W tym roku spośród wszystkich siedemnastu wydarzeń festiwalowych, w dziesięciu z nich przodują kobiety – wygłaszano ze sceny, podkreślając egalitarny charakter tegorocznego line-upu Katowice JazzArt Festiwal. Chwalebne. A jednak zabieg ten, choć skłonić miał do rozważania nad tematem obecności kobiet w muzyce i zauważenia przedstawicielek płci żeńskiej w jazzie, schodził na dalszy plan. Nie grał tak istotnego składnika, jak można byłoby się spodziewać. Tradycyjnie już liczyła się tu gra, prezentowane umiejętności i – co najważniejsze – wzbudzane emocje.

Tych ostatnich nie zabrakło, co pokazała duża część występów – szczególnie tych solowych, które pozwalały skupiać się nie tylko na muzyce, ale i samym twórcy. Było to szczególnie ważne podczas wieczoru z Erikiem Friedlanderem, przedstawiającym swoją podroż po bezdrożach Stanów Zjednoczonych, Hubertem Zemlerem, który swoją opowieść snuł bez użycia słów czy spotkaniu z Morrisiem Kliphuisem. A choć Resina odbywała swoje szaleńcze sceniczne modły we współpracy z Zemlerem, to w ogólnym rozrachunku można było stwierdzić, że był to w zasadzie akt solowy. Szczególne wrażenie w przypadku Karoliny Rec budziły nie tylko różnorodne brzmienia wydobywane z instrumentu i sprawne nakładanie ich na siebie, ale również syreni, operowy głos. Zaprezentowane w końcowym akcie połączenie podkreślało jej wszechstronność, ale i swojego rodzaju potęgę – umiejętność poskromienia publiki, ale i samej materii. Gęstej, drapieżnej i pięknej.

Taki był też wcześniejszy pokaz wspomnianego już Huberta Zemlera, który z precyzją maszyny wytyczał kolejne ścieżki dla specjalnie przygotowanej na ten wieczór kompozycji. Odurzający pulsujący rytm techno, brutalne uderzenia w następstwie lekkich, niemalże ambientowych tonów. Zemler potrafił wydobyć dźwięk dosłownie ze wszystkiego, a próba jego identyfikacji przez publikę była dodatkową atrakcją. Szczególnie, jeśli zamiast oddawania się hipnotycznym ruchom muzyka wolało się spędzić większość tego czasu przeżywając te doznania z zamkniętymi oczami. W pojedynkę Zemler był też bliski wytworzenia tego, co zaprezentował siedmioosobowy skład InnerCity Ensemble, który w swoich kolektywnych improwizacjach pobudzał, ekscytował, przez godzinę wprowadzał w trans.

Nieco inaczej sytuacja prezentowała się w przypadku wspomnianego już Friedlandera, który nie dominował nad słuchaczami, a raczej prowadził ich za rękę. Muzyczne fragmenty dopełniane wyblakłymi fotografiami dawały poczucie melancholii, zatracenia się w zupełnie innych czasach, świecie, którego nie doświadczyliśmy i nie będziemy mieli na to okazji. Namiastka krajobrazu szalonych lat 60-tych i 70-tych, utkanych z pamięci znaczeń przypisywanych do obrazów, osobistych smutków oraz drobnych radości. To zestawienie nie działałoby tak dobrze, gdyby nie zastosowane relacje głównego showmana.

Historie pozamuzyczne były dość ważnym elementem dla wielu z występów. Panowie z Hang Em High próbowali swoich stand-upowych zacięć do anonsowania kolejnych utworów. Giulia Valle, która wystąpiła przy akompaniamencie dwóch muzyków, prezentowała krótkie opowieści o swoim domu, kotach (którym poświęciła dwa z przedstawionych utworów) i procesie powstawania jej kompozycji. Z kolei Marja Mortensson próbowała rozwikłać przed słuchaczami czym jest stosowana przez nią technika wokalna i o czym tak naprawdę opowiada. Zresztą sobotni występ wokalistki i jej dwójki instrumentalistów w Rondzie Sztuki był jednym z najlepszych wydarzeń tegorocznej edycji. 24-letnia Mortensson czarowała potęgą głosu i egzotycznym językowym zlepkiem, skutecznie przywołując skojarzenia z mrozem północy – epatując podniosłością czy też dostojnością, pełną słodkiej mityczności historią o przodkach. W ten enigmatyczny, nieznany świat muzycy wprowadzili już w pierwszym wybrzmiałym utworze i pozwolili zostać w nim do końca. Wartym podkreślenia jest moment wybrzmienia utworu „The Lighthouse” (napisanego do filmu „The Last Black Man in San Francisco”). Kompozycja tubisty zespołu, Daniela Herskedala, odnalazła się w tej przestrzeni zdecydowanie lepiej, bardziej przejmująco niż w przypadku studyjnej wersji.

