"Erotic Reruns"
3.9Wynik ogólny

» Urok Yeasayer polega w dużej mierze na ich nieprzewidywalności. Nigdy nie wiadomo w którą stronę skręcą na kolejnym albumie i czy z ich wrodzonego zamiłowania do eksperymentów powstanie coś dobrego. W 2007 roku zachwycili świat psychodelicznym, mieszającym wpływy z różnych stron świata „All Hour Cymbals”, na którym można znaleźć ikoniczne harmonie wokalne, zachwycające solówki gitarowe, a przede wszystkim tak charakterystyczną dla Yeasayer bezkompromisowość. Trzy lata później jednak trio z Brooklynu wykonało skręt o 180 stopni i zaatakowało listy przebojów słodkimi popowymi „Ambling Alp” oraz „O.N.E”, które były tak dalekie od brzmienia z debiutu jak stylistycznie Black Sabbath są od Miley Cyrus. Następnie przyszły dwa albumy wypełnione elektronicznymi eksperymentami, które ani nie były komercyjne, ani w połowie tak interesujące jak zawartość „All Hour Cymbals”. Wyglądało to trochę jakby zespół stracił cechujący ich wcześniej pierwiastek genialności i próbował nadrabiać zapętlonymi, poszatkowanymi beatami, które za nic nie chciały układać się w ładne piosenki.

Trzy lata od niebyt udanego „Amen & Godbye” Yeasayer ponownie wykonali zwrot i tym razem znaleźli się w indie/tanecznych rewirach gdzieś pomiędzy MGMT a Empire of the Sun. Przy okazji okazało się, że wciąż pamiętają jak się tworzy popowe piosenki. Na „Erotic Reruns” dźwięki znów układają się w zaraźliwe melodie, momentami na granicy funku i popu („Crack a Smile”), a gitara Ananda Wildera znów ma coś do powiedzenia – tak jak na przykład w dosyć mrocznym „Blue Skies Dandelions” gdzie wers You really look so small up there wyraźnie wycelowany jest w Donalda Trumpa. Na albumie Wilder wyróżnia się także dream popowym „Let Me Listen In On You” ozdobionym leniwymi riffami i beatlesowskimi harmoniami. Z kolei „I’ll Kiss You Tonight” z brzmi trochę jak słodki pop z lat 60, podobnie lekko wchodzą taneczne „Ecstatic Baby” i funkowe „Fluttering in the Floodlights”.

Od strony produkcyjnej ciekawe jest to, jak zespół z dwoma charyzmatycznymi wokalistami potraktował właśnie kwestię wokalu. Wciąż pojawiają się tu harmonie będące znakiem firmowym tria, ale ich głosy nie są tak wyeksponowane, jak w przypadku starszych nagrań. Chris Keating, lider i samiec alfa w zespole, chowa swój wyrazisty wokal za warstwą instrumentów, jakby chciał zaznaczyć, że najnowszy krążek, jeszcze bardziej niż wcześniej, jest pracą zespołową.

W ogólnym rozrachunku „Erotic Reruns” pełne jest zaraźliwych melodii, które wchodzą bardzo łatwo, ale niestety szybko też się nudzą. Nie są to utwory,w które trzeba się wgryźć, aby się w nich zakochać i niestety nie są to też kompozycje, w których po jakimś czasie odkrywany drugie dno – bo takiego najzwyczajniej nie ma. Najnowsze dzieło brooklynskiego tria to taki trochę easy listening, podoba się i niewątpliwie jest najlepszym albumem Yeasayer od lat. Ale z drugiej strony mogło być o wiele ciekawiej.

Nie ma więcej wpisów