Mimo trwającej ostatnimi miesiącami rapowej ofensywy na listach przebojów, w polskich rozgłośniach dalej to pop jest gatunkiem, na który z największym prawdopodobieństwem trafimy włączając losową komercyjną rozgłośnię. Tym bardziej uzasadniony jest pomysł organizowania festiwalu, na którym ten gatunek gra pierwsze skrzypce. Pozostaje tylko pytanie, jak taki koncept broni się po zaaplikowaniu go w życie.

Starcie na szczycie

Tak jak o zeszłorocznym Kraków Live Festival można było powiedzieć, że całkowicie zdominował go rap, tak w przypadku warszawskiego Orange Festivalu pop zajął niemal wszystkie najważniejsze miejsca w programie. W zasadzie stało się to lekko przypadkiem – w roli headlinera soboty w miejsce Cardi B pojawiła się Miley Cyrus. Ta wymiana na szczycie odbiła się pozytywnie na frekwencji – sobota całkowicie się wyprzedała.

Jednocześnie doprowadziło to do zderzenia dwóch światów, dwóch wrażliwości muzycznych, dwóch odmiennych podejść do koncertu, które zaprezentowali headlinerzy. Zestawienie ze sobą Solange i Miley Cyrus z początku może wydawać się absurdalne, ale ostatecznie ma wiele sensu. Solange wszystkim zabranym o zachodzie słońca zaprezentowała tematyczny spektakl. Starannie wyreżyserowany i dopracowany w każdym calu koncert, w którym nieustannie powracał motyw dającego wyzwolenie powrotu do korzeni, celebracji czarnej kultury i tożsamości, mądrego buntu, kontestującego to, co warte kontestowania. W zaplanowanej statyczności kryło się sporo dynamiki, jednak bardzo uporządkowanej – gitarzyści rytmicznie bujali się w równym tempie, trębacze żwawym krokiem wchodzili na scenę, tancerze niespieszne ruchy wykonywali tylko zachowując schodkową hierarchię, a chórek sprawdzał się znakomicie również jako ruchome tło. Nie zabrakło jednak miejsca na twerk, biegi, wychodzenie do publiczności czy poruszający monolog wyjaśniający sens płyty „When I Get Home”. Solange zdołała osiągnąć perfekcyjny balans między zaplanowanym teatralnym widowiskiem a koncertową spontaniczną ekspresją.

Niemal każdy aspekt koncertu Knowles Miley Cyrus wykonała odwrotnie. Nie było żadnego planu bądź ram występu (za to dopisała frekwencja, na którą Solange mogła narzekać), ale mimo ich braku Miley z trudem przychodziło zakomunikowanie publiczności czegoś więcej niż powtarzanych w kółko podziękowań. Artystka nie pozwoliła też sobie na większą sceniczną mobilność, a szczytem jej ideowego manifestu okazała się piosenka o waginie. Miley aka „Female Rebel”, jak sama określała się w „4X4”, nie była ani trochę buntownicza. Chyba, że buntem jest zrezygnowanie z typowo popowej formuły show z tancerzami i fajerwerkami, bo właśnie tego u Cyrus zabrakło. Ten zabieg z pewnością był umyślny, artystka pragnęła całą uwagę skupić na sobie. I rzeczywiście miałoby to rację bytu, gdyby swoją sceniczną prezencją i wokalnymi umiejętnościami prezentowała coś więcej niż przeciętność. Tę natomiast prawdopodobnie bez problemu pozwoliłby zakryć odpowiedni dobór setlisty, ale ten sposób również zawiódł – pojawiło się jedynie kilka znanych setkom milionów ludzi na świecie szlagierów, całą resztę stanowiła generyczna papka z najnowszej EP-ki „She is Coming”. Po stokroć szkoda, bo z zapowiedzi buntowniczego, samoświadomego show, ostał się jedynie w miarę poprawny koncert, w którym luki wynikające z niewykorzystanego potencjału aż biły w oczy.

Mikropop

Tkanką tworzącą popowy wymiar Orange Warsaw Festival byli jednak nie tylko headlinerzy. Poczynając od najwcześniejszych koncertów: prawdziwą energię pokazała MIN t, która ze swoją koncertową formułą czuje się coraz lepiej i pewnie wciela się nie tylko w piosenkarkę oraz królową syntezatorów w świecie patchworkowego synthpopu, ale również raperkę i tancerkę. Jej występ był miłą odmianą po raczej nudnym, generycznym i statycznym koncercie SG Lewisa. Artysta brzmiał jak muzyka z H&M –  zauważalna i na moment wkręcająca się w głowę, ale na dłuższą metę trudno zapamiętywalna. Na podobną przypadłość ciągle cierpi Bitamina. Nie ma sensu negować faktu, że grupa jest fenomenem na polskiej scenie indie popu, ale ich obecna muzyka i teksty starają się być na tyle uniwersalne, że gubią po drodze całą indywidualność (którą miała jeszcze płyta „Plac zabaw”). Bohater liryczny będący „everymanem” pozwala słuchaczom utożsamić się ze śpiewanymi historiami i chyba właśnie to wpływa na popularność mazowieckiego tria. Jeśli jednak panowie wpadną na pomysł powrotu do korzeni, to droga jest otwarta i z pewnością garstka słuchaczy przyjmie taką przemianę z otwartymi rękami.

Klasyczny electropop

Drugą warstwę popowych aktów stanowią Rita Ora i Troye Sivan. Sama nasuwa się próba antagonizowania tych koncertów, z zastrzeżeniem, że oba były bardzo udane. Różnicą jest zakres użytych środków: Rita zatrudniła grupę tancerzy, przygotowała sugestywne animacje i lśniące wstążki, które uświetniły przegląd znanych niemal każdemu hitów, od „Hot Right Now” przez „Doing It” po najnowsze „Anywhere”. Nie zabrakło również interakcji z fanami, podobnie zresztą jak u Troye Sivana. Tutaj jednak podobieństwa obu występów się kończą. Australijczyk postawił na pełnokrwiste brzmienie instrumentów, w centrum których postawił siebie wraz ze swoją aparycją, wokalem, czerwonym sweterkiem i zdolnościami zabawiania publiczności. Wszystkie te atrybuty godnie zastępowały ewentualne fajerwerki i konfetti, co dobitnie udowodniły tłumy tańczące pod sceną i cieszące się każdą chwilą tego koncertu.

Blockbusterowy EDM

Gdzieś w tej tkance powinno się również znaleźć miejsce dla Marshmello. Należałoby się jednak zastanowić, na ile jego obecność na festiwalu przekładała się na koncert, na ile na DJ set, a na ile na stanie i machanie do publiczności przerywane zachętami do tańca. Jeśli warunkami koniecznymi DJ seta są ciągłość brzmienia, dbanie o przejścia między utworami i korzystanie z nie jednoelementowego zbioru efektów, które się na nie nakłada, amerykański producent nie spełnił żadnego z nich. Tak mało zachęcającego do ruchu, nieciekawego i potraktowanego po macoszemu zestawu utworów nie słyszałem dawno, a jedyne, co w tym widowisku można pochwalić, to efekty pirotechniczne i wizualizacje, których pomysłowość znacznie wykraczała ponad producenckie zdolności gwiazdy wieczoru. Z drugiej strony, ta krytyka nie ma sensu, jeśli założymy, że głównym kryterium udanego występu są zadowoleni słuchacze, bo tych nie brakowało – od dzieci w hełmach swojego idola, przez szalejących nastolatków po podrygujących starszych. Ale czy ich reakcja nie byłaby równie pozytywna, gdyby zestaw zaprezentowanych utworów był przygotowany przez artystę nieco staranniej?

Skupienie

Do popowej sieci organizatorzy postanowili przylepić trochę innych różności. I tak, dziewczyny z Lor, przy wsparciu chóru, zdołały zaprowadzić absolutną ciszę na widowni, co podkreśla nie tylko koncertową siłę ich melancholijnej debiutanckiej płyty, ale również ogromną charyzmę, jaką są obdarzone. Julia Pietrucha, której przypadło zadanie zagrania na zakończenie festiwalu, też miała uznanie publiczności na zawołanie i zdołała z tego skorzystać, przy okazji wyciskając co najlepsze ze sporego zespołu i ładnej scenografii, nie gubiąc przy tym intymności swoich kompozycji.

Gitary

Miles Kane i The Raconteurs przypomnieli na festiwalu o istnieniu gitar. Koncert tego pierwszego dla wielu fanów był wycieczką kilka lat wstecz, gdy „Rearrange” i „Come Closer” nosiły miano indie rockowych szlagierów nuconych w przerwach między Arctic Monkeys a The Killers. Nie da się ukryć, że to materiał z dwóch pierwszych płyt Brytyjczyka wypadł najlepiej, a zeszłoroczne nowości, mimo pewnych przebłysków, pełniły rolę wypełniaczy. Dawały jednak szanse na techniczne popisy Milesa, który wyciskał z gitar wszystko, co się da. Wszystko to stanowiło również świetną rozgrzewkę przed The Raconteurs, którzy jakby specjalnie poczekali na zakończenie zabawy w namiocie i zaczęli z kilkuminutowym opóźnieniem. Dzięki bardzo wyrazistemu nagłośnieniu gitary Amerykanów zabrzmiały żywo, dobitnie i konkretnie, przekazując dawkę klimatu z przecięcia bluesa i garażowego rocka. Pojawiło się dosyć dużo materiału z niewydanej jeszcze płyty „Help Us Stranger”, ale nie zabrakło hitów z dawniejszych lat działalności grupy, które tym bardziej rozgrzewały publiczność – co ciekawe w dużej mierze składającą się z fanek grającej potem Miley. Dwa z pozoru różne muzyczne światy są jak widać do pogodzenia, potrzebna jest tylko dobra wola.

Polski rap

Tym razem za rap odpowiadała tylko polska reprezentacja: Quebonafide, który zagrał o niefortunnej godzinie, zbyt wczesnej, żeby na nią dotrzeć, Otsochodzi, zaliczający wyraźny spadek formy i zamykający pierwszy dzień mało interesującym, krótkim i nieangażującym koncertem oraz Jan-rapowanie, balansujący na granicy bycia bardzo rozluźnionym a niecharyzmatycznym, potrafiący jednak zgrabnie poruszać się po nieoczywistych kompozycyjnie bitach Nocnego.

Jakie wnioski można wyciągnąć z dwudniowej imprezy organizowanej przez Alter Art? Pewnie takie, że da się zorganizować tematyczny (nawet jeśli trochę przypadkowo) festiwal, który zakończy się sukcesem komercyjnym, wysoką frekwencją i, w przeważającej większości, udanymi koncertami. Nie jest to odkrywcza lekcja, ale zawsze warto przypominać promotorom, organizatorom i agencjom koncertowym, że gatunków muzycznych jest wiele i dobrze jest żonglować nimi w zależności od okazji, by nie znudzić słuchaczy monotonią. Popowe wydanie Orange Warsaw Festival jest kolejną piłką do żonglerki po rapowym Kraków Live Festival, elektronicznym Tauronie i folkowym Halfwayu. Oby tych piłek, jak najstaranniej przygotowanych, było na polskim podwórku jak najwięcej.

Nie ma więcej wpisów