Mijająca edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka Katowice po kilku dniach od zakończenia nadal jest na ustach wielu osób. Nie tylko dlatego, że ogólnie muzycznie była imprezą udaną, ale ze względu na bardzo mądry krok podjęty przez organizatorów. Chodzi mianowicie o udostępnienie uczestnikom cystern z wodą pitną, gdzie mogli uzupełnić oni swoje butelki oraz wielorazowe pojemniki. Niby ludzka normalna rzecz, a do tej pory mało który (lub może nawet żaden?) polski festiwal zdecydował się na tak miłosierny gest w stronę publiczności – mimo iż upały w czasie lata są czymś cyklicznie powtarzającym się. Co więcej Tauron zamknął usta wszystkim przyszłym hejterom, pozwalając wnieść na teren Muzeum Śląskiego nie tylko bidon/wielorazową butelkę, ale również oryginalnie zapieczętowaną butelkę plastikową. W punktach gastronomicznych można było oczywiście również kupić wodę, także wszyscy byli zabezpieczeni pod względem nawadniania. To niby mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości i ekologii również. Zdecydowanie jest za co chwalić festiwal pod tym względem – polecamy innym organizatorom uczyć się od najlepszych (czytaj: od TNMK), zamiast zabierać korki i sztucznie windować cenę za wodę na terenie festiwalu. Jak widać punkty można złapać również na okazaniu zwykłego człowieczeństwa. 

Pogoda dopisała, a zapowiadane wcześniej burze szczęśliwie ominęły Katowice. Osiągnęłam również swój główny cel festiwalowy, a mianowicie bez problemu weszłam na koncert Kraftwerk i nawet wyszłam z niego cała. Umieszczenie ogromnego koncertu wewnątrz festiwalu było ze strony organizatorów czynem dość ryzykownym, ale wrócili oni z tej bitwy z tarczą. Organizacyjnie – okulary, które były konieczne do oglądania show w 3D mogłyby być rozdawane uczestnikom wraz z odbiorem opasek i oszczędziłoby to stania w długiej stresującej kolejce przed wejściem na koncert. Nic tak jednak nie robi dobrze człowiekowi jak adrenalinka, dlatego i bieg z przeszkodami w środku budynku MCK można potraktować jako ciekawą przygodę. Sam występ Kraftwerku trwał półtora godziny i przez ten czas panowie wykonali szereg swoich retrofuturystycznych hitów, wśród których nie zabrakło “Model” czy “Autobahn”. Dla mnie jako osoby, która Kraftwerku słuchała od dawna, usłyszenie w końcu panów na żywo było mocnym i wzruszającym przeżyciem – tym większym, że muzycy wpletli do koncertu kilka polskich akcentów, w tym lądowanie statku kosmicznego przy katowickim Spodku w wizualizacji piosenