Amerykanie pojawią się w Polsce na jedynym koncercie promującym nowy album studyjny.

Aż trudno uwierzyć, że w przyszłym roku minie dopiero dekada aktywności Cloud Nothings na scenie muzycznej. Ten zespół wydaje się być tak wrośnięty w rockowy krajobraz, że niemożliwe wręcz jest, że kiedyś go nie było. A jednak, wszystko zaczęło się od solowych poczynań Dylana Baldiego i „Turning On”, EP-ki utrzymanej w stylu lo-fi, która przyniosła ze sobą kompozycję „Hey Cool Kid”, Niedługo potem do Baldiego dołączyli koledzy, TJ Duke, Jayson Gerycz i Joe Boyer, co ostatecznie zaowocowało powstaniem płyty „Cloud Nothings”. Żywe brzmienie (pop punk, indie) stało się powodem docenienia płyty przez duże media muzyczne (m. in. NME i Pitchfork). Pozycja grupy była przypieczętowana, ale dopiero rok później Amerykanie weszli do swoistego kanonu.

Wszystko dzięki, wyprodukowanej przez Steve’a Albiniego, płycie „Attack on Memory”, która przyniosła zmianę brzmienia. W miejsce indie i pop punku częściej pojawiało się post-hardcore i emo. Okazało się, że w tych rejonach grupa czuje się znacznie lepiej. Co prawda „Stay Useless” uderzało jeszcze niemalże taneczną gitarową przebojowością, ale już monumentalne „Wasted Days”, dotychczas uważane za jedno z najwybitniejszych osiągnięć kwartetu, po uszach atakuje pełnym złości post-hardcore (chociaż nie bez melodyjnego zacięcia, co jest zresztą bardzo charakterystyczne dla twórczości zespołu). Kolejna płyta, „Here and Nowhere Else”, trzymała ten sam brzmieniowy kurs. Pół godziny zwięzłego post-hardcore wymieszanego z indie rockiem. Udało się to osiągnąć mimo wcześniejszego odejścia z zespołu Boyera. Drugi raz z rzędu łatka „Best New Music” od Pitchforka, liczne festiwalowe koncerty, wysokie miejsca w rocznych podsumowaniach – Cloud Nothings byli na fali wznoszącej.

Rok 2015 przyniósł wspólny album z Wavves. „No Life for Me” podzieliło odbiorców. Jedni zarzucali płycie brak oryginalności, drudzy chwalili ciekawy miks brzmienia i powrót do garażowych korzeni. Pewne jest to, że album stanowił ciekawy eksperyment i ma swoje momenty. Rok po jego wydaniu, za sprawą dołączenia do składu Chrisa Browna, grupa ponownie stała się kwartetem i tak przystąpiła do nagrywania nowego materiału.

Ten został wydany w 2017 roku. „Life Without Sound” również nie pogodziło odbiorców. Co prawda krytycy byli raczej zgodni w pozytywowym odbiorze albumu, ale już fani często wyrażali zawód spadkiem jakości w stosunku do poprzednich wydawnictw i zwracali uwagę na zbyt nieofensywne, miałkie brzmienie. Zespół jednak nie przejął się (a może jednak?) negatywnymi opiniami i w połowie października wydał kolejny album, który nadrabia wszystkie domniemane błędy poprzednika. „Last Building Burning” jest znacznie bardziej agresywny, surowy i noisowy. Post-harcore dominuje brzmienie, a szalone gitary, chociażby w „The Echo of the World”, każą zadawać sobie pytanie: jak to musi brzmieć na żywo?

Na szczęście podczas obecnej trasy koncertowej Cloud Nothings grają swój cały najnowszy album, a dopiero potem skupiają się na starszych kompozycjach. To pozwoli poznać dokładnie każdy dźwięk „Last Building Burning”. Okazja ku temu nadarzy się już 9 lutego. Wtedy grupa odwiedzi warszawski Pogłos. Bilety, w cenie 59 PLN, można nabyć tutaj. Wydarzenie organizuje agencja Winiary Bookings.

Nie ma więcej wpisów