"Tasmania"
4.8Wynik ogólny

» Dla fanów muzyki z Australii rok 2019 zapowiada się bardzo ciekawie. Zmasowaną ofensywę na rynki muzyczne przygotowało Perth, które mimo odizolowanej pozycji na mapie wyprodukowało imponującą liczbę świetnych muzyków. W tym roku nie tylko Pond mają dla nas świeże wydawnictwo – Methyl Ethel wydali niedawno album, a Tame Impala obiecali, że jeszcze w tym roku to zrobią. Najprawdopodobniej Melbourne też dorzuci coś od siebie, bowiem najbardziej zwariowany zespół rockowy na świecie, czyli King Gizzard & the Lizard Wizard niedawno udostępnił nowy utwór. Wróćmy jednak do Perth, bo najnowszy krążek Pond został nagrany właśnie nagrany i wyprodukowany, podobnie zresztą jak jego poprzednik – „The Weather” – przez samego Kevina Parkera.

„Tasmania” jest przede wszystkim albumem bardzo australijskim. Nick Allbrook odwołuje się tu do historii swojego kraju, a częstotliwość z jaką wyśpiewuje słowo Australia jest najprawdopodobniej bezprecedensowa w historii tamtejszej muzyki popularnej. Tytułowa „Tasmania” jawi się jako raj, w którym autor tekstu chciałby zamieszkać zanim, z powodu zmian klimatycznych, zmieni się w piekło (I might go shack up in Tasmania before the ozone goes).

W wywiadach zespół podkreśla jak ważne dla nich było nagrywanie u siebie, w Perth. Krążek powstał w studio nagraniowym Kevina Parkera, którego wpływy zresztą tu słychać. Pond, podobnie jak lider Tame Impali, odeszli od psychodelicznego rocka na rzecz większej obecności syntezatorów i tanecznych beatów. Podczas kiedy każdy kawałek na płycie ma inną historię, motywem łączącym wszystko jest właśnie taneczne tempo. Już „The Weather” powoli skręcało w  tym kierunku, ale to na „Tasmania” Pond poszli na całego, czego najlepszym dowodem jest dyskotekowy groove w „Hand Mouth Dancer”. „Daisy” tylko przez jedną minutę udaje subtelny i rozmarzony kawałek, bo później tempo nagle przyspiesza, budzi nas ze snu i zaprasza do tańca. Oprócz dwóch powyżej wymienionych utworów także ten tytułowy ma szanse na stanie się hymnem najnowszej trasy koncertowej, nie trudno sobie wyobrazić tłumy podekscytowanych fanów wyśpiewujące refren razem z Nicholasem Albrookiem.

W drugiej połowie albumu Pond wracają na chwilę do swoich psychodelicznych korzeni i przy okazji przechodzą w bardziej refleksyjny nastrój. „Goodnight P.C.C.” to ponad 5 minut rozmytych syntezatorów i nostalgicznych riffów. W rozciągniętym do 8 minut „Burnt Out Star” Pond zahaczają trochę o psychodelię spod znaku Spritualized, a Allbrook powraca do motywu przewodniego tytułowego kawałka tylko że tym razem wers: paradise burns brzmi wyjątkowo złowieszczo.

Nicholas Allbrook w jednym z wywiadów wspomniał, że sięgnięcie po housowe beaty na tym albumie było dosyć kontrowersyjne dla nich samych, ale dzięki ich odwadze i otwartości na eksperymenty, to my możemy się teraz zachwycać takimi kawałkami, jak minimalistyczne „Shame” czy finałowy „Doctor’s Inn”. O ile w tym ostatnim automatyczna perkusja jest tylko częścią składową wielowarstwowego kawałka, o tyle w „Shame” udało im się stworzyć dramatyczny efekt jedynie przy użyciu syntezatorów i automatu perkusyjnego.

W ostatnich latach Pond przeszli sporą ewolucję i z ubogiego kuzyna Tame Impali stali się w pełni poważanym członkiem australijskiej sceny muzycznej. Jeszcze nie są headlinerami największych festiwali, a Nick Allbrook nie jest otoczony taką czcią jak Kevin Parker, ale „Tasmania”, ze swoimi porywającymi refrenami, rozdzierającymi solówkami i tekstami odwołującymi się do tożsamości narodowej Australijczyków, wynosi Pond na szerokie wody. Po tym albumie już każdy szanujący się fan podobnych dźwięków powinien czekać na ich nowe utwory z wypiekami na twarzy.

Nie ma więcej wpisów