Robyn – „Honey”

Singiel „Missing U” niósł echa poprzednich dokonań, w tym tryptyku “Body Talk”. Nie zwiastowało to więc czegoś szczególnego w dorobku artystki, która nigdy nie była moją faworytką. Jasne, wszyscy lubimy sobie poleżeć z butelką wina i popłakać do “Dancing On My Own”, co nie znaczy, że wszelkie pomysły Robyn były podobnymi strzałami w dziesiątkę. W przypadku “Honey” okazało się jednak inaczej – że potrafi ona wyczuć muzyczne trendy i dać się im porwać, jednocześnie zachowując twórczą autonomię oraz rozpoznawalność (czego nie potrafiły m.in. Lykke Li czy MO). Zmiana repertuaru na bardziej melancholijny oraz wyważony, sensualny, a nie standardowo taneczny, przyniosła rezultat bardziej niż dobry. Kto wie, czy za parę lat nie stwierdzimy, że zamiast słuchać największego jak do tej pory hitu wokalistki, wolimy odtworzyć “Ever Again”, “Honey” lub “Human Being” (Marek Cichoń)

 

Endy Yden – „GFTO”

 

Jedna z najbardziej oczekiwanych polskich płyt nie tylko mijającego roku, ale co najmniej ostatnich 4 lat. Andrzej Strzemżalski skrywający się pod pseudonimem Endy Yden nie śpieszył się bowiem z wydaniem swojego solowego debiutu. Warto jednak było na niego czekać, bo dostaliśmy niezwykle różnorodny, ale jednocześnie spójny w swojej formule materiał, który bez problemu trafi w gusta fanów tanecznej elektroniki, ambitnego popu czy dźwiękowych eksperymentów. Do tego 5 gwiazdek za produkcję (Daria Owczarek)

 

 

 

 

Anna Calvi – „Hunter”

 

„Hunter” to najodważniejszy album Calvi do tej pory. W prawie każdym utworze wokalistka subtelną grą słowną przemyca treści, które kwestionują tradycyjny podział ról między mężczyzną a kobietą, dotyka kwestii tożsamości płciowej i orientacji seksualnej. Nawet wokal oraz riffy na tym krążku są bardziej wyzwolone i nieokiełznane niż miało to miejsce wcześniej. Artystka przekuwa swoją nową pewność siebie w zmysłowe ballady (tytułowe „Hunter”), potężne brzmieniowo hymny („Indies or Paradise”) i eksperymenty z formą („Wish”). Warto było czekać cztery lata na taki album (Sara Ochał)

 

 

 

Low – „Double Negative”

Bezsprzeczny król wśród tegorocznych albumów. Materiał, który stanowi ukoronowanie poszukiwania nowego brzmienia przez starą grupę, ponownie definiuje zapomniany etos slowcore i uczy odnajdywać ulotne piękno w wiecznym brudzie i nawałnicy szorstkości. Nie sposób zapomnieć o mocy rażenia tego albumu, szczególnie, gdy jako kontekst postawi się zmaganie z fizycznym bólem, którego doświadczał Alex Sparhawk po wypadku na nartach. Jak widać największe piękno powstaje właśnie z bólu i dzięki temu rok 2018 możemy kończyć w towarzystwie tak świetnej płyty (Jacek Wnorowski)

 

 

 

Father John Misty – „God’s Favorite Customer”

Father John Misty to dość ujmujący gość, nawet jeśli czasami nie wychodzi mu tak, jak chciałby aby wyszło (vide „Pure Comedy”). A jednak na sinusoidzie, albumy Tillmana wciąż pojawiają się w jej górnym przedziale. „I Love You, Honeybear” było nieoczekiwaną miłością, natomiast tegoroczne „God’s Favorite Customer” było już czymś bardziej znajomym – a jednak dość nieprzewidzianie dotknęło mnie, jak nic innego w tym roku. Tillman nie posługuje się jakimś nowym zestawem dźwięków, nie używa też nadzwyczajnej dla siebie narracji. A jednak przedstawione tu historie pełne bóle, grzechu i miłości, opowiadane cierpiętniczym, zmęczony głosem Tillmana otrzymują dodatkowy walor. Wyświechtane frazesy tradycyjnie już ubrane są w poetyckie, nostalgiczne i alkoholowe ramy, a wokal nakreśla zupełnie nowy wydźwięk gitarowo-klawiszowych pejzaży. Przeraźliwie osobiste wyznania Tillmana stają się przeżyciami słuchacza (Marek Cichoń)

