Warszawski koncert Lykke Li zgromadził całkiem sporą publiczność, co nie dziwi, bo artystka do tej pory raczej omijała nasz kraj, więc wygłodniali fani tłumnie rzucili się na Torwar żeby zobaczyć ją z bliska. Szkoda trochę, że przyjechała promować swój czwarty album, a nie wspaniały „I Never Learn” kilka lat temu, ale o tym będzie za chwilę.

Relację wypada zacząć od opisania supportu, bo Szwedka na trasę zabrała swojego młodszego brata, którego projekt pod nazwą Vacation Forever zagrał kilka piosenek, aby rozgrzać publiczność i trochę nawet ukradł show. Jestem przekonana, że każdy kto nigdy wcześniej go nie słyszał zaraz po koncercie wpisał nazwę zespołu w wyszukiwarce Spotify lub You Tube i zaprzyjaźnił się z ciepłymi synthpopowymi brzmieniami debiutanckiej EP – ki. Młody Zacharias Zachrisson zagrał kilka piosenek w towarzystwie gitarzysty oraz perkusisty przy okazji lojalnie przypominając publiczności, że czekają na Lykke Li tak jakby w swojej skromności oczekiwał, że się nim znudzą.

Gwiazda wieczoru natomiast faktycznie zagrała jak prawdziwa showmanka, zaczęła od ‚So Sad So Sexy’ – jednego z lepszych fragmentów ostatniego albumu. Generalnie nawet te słabsze kawałki na żywo wypadły nieźle, „Two Nights” bardzo skorzystało na pulsującym tanecznym beacie, „Better Alone Than Lonely” również wybrzmiało bardziej energicznie, a artystka cały czas tańczyła i dawała z siebie wszystko, mimo że ma za sobą długą trasę.

Efektownie wypadł mini układ taneczny z wokalistką, która wspierała Li, a także siła ich połączonych głosów i harmonie, które tworzyły. Ubrana w czarny, błyszczący lateks artystka przyciągała wzrok i uwodziła, zgodnie z tytułem albumu była „sexy”, aczkolwiek w „Little Bit” na chwilę wróciła do roli nieśmiałej i zagubionej dziewczynki z czasów „Youth Novels”.

Tak jak już zostało to wspomniane powyżej, Szwedzka gwiazda robiła wszystko, aby koncert był udany, ale mimo to jeszcze przed jego zakończeniem czuć było pewien niedosyt. Wiadomo, że artysta promujący swój najnowszy album w dużej mierze skupi się na nim, ale to jeszcze nie oznacza, że powinien zagrać go w całości, a to właśnie zrobiła Lykke Li. Metodycznie zagrała każdy kawałek z nowej płyty tak jakby uparcie chciała udowodnić, że te piosenki są tego warte. Sądząc po ożywieniu publiczności przy okazji „Little Bit” czy dwóch fragmentów „I Never Learn” nie do końca jej to wyszło. Nie jest to kwestia nieznajomości nowego repertuaru przez fanów, bo „so sad so sexy” ukazało się ostatniej wiosny, więc nie ma żadnego innego wytłumaczenia oprócz tego, że nie wszystkie nowe utwory zasługują na miejsce w setliście. Tylko cztery kawałki  z przeszłości („No Rest For the Wicked”, „I Never Learn”, „I Follow Rivers” i „Little Bit”) to zdecydowanie za mało.

Bardzo nie podobało mi się coś w stylu teasera „I Follow Rivers” przed jednym z najnowszych utworów, wyglądało to tak jakby zespół chciał powiedzieć, że zagra ten wielki hit, ale musimy uzbroić się w cierpliwość i wysłuchać przed tym czegoś mniej ciekawego.

Kolejność utworów również mogłaby być lepsza, ponieważ „Utopia” jest przepięknym utworem zamykającym album i sprawdza się w tej samej roli również na koncertach, co Lykke Li udowodniła chociażby podczas swoich festiwalowych występów ostatniego lata. Jeden marny bis nie polepszył sytuacji, bo to zdecydowanie za mało, szczególnie, że na innych koncertach z tej trasy fani dostawali trochę więcej.

Jak na tak wyczekiwane wydarzenie występ Lykke Li mógł być czymś lepszym, niezapomnianym i wzruszającym przeżyciem, a okazał się być odrobinę nudnawym spektaklem artystki, która za wszelką cenę starała się udowodnić jak wartościowa jest jej najnowsza twórczość.

Nie ma więcej wpisów