Znacie to uczucie, kiedy śledzi się jakiegoś artystę od początku jego kariery i potem każdy jego sukces wydaje się Waszym sukcesem? Tak mniej więcej wygląda moja relacja z grupą Meute, więc z góry uprzedzam, że natężenie entuzjazmu w poniższym tekście może okazać się niestrawne.

Ale po kolei. Panowie pochodzą z Hamburga i są orkiestrą dętą, grającą muzykę elektroniczną.  Mówiąc dokładniej – biorą na warsztat klasyki gatunku i przerabiają je na saksofony, bębny, trąbki i tym podobne, z suzafonem włącznie. Sami mówią o sobie techno marching band i chyba nic lepiej nie oddaje charakteru grupy. Równie często jak na scenie, spotkać można ich w miejskim  anturażu, kiedy całkiem dosłownie wynoszą klubowe brzmienia na ulice. W tej formie zobaczyłam ich po raz pierwszy prawie trzy lata temu i przepadłam po paru sekundach „Rej” – interpretacji utworu Âme (te cymbały!). Od tamtego momentu Meute zdążyli wydać debiutancką płytę, zagrać kilkadziesiąt koncertów i prawie całkowicie wyprzedać tegoroczną europejską trasę. Nasze drogi skrzyżowały się ponownie 4 kwietnia w krakowskim Kwadracie i naprawdę niesamowicie było patrzeć jak grupa z odwagą pruje naprzód porywając sporawy tłum.

Klubowe koncerty Meute to obecnie całkiem nieźle zaplanowane show. Jest dynamiczna praca świateł, konfetti w odpowiednich momentach oraz przemyślana i spójna choreografia. W czasie półtoragodzinnego koncertu jedenastu panów w czerwonych marynarkach co utwór zmienia swoją konfigurację na scenie, tworząc kolejne sekcje, wpasowując się w tło i wychodząc na pierwszy plan. Każda z osób na scenie będzie miała swoje pięć minut, każdy na widowni znajdzie swojego ulubieńca. Ale tak właściwie nie da się wybrać jednej, wybijającej się osoby. Owszem mamy tutaj efektowne popisy sekcji dętej – solo saksofonu („The Man with the Red Face”), akt trąbki („Think Twice”) czy flirt z wokalem (“Hey Hey”). Wiele momentów kradnie też cymbalista, a popis trójki perkusistów w końcowej części koncertu to prawdziwa esencja techno (szalone BPM-y, szalone)! Największe wrażenie robi jednak układanka, jaką tworzą razem, gdy po dopasowaniu ostatniego elementu następuje efektowny moment kulminacyjny. Nic nie jest w stanie człowieka przygotować na pierwszą ścianę dźwięku w otwierającym „Gula” deadmau5a – włosy stają dęba, a potem jest tylko lepiej.

Zaczynamy delikatnie, ale zaraz dowalimy tak, że nie będziecie wiedzieć co ze sobą zrobić (skakać!) – ta technika sprawdza się nadzwyczaj dobrze na żywo. Schemat, który na studyjnym wydawnictwie niekoniecznie miał siłę uderzeniową (a mógł się wręcz wydawać powtarzalny i nużący), w wersji koncertowej przestaje przeszkadzać. Jest intensywniej, głośniej, bardziej nieprzewidywalnie. Całe show pędzi z szybkością lawiny i nie sposób się nie dać się jej wciągnąć. Interakcja z publicznością budowana jest prostymi zabiegami (poklaszczcie–wyskoczcie –pomachajcie), ale kiedy w rytm „Kerberos” plączą się nogi, wskazówki te tylko pomagają utrzymać resztki rozsądku w ryzach.

Uliczna energia wdziera się na scenę, a dęciaki i instrumenty perkusyjne skutecznie ocieplają chłodne i z reguły bardzo precyzyjne brzmienia oryginalnych utworów. Wydaje się być całkiem naturalnym, że na bis zespół wychodzi w tłum i przy apogeum, jakim jest „Mental Help”, doprowadza wszystkich do białej gorączki (i intensywnego parowania, z którym wentylacja klubu ledwo dawał sobie radę). Jak bardzo efektownie nie prezentowaliby się na scenie, to swoboda w graniu na jednym poziomie z widzami jest chyba ich najmocniejszym atutem. A przynajmniej jednym z najważniejszych. Meute bowiem jak nikt inny mieszają techno wiksę z jazzowym jamowaniem, łącząc światy może i odrębne stylistycznie, ale podobne w budowaniu oraz rozładowywaniu napięcia. Sprawiają, że ludzie, którzy nie pomyśleliby o sięgnięciu po utwory spod znaku Laurenta Garniera czy Stephana Bodzina, ba, po elektronikę w ogóle, wychodzą zachwyceni. A ci, którzy oryginały znają i cenią odkrywają w nich coś nowego.

Jak do tej pory występ w warszawskiej Progresji, był największym klubowym koncertem zespołu, ale każdy kto był ostatnio w Kwadracie wie, że mają potencjał na więcej. Dopóki starczy im wyobraźni i kreatywności, mamy powody, by utrzymywać wysokie oczekiwania. Materiału źródłowego jest w końcu zatrzęsienie, a w czasie europejskiej trasy pojawiły się dwa kolejne, niewydane jeszcze utwory. Zwłaszcza na „Customer is King” Solomuna ostrzę sobie zęby, choć powinnam pewnie napisać – przygotowuję się kondycyjnie. Dobra forma na pewno się przyda, gdyż kolejna okazja do poskakania i zbicia piątki z Meute już 23 sierpnia na Fest Festiwalu w Chorzowie. Żądni świetnej zabawy przybywajcie tłumnie!

Nie ma więcej wpisów