 

Młody pi – „zdycham powoli, ale konsekwentnie” EP

Młody pi jest królem one-linerów, to było pewne od jakiegoś czasu, ale dzięki tej płycie wypłynął na nieco głębszą wodę za sprawą świetnych cloud rapowych bitów, które nie hołdują już lo-fi standardom Fantomowej Erekcji, a przestrzennym podkładom najlepszych zachodnich producentów. Oczywiście bity są „pożyczone” z różnych miejsc. Nikt chyba nie myślał, że undeground aż tak wypłynie na powierzchnię. Nie miał szans przez hermetyczność, która jest największą zaletą tej EP-ki, bo dzięki niej w grupę docelową uderza z mocą co najmniej rozpędzonej wyścigówki, ale zarazem największym przekleństwem, gdyż już u źródła odcina sobie szanse dotarcia do kogokolwiek innego. Niemniej, biegłość rapera w żonglowaniu popkulturowymi kontekstami, umiejętność poruszania się bez mapy po memowych uliczkach i ekwilibrystyczna zdolność budowania wydumanych konstrukcji ze słów czynią z tej EP-ki materiał genialny (Jacek Wnorowski)

 

Grabek – „Day One”

 

Jeśli się wraca z muzycznego niebytu po 6 latach, to trzeba to zrobić z klasą. Grabkowi to się udało. “Day one” to niezwykle intymny kawałek świata – świata artysty, w którym każdy ze słuchaczy odnajdzie kawałek swojego. Wzruszający, pełen emocji i szczerości krążek łączący w sobie zupełnie inny wymiar muzyki Grabka. Historia opowiedziana od świtu do zmierzchu niemal wyłącznie za pomocą dźwięków (Daria Owczarek)

 

 

 

 

 

Beach House – „7”

 

Niby wciąż poruszają się w obrębie tej samej dream – popowej stylistyki, rozmyte syntezatory, senny wokal Victorii Legrand, oniryczny nastrój jak w filmie Lyncha, ale coś tu się jednak zmieniło. „7” jest mroczniejsze niż poprzednie albumy, zarówno teksty jak i aranżacje, „Black Car” przyprawia o ciarki na plecach, takie jakie wywołuje dobry horror, który przykuwa nas do ekranu, a „Drunk in L.A.” powoduje pewien dyskomfort moralny. Dodatkowo za sprawą przybrudzonego, gitarowego brzmienia „7” staje się materiałem atrakcyjnym dla miłośników klasycznego shoegaze’u spod znaku Slowdive (Sara Ochał)

 

 

 

SOPHIE – “OIL OF EVERY PEARL’S UN-INSIDES”

Kurz po premierze tego albumu dawno już opadł, ale nie było w tym roku płyty, którą po pierwszym przesłuchaniu ochrzciłem mianem „genialna”. Z każdym kolejnym odsłuchem pewność tego wyznania słabła, nie zmienia to jednak jakości utworów: trance’owego „Is It Cold in the Water?”, szalonego „Ponyboy”, pociętego „Faceshopping” czy majestatycznie przebojowego „Immaterial”. Dalej będę utrzymywał, że ten materiał (i inne tegoroczne produkcje SOPHIE), to nowa jakość w muzyce, wchodząca w końcu do coraz szerszej świadomości. SOPHIE stylistykę post-industrialu i bubblegum bassu połączyła z art popem, ale ci, którzy postanowili pójść w stronę uk bassu i reggaetonu (Shygirl, Amnesia Scanner) również zasługują na pochwałę. W tym roku rozwój muzyki elektronicznej w stronę zabawy utartymi schematami znacznie przybrał na sile i warto będzie z zaciekawieniem obserwować tę tendencję w przyszłości (Jacek Wnorowski)

