oprawione zdjęcie Robyn. Lena Dunham w pewnym sensie rozpoczęła i zakończyła „Girls” jej twórczością, a już sama zapowiedź pojawienia się nowego utworu Szwedki w serialu stała się sensacją.

Ta długa przerwa między albumami spowodowana była problemami osobistymi artystki, która potrzebowała czasu żeby wydobrzeć, zebrać myśli i przekuć je w piosenki. Co prawda po drodze zdarzyły jej się kolaboracje takie jak świetna EP-ka z Röyksopp z 2014 roku, ale to dopiero „Honey” jest pierwszym pełnowymiarowym krążkiem od tych wydanych w 2010 roku.

Jedynym elementem łączącym jej dwie ostatnie płyty jest otwierający płytę „Missing U”. Zanim zagłębimy się w nowy album, Robyn wita nas tym samym syntetycznym elektropopem, który wypełnia trzy części „Body Talk”. Dla kontrastu z radosnym tanecznym beatem w tym utworze starała się opisać fizyczne uczucie spowodowane utratą bliskiej osoby (there’s this empty space you left behind). Kolejne utwory tematycznie podążają tym samym tropem, jednak zamiast Robyn-robota, przemawia do nas kobieta z krwi i kości. To już nie ta sama dziewczyna, która napisała takie manifesty niezależności jak „Dancing On My Own” czy „None of Them”. W utworze numer dwa sama przyznaje, że jest tylko człowiekiem i pożąda bliskości innego człowieka, natomiast dwie piosenki później rozbrajająco śpiewa „Baby Forgive Me”.

Bliscy współpracownicy Robyn przyznają, że jej twórczość jest bardzo osobista, tak jakby każda piosenka była szczegółowym opisem jej życia. Również brzmienie całego krążka jest znacznie bardziej uczłowieczone niż miało to miejsce przy okazji „Body Talk”. „Human Being” i „Baby Forgive Me” to ukłon w stronę Prince’a oraz zmysłowego soulu. W dziedzinie zmysłowości wygrywa podszyte subtelnym beatem do wolnego tańca we dwoje „Honey” (baby I have what you want, come get your honey). Z nielicznymi wyjątkami ten album jest bardziej stonowany i introwertyczny w porównaniu z głośnym „Body Talk”. Artystka powiedziała, że przyczyną tego było jej kiepskie samopoczucie po rozstaniu z ukochanym, a także śmierci jej przyjaciela oraz mentora Christiana Falka, a ona sama po prostu nie miała energii aby nagrać coś bardziej dynamicznego. Największą swawolą na jaką sobie pozwoliła jest urzekające disco w „Because It’s in the Music” – jednym z najlepszych fragmentów „Honey”.

Krążek kończy „Ever Again” i jeśli ktoś wcześniej nie sprawdził listy osób, które wspierały Szwedkę w tworzeniu piosenek na „Honey” to po brzmieniu gitary można momentalnie zgadnąć, że jednym z nich był Joseph Mount z Metronomy. „Ever Again” jest przebłyskiem optymizmu, a choć Robyn dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że życie jest nieprzewidywalne, to z nadzieją w głosie śpiewa never gonna be brokenhearted, ever again. Dla zwolenników popu mieniącego się światłami kuli dyskotekowej „Honey” może okazać się nie dość ciekawe, aczkolwiek każdy powinien docenić fakt, że Robyn się odrodziła, zmierzyła się ze swoimi demonami i – co najważniejsze – twierdzi, że ma sporo utworów, które nie zmieściły się na krążku. A to dobrze wróży na przyszłość.

Nie ma więcej wpisów