Hubert Zemler / mat. prasowe

Marja Mortensson / mat. prasowe

O poczuciu zimna i mroku można było tez mówić z racji wystąpienia Anji Lauvdal i Heidy Johannesdottir. Tyle, że tu akurat łączyło się to bardziej z nieumiejętnym przedstawieniem inspiracji tych dwóch artystek, które próbując przedstawić na wpół-improwizowane wizje, popadły w kakofonię. Częściowo bełkotliwe zestawienie dźwięków, zważywszy na dość późną porę, raczej usypiało niż zachęcało do baczniejszego wsłuchiwania się, destylacji kolejnych ścieżek, łączeniu, dzieleniu, znajdowaniu sensu. Nieco lepiej wypadła Marissa Nadler. Skromna, małomówna, otulona mrokiem sceny rozświetlonej tylko paroma lampami i nadającym urok pejzażem z okładki „For My Crimes” w tle. A jednak przegląd piętnastu lat dokonań nie miał w sobie żadnej większej różnorodności, w odbiorze nie pomagały też drobne problemy techniczne (być może dlatego Nadler nie brzmiała tak pewnie, jak mogłaby) i przestoje między kolejnymi, mocno podobnymi do siebie utworami. Samotność melancholijnej gitary dawała się tu we znaki aż za bardzo, a efekt końcowy to poczucie mieszanki odprężenia i znużenia.

O tym, jak można sobie poradzić z problemami – choć w tym przypadku niesfornym instrumentem – pokazał Morris Kliphuis. W swoim solowym secie z waltornią powoli przechodził ze stanu bliskiego prezentacji postępów świeżych dziecięcych amatorów szkoły muzycznej do pełnowymiarowego, fascynującego pokazu umiejętności. Jeśli ktoś twierdził, że z tym instrumentem nie da się zrobić wiele, Kliphuis z każdą kolejną minutą udowadniał, że w odpowiednich rękach dźwięki waltorni potrafią wprowadzić w inny wymiar. Bogactwo zapętlanych i przetwarzanych ścieżek przez Holendra sprawiało spore wrażenie, a sam koncert był jedną z większych niespodzianek JazzArtu. Tym bardziej szkoda, że poniedziałkowe popołudnie majówkowego tygodnia nie skłoniło większej liczby osób do pojawienia się w przestrzeni siedziby Katowice Miasto Ogrodów.

Morris Kliphuis / mat. prasowe

Księżyc / mat. prasowe

Lubimy to co znamy, i właśnie z takim założeniem należało się udawać na wieńczący tę edycję występ grupy Księżyc. Dostaliśmy więc przeciąganie zwykłych przedmiotów przez muzyczne sito, które obfitowało bliżej niesprecyzowanymi dźwiękami, zabawę formułą koncertu i happeningu, folkową i słowiańską wrażliwość przechodzącą naleciałościami nowoczesności i techniki. Wszystko to o tyle pociągające, co gdy przy obyciu ze wszystkimi sztuczkami, już nie tak fascynujące. Co by jednak nie mówić, muzyka tej grupy w dalszym ciągu przynosi odprężenie i poczucie błogości – szczególnie w tak ciekawie zaaranżowanej przestrzeni Stolarni Muzeum Śląskiego. A chyba tego, po pięciu dniach tak różnorodnych muzycznych przeżyć, publika potrzebowała.

 

 

Wszystkim, którym w dniach 26-30 maja tej dawki jazzowej radości było mało, Katowice JazzArt Festival przygotował wydarzenie dodatkowe – After JazzArt Festival, które połączy dwie bardzo ciekawe formacje śląskiej sceny, a mianowicie – zespół Ciśnienie oraz Melancholia.

Nie ma więcej wpisów