 

Paul Kalkbrenner – „Parts of Life”

 

Paul Kalkbrenner nie próżnuje. Dopiero co zaskoczył nas kompilacją “Back to The Future”, a chwile później zdążył przygotować 15-utworowy krążek, który spokojnie może uchodzić za przekrój przez całą twórczość Kalkbrennera w pigułce. Materiał zainspirowany muzyką elektroniczną z przełomu lat 80’ i 90’ mocno osadzony w charakterystycznym dla berlińskiego DJ-a klimacie, dostarcza słuchaczowi cały wachlarz emocji i wrażeń. Mało kto potrafi zmieścić tyle różności na jednej płycie (Daria Owczarek)

 

 

 

Rycerzyki – „Kalarnali”

Według wszelkich zasad, Rycerzyki powinni nieznacznie rozwinąć przedstawione na debiucie zapędy, pozostając w swojej (hehe) strefie komfortu. A jednak skręcili nieco bardziej niż mogłoby się to wydawać i przedstawili nam siebie ponownie. Można było uznać, że to tylko kolejny efemeryczny band wpisujący się w laurkowy-indie-pop-koniecznie-z-kobiecym-wokalem-i-po-polsku rozchodzący się w Trójce. Tymczasem trzyletnie milczenie przyniosło „Kalarnali” – nieskrępowaną wiosenność (wakacyjność?) iście bezpretensjonalnego i zaraźliwego materiału. Działa tu wszystko – poetyckie, dalekie od quasi-filozofowania wycieczki językowe Gosi Zielińskiej, bajkowe zapędy instrumentalne przez pop lat 80-tych, avant, progrock, indie. Ładna rewolucja. Niespodziewanie oczekiwana, ujmująca. Wspaniały pop rycerzykowy (Marek Cichoń)

 

 

Tim Hecker – „Konoyo”

Tim Hecker jest w gronie artystów, którzy nie wydali żadnego słabego albumu, ale po nieco nudnawym „Love Streams” ta pozycja mogła wydawać się nadszarpnięta. Teraz jednak to nieistotne, bo „Konoyo” z miejsca wchodzi do topki dokonań Kanadyjczyka. Dzięki tradycyjnym japońskim instrumentom i zanurzeniu w stylistyce gagaku materiał jest znacznie subtelniejszy niż inne, często noisowe zapędy Heckera. Jednocześnie kompozycje są bogate i wewnętrznie zróżnicowane, przez co ambient Tima wybija się ponad muzykę tła. Konceptualnie bliżej mu do post-minimalizmu potraktowanego dronowymi naleciałościami. Na gruncie emocjonalnym ta płyta nie wymaga jednak żadnych opisów, interpretacji i rozważań. Każdy utwór to kolejny etap podróży, czasem niepokojącej, a innym razem przeciwnie – kojącej. Za każdym razem fascynującej. Dokąd? Na to pytanie niech każdy znajdzie własną odpowiedź (Jacek Wnorowski)

 

Willaris K. – „Alchemy”

 

Wydawać by się mogło, że w muzyce elektronicznej zrobiono już wszystko, zmienia się tylko kombinacja dźwięków. Tymczasem ten 22-letni Australijczyk udowadnia, że wciąż można zaskoczyć świeżością, intensywnością i nieszablonowym podejściem do kompozycji. Jeśli absolutny debiutant, z jedną EP-ką na koncie, wyprzedaje wszystkie koncerty grając w kultowych klubach na całym świecie, to coś musi być na rzeczy (Daria Owczarek)

 

 

 

 

