Sharon Van Etten - "Remind Me Tomorrow"
4.5Wynik ogólny

» Gdyby ktoś wciąż miał wątpliwości co do tego, że najlepsze albumy ostatnich kilku miesięcy należą do kobiet, to dostaliśmy właśnie kolejny dowód potwierdzający tę tezę. Po krótkiej przygodzie aktorskiej (odrobinę kiczowaty serial science fiction Netflixa zatytułowany „The OA”) i kilku ważnych zmianach życiowych, Sharon Van Etten wraca do tego w czym jest najlepsza – do muzyki. Jej muzycznym partnerem na czas nagrywania „Remind Me Tomorrow” został John Congleton, który pracował w przeszłości z Angel Olsen, dość podobnej zresztą stylistycznie artystce. Tutaj słynny producent został wspólnikiem Van Etten w akcji wyprowadzania jej twórczości na szerokie wody i w nieznane rejony muzyki pop.

Jak na ironię, utwór otwierający album został napisany jako ostatni, a znalazł się na pierwszej pozycji po części dlatego, żeby oszczędzić szoku wiernym fanom, a tym samym ich nie zniechęcić. „I Told You Everything” zaczyna się tym samym dźwiękiem co „Afraid of Nothing”, co mogłoby sugerować kontynuację, ale nic bardziej mylnego. Od początku wiemy, że pod delikatnym pianinem kryje się coś co prędzej czy później wyjdzie na powierzchnię – i tak też się dzieje. Po półtorej minuty do pianina dołączają niespieszne, aczkolwiek wyraziste uderzenia perkusyjne, które są zapowiedzią większych zmian w dalszej części albumu. Zabawa zaczyna się na dobre w „No One’s Easy to Love”, gdzie Van Etten się rozkręca. Mamy tu bardziej dynamiczne tempo, zgrzytliwy hałas generowany przez syntezator i kontrastujące z tym subtelnie dzwoniące klawisze w refrenie. Podziękowania za fantastyczną aranżację należą się producentowi krążka, ponieważ pierwsza wersja tego kawałka okazywała się być jedną z wielu akustycznych ballad i to właśnie Congleton wydobył jej potencjał.

Jeśli już mowa o dynamice to przy utworze numer cztery, czyli „Comeback Kid”, na dobre zadomawiamy się w odmienionym świecie Sharon Van Etten. Ten post- punkowy ale i wypełniony syntezatorami utwór również początkowo był balladą, jednak na szczęście ktoś zauważył ten błąd, doprowadzając do powstania jednej z dwóch najbardziej szalonych piosenek na „Remind Me Tomorrow”. Ta druga to oczywiście „Seventeen” – opowiadająca o tym, że gdy dostatecznie długo mieszkasz w jakimś miejscu, zaczynasz dostrzegać jak z czasem ono się zmienia i ewoluuje. Stąd też genialny w swojej prostocie klip pokazujący wokalistkę na tle różnych części zamieszkiwanego przez nią Brooklynu.

Natrafiamy też na„Hands” – kolejny kawałek z rozdmuchanym refrenem i potężnymi bębnami, piękną partią gitary w refrenie i zgrzytliwymi riffami dodającymi dramatyzmu tekstowi pisanemu z perspektywy kogoś, kto prawdopodobnie znalazł receptę na udany związek i dzieli się z nim chcąc pomóc innym. Ciekawym, aczkolwiek niekoniecznie udanym eksperymentem jest „Memorial Day”, utwór, brzmiący jak żywcem wyjęty z repertuaru Portishead i po prostu nie pasujący do reszty. Natomiast „Jupiter 4”, również po brzegi wypełniony elektroniką, to już zupełnie inna historia. Songwriterska sesja Van Etten z Donną Missal (wokalistką z New Jersey posiadającą fantastyczny wokal o oryginalnej, ciemnej, soulowej barwie) zakończyła się dla obu pań stworzeniem popowej odsłony „Jupiter” oraz jej mroczniejszej wersji, będący tym samym jednym z najmocniejszych punktów tego albumu. Mimo, że aranżacja „Jupiter 4” na to nie wskazuje, tekst jest radosną gloryfikacją miłości, co rzadko się u Van Etten zdarza. Mimo jej udanego życia rodzinnego, większość tekstów na „Remind Me Tomorrow” nie ocieka optymizmem. Może wynika to z tego, że artystka w wersji lirycznej nie potrafi pozwolić sobie na takie zmiany jak w brzmieniu, a może po prostu – tak jak przyznaje w jednym z wywiadów – nie chce zapeszać, bo wie jak ulotne jest szczęście.

Decyzja o współpracy z Johnem Congletonem jest jedną z najlepszych, jakie Van Etten podjęła w swojej karierze. Sama przyznaje, że w pewnym momencie uświadomiła sobie swoje ograniczenia i rzuciła sobie samej wyzwanie, nie chcąc nagrywać kolejnej intymnej płyty skoncentrowanej wokół brzmienia gitary. I chyba udało się tego uniknąć.

Nie ma więcej wpisów