Danger Mouse & Karen O » "Lux Prima"
3.5Wynik ogólny

» Podobno ta kolaboracja zaczęła się od telefonu, który podczas imprezy pijana Karen O. wykonała do Danger Mouse’a. Planowali współpracę od lat, ale bez żadnych konkretów, aż wreszcie w 2016 roku usiedli i zaczęli wspólnie tworzyć. Karen O. twierdzi, że to już ten moment w jej życiu, kiedy chce się nagrywać ambitne, skomplikowane piosenki. Danger Mouse natomiast próbował już prawie wszystkiego – od mash-upu Jaya Z i Beatlesów po projekt z Danielem Luppi oddający hołd soundtrackom do spaghetti westernów. Ze wszystkich dzieł Briana Burtona to właśnie „Rome” jest najbliższym krewnym „Lux Prima”, aczkolwiek słychać tam też echa Broken Bells.

Mimo że zarówno frontmanka Yeah Yeah Yeahs jak i Burton, aby zrealizować swoje ambicje, mówili o potrzebie tworzenia długich, niekomercyjnych kawałków, to jedynie ten tytułowy trwa dziewięć minut, a reszta ma już jak najbardziej tradycyjną formułę i przeciętną długość trwania. Nawet sześciominutowa klamra w postaci „Nox Lumina” brzmi tutaj jak trzy-czterominutowy, radiowy kawałek. Jeśli więc ktoś lubi rozciągnięte pejzaże dźwiękowe wzbogacone w filmowe smyczki, to jest to tym, czego szuka. Tytułowy utwór mieści w sobie sporo tego, co jest dla Danger Mouse’a typowe – pierwsze trzy minuty są jakby wyjęte z „Rome”, natomiast później brzmienie syntezatorów i gitary kojarzy się głównie z Broken Bells, z tą różnicą, że zamiast wokalisty dostajemy wokal żeński.

Reszta albumu jest już bardziej piosenkowa, a że krążek został nagrany wkrótce po tym jak Karen O. urodziła swoje pierwsze dziecko, to dostajemy ją w wersji bardziej wrażliwej i zadumanej niż na przeciętnym albumie Yeah Yeah Yeahs. Taka właśnie jest w „Ministry”, kiedy śpiewa make me lovely and touch me, too, make me crystal pure, cast my heart anew i w nostalgicznym „Reveries”, gdzie śpiewając tylko przy akompaniamencie gitary, brzmi jak zwyczajna dziewczyna nagrywająca romantyczne piosenki w swojej sypialni.

Najlepsze momenty „Lux Prima” to wcale nie te wydumane pieśni ze skomplikowanymi aranżacjami smyczków i grubymi warstwami syntezatorów. Z całym szacunkiem dla Danger Mouse’a, ale jego skłonności do patetyczności i zbytniego ozdabiania utworów niejednokrotnie rozstrajają kompozycje, które spokojnie obroniłyby się bez tych efektów specjalnych. Takie właśnie jest „Woman” – ostry, dynamiczny i zadziorny hymn ku czci kobiet. Karen O., która od zawsze obraca się w zdominowanym przez mężczyzn świecie rock’n’rolla jest tu właściwą osobą na właściwym miejscu. W tym momencie można też przywołać lekko funkowe „Turn the Light” i „Leopard’s Song”, jednak żaden z tych utworów nie dorasta do poziomu wspomnianego singla. Nie chodzi bynajmniej o to, że jeśli Karen O. nie wypluwa sobie płuc przy akompaniamencie ostrych riffów to jest nudna (bo na jej solowym „Crush Songs” jest urzekająco wrażliwa i romantyczna), ale raczej o fakt, że w wielu aranżacjach Danger Mouse’a zamiast ujmującej prostoty otrzymujemy przepych. Czasami to po prostu nie działa.

Zdecydowanie mocniejszym ogniwem tego duetu jest wokalistka, która nie dała się zdominować doświadczonemu producentowi i której charyzma przebija się przez każdą kompozycję. Karen O. twierdzi, że bycie czterdziestoletnią kobietą w środowisku muzyków rockowych, to wciąż ścieżka, która nie została przetarta i nie łatwo jest nią podążać. „Lux Prima” nie będzie tym ponadczasowym dziełem, które miałoby utwierdzić jej pozycję na amerykańskiej scenie indie, ale z drugiej strony ona tego nie potrzebuje. Kilkoma albumami Yeah Yeah Yeahs i solową pracą już zapewniła sobie nieśmiertelność, a teraz może robić co jej się podoba.

Nie ma więcej wpisów