Oxford Drama – „Songs

Kiedyś wynudziłem się na koncercie Oxford Drama, ale od tamtego czasu moja miłość do tego duetu rosła. Kiedy pełny nadziei oczekiwałem na wieści o drugim albumie, zaskoczyła mnie informacja o rozwiązaniu zespołu. Na szczęście Gosia i Marcin sami zrozumieli bezsensowność tego ruchu, docenili wartość współpracy ze sobą i reaktywowali się rok później, szybko zapowiadając album „Songs”. Jest to materiał o tej samej delikatności co debiutanckie „In Awe”, ale ze znacznie bogatszymi aranżacjami, zwiewniejszymi melodiami, dojrzalszym wokalem i ciekawszymi pomysłami. Echa dream popu doskonale współgrają z indie przebojowością i synthpopowymi rozwiązaniami. Polscy artyści w tym roku przypomnieli, że potrafią pisać piosenki (Rycerzyki, New People, Tęskno, Wczasy, Król, Rosalie.), a Oxford Drama opanowali tę sztukę niemal do perfekcji. Obiecuję, że tym razem na ich koncercie nie będę się nudził (Jacek Wnorowski)

 

Nanook Of The North – „Nanook Of The North”

 

Duet Wesołowski/Kaliński to gwarancja jakości. Bez względu na to czy działają razem czy solo. Już dawno nikt tak pięknie nie pokazał nam północy w muzycznym wydaniu. Album sprawia wrażenie, jakby był kontynuacją zeszłorocznego krążka Wesołowskiego “Rite of the End”, sięgający jeszcze dalej w artystycznym zamyśle i kompletnie nie dający się sklasyfikować (Daria Owczarek)

 

 

 

 

 

Julia Holter – „Aviary”

 

Płyta dla wytrwałych, ambitna, trwająca półtorej godziny, wymagająca czasu. „Aviary” najlepiej słucha się na słuchawkach w domowym zaciszu podczas długich jesiennych wieczorów, bo tylko wtedy można usłyszeć każdy detal i docenić jak bardzo trudny, a także skomplikowany jest to album. W piętnastu utworach Julia Holter zmieściła orkiestrowe aranżacje, kawałki, które balansują na granicy muzyki poważnej, a także różne techniki wokalne tak jakby każdy utwór był na tyle osobnym światem, że zmienia się nawet sposób artykulacji głosu. „Aviary” to nie jest po prostu album – to przedsięwzięcie na ogromną skalę, ryzykowny projekt, który w stu procentach się opłacił (Sara Ochał)

 

 

MGMT – „Little Dark Age”

Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. MGMT mieli na swoim koncie trzy albumy: bardzo dobry, dobry i nudny. Nie jest to dorobek, który wskazywałby na możliwość nagrania jednej z najpełniejszych i najbardziej kompleksowych reminiscencji lat osiemdziesiątych, jaką kiedykolwiek dane mi było słyszeć. W muzyce tendencja powracania do poprzednich dekad jest cykliczna i „Little Dark Age” mogłoby śmiało wyznaczać koniec ejtisowego revivalu. Bo w tym kierunku nie ma już czego szukać – new romantic nigdy nie był bardziej komiczny niż w „Me and Michael” (z całym zastępem „oh-oh” w tle), darkwave’owy synthpop nigdy nie zbliżył się wyrazistością do utworu tytułowego, a psych pop nigdy nie był bardziej niedorzeczny niż w powykręcanej strukturze i odjechanym tekście „When You Die”. I nawet jeśli przesadzam, to właśnie ten album, a nie debiut, będzie wymieniany po latach jako kluczowe osiągnięcie amerykańskiego duetu (Jacek Wnorowski)

 

 

Foxing – „Nearer My God”

Z banalnego, choć wciąż ciągnącego gdzieś ku lepszemu światu, post-emo przerodziło się w nowe, a to pod postacią “Nearer My God” właśnie. Panowie z Foxing pozbyli się niezbyt przyswajalnego już mazgajenia się mrocznych emo-boybandów oraz połączyli fantazje wylewające się z dwóch poprzednich płyt z post-rockowym, post-hardcore i całkiem świeżym indie brzmieniem. Ten dziwnie pozlepiany twór był dość sprawnie kontynuowany przez lata na albumach Brand New (i ich opus magnum “Science Fiction” z 2017 roku). Dość podobna formuła zadziałała też u Foxing. Nadekspresja, gitarowa chwytliwość, rozemocjonowanie. Być może dla wielu album ten okaże się w części naiwny, niezbyt wpasowujący się w muzykę rockową A.D. 2018, ale zawarte na “Nearer My God” poszukiwania własnego ujścia pochwyciły mnie na długie godziny (Marek Cichoń)

 

 

Welur – „cały ten senny stuff”

Tytuł tej płyty bynajmniej nie wyraża całej prawdy o albumie. Powinien raczej brzmieć „Odtrutka na cały ten senny stuff”, bo jest to jedno z najciekawszych polskich nagrań tego roku, nawet mimo faktu, że całość brzmi jak niedokończone demo. Takie już uroki stylistyki lo-fi, która w połączeniu z obecnym gdzieniegdzie post-hardcore mocno udziwnia dzieło pabianickiego tria. Wszystko scala jednak melodyjność, niepokojąca wręcz, jak na noisowe w gruncie rzeczy wydawnictwo. Używałem już tego porównania i nie jest ono w żaden sposób ujmujące – pod gęstym gitarowym płaszczem kryją się The Strokes z najlepszych lat swojej kariery. A gdy melodyjności brakuje (choćby „crucial social”), pojawia się eksperymentalność bliska Xiu XIu. Nie sposób się nudzić podczas przygody z tym albumem, oby nie zaginął więc w mrokach internetu (Jacek Wnorowski)

 

Kids See Ghost – „Kids See Ghost”

To nie był rok Kanye’ego. Albo tak właściwie był – patrząc na ilość medialnego szumu, który tym razem wokół siebie wytworzył. A jednak Ye nie dostarczył, bo przy rozliczeniu wszystkich projektów, w które się pakował i które promował (wraz z brakiem zapowiadanego „Yandhi”), wychodzi nam raczej 50/50. Jest to więc nieco szokujące, że na tegorocznym polu boju obok Westa ostał się Kid Cudim, a współpraca obu panów pociągnęła za sobą wydanie w tym roku jednego z bardziej psychodelicznych obrazów w mainstreamowym hip-hopie. Burze w stylu czy Kanye jest muzycznym szarlatanem można wzniecać w nieskończoność. Ale czy należy skreślać Westa jako artystę, skoro dostarcza hasła takie jak All of you Mario, it’s all a game (lub, z innej beczki, słynne poopy-di scoop), które są następnie skrupulatnie analizowane na genius.com? Nie sądzę. I ten album jest na to dowodem (Marek Cichoń)

 

Hop Along – „Bark Your Head Off, Dog”

Z albumu, który ledwo potrafiłem znieść, wyłoniła się jedna z najlepszych płyt roku. Łatwo można w kontekście tego materiału wpaść w pułapkę gitary akustycznej, która w wielu momentach wysuwa się na pierwszy plan i może odciągać uwagę od tego, co dzieje się gdzieś dalej. A to właśnie tam kryje się piękno tej płyty. Bardzo wyważone, ale jednocześnie wyraziste dźwięki gitary elektrycznej oraz smyczki, umiejscowione tak, żeby ubogacać kompozycje bez dodawania zbędnego patosu. Oraz oczywiście wokal wraz z tekstami, co nie stanowi żadnego zaskoczenia w przypadku Hop Along, których największą siłą jest właśnie Frances Quinlan ze swoimi songwriterskimi zdolnościami. Jest to jedna z płyt, które zasługują na cierpliwość, nie tylko dlatego, że wymagają uważnego odsłuchu, ale po prostu, najlepsze utwory zostawia na koniec. O tym jednak należy przekonać się samemu (Jacek Wnorowski)

 

Panowie – „Full Automatik”

Obecność tria Panowie w tym zestawieniu ma wyraźnie podsumować dwa tegoroczne zjawiska: działalność netlabelu Trzy Szóstki i revival polskiego disco polo. Ta pierwsza przyniosła masę solidnych albumów, śmiało mogących zasilić to podsumowanie (Zwidy, Gołębie, Palmer Eldritch, Adonis). Natomiast ten drugi fenomen, kierowany przez kolektyw Polonia Disco, dogłębnie opisał Dwutygodnik. Jak mają się do tego Panowie? Cały album przesiąknięty jest post-discopolowym duchem przyćmionego chillwave z ledwo słyszalnymi wokalami. Niektóre intrumentale są jakby żywcem wyrwane z remizowych przebojów, zagęszczone, ozdobione efektami, gitarą czy dodatkowymi syntezatorami. Czasem podczas słuchania czuję, jakby ktoś Kapitana Nemo rozłożył na czynniki pierwsze i ponownie złożył, ale już wedle własnego, szalonego i niedorzecznego pomysłu (Jacek Wnorowski)

 

Pejzaż – „Ostatni Dzień Lata”

Wszystkie emocje wypływające z tej płyty, jej ciepła paleta dźwięków, kojący klimat, podskórna taneczność, trafione sample, zarówno mówione, jak i śpiewane (niczym mozaika perfekcyjnie poskładane i połączone), wszystko to najlepiej podsumowuje jej tytuł. Mgliste wspomnienia ciepłych dni, późno zachodzącego słońca i ulotnych wakacyjnych emocji wprost wypływają z klimatu tego albumu. Nazwanie projektu Bartosza Kruczyńskiego „polskim The Avalanches” nie jest na pewno oryginalne, ale na próżno szukać w polskiej muzyce zjawiska podobnego. To coś znacznie więcej niż mariaż nagrań starych z nowymi, to sztuka twórczego wycinania, która podczas czterech lat potrzebnych na nagranie tego albumu została doprowadzona do perfekcji. „Już po lecie mój kochany, już po lecie” (Jacek Wnorowski)

 

Tuzza – „Fino Alla Fine”

Cieszę się bardzo, że duet Tuzza w końcu doczekał się rozgłosu, na jaki zasłużył już po swoim pierwszym singlu. Benito i Ricci są w tym roku niezrównani na polskiej rapscenie jeśli chodzi o brzmienie. Zebranie świetnych producentów (m. in. OK znany z Hewry, Swizzy, Jacon, Worek czy Hubi i Guavo) pozwoliło na osiągnięcie cloud rapowego brzmienia, które idealnie łączy się z autotune. Takie „oddychające” podkłady najlepiej oddają włoski klimat, który stanowi kwintesencję stylówki Tuzzy: piłkarskie aluzje, cytaty z filmów, odwołania do rzymskiej mitologii, łacińskie sentencje, obecność rodzinnych etosów czy celebracja powolnego stylu życia. „Fino Alla Fine” po prostu świetnie się słucha. Tylko tyle czy aż tyle? (Jacek Wnorowski)

 

Ćpaj Stajl – „Lato w Ghettcie”

Ten mixtape szturmem wbił się w polski rap. Nikt nie spodziewał się, że „banda gangusów” z Krakowa nagra najbardziej emocjonalny, najprawdziwszy, najbardziej autentyczny i najbardziej poruszający materiał, z jakim wielu słuchaczy rapu miało kiedykolwiek do czynienia. Zderzenie ulicznej brutalności z wołaniem o uczucia („Nawet najgorszy ćpun potrzebuje miłości”) i zarazem najoryginalniejszy (obok LSO) obraz pełnego sprzeczności delikatnego mężczyzny z blokowisk. Muzycznie jest chyba jeszcze ciekawiej, bo nie ma tu dwóch takich samych bitów, a śpiewane refreny zawstydzają umiejętności wokalne Taco Hemingwaya. Poza tym bywa też po prostu radośnie, śmiesznie i rozrywkowo, bo przecież smutne żale to nie wszystko. Niesamowity materiał, który pozostanie w pamięci na długo, a być może w przyszłości będzie wspominany jako pewien przełom w rozwoju gatunku (Jacek Wnorowski)

Nie ma więcej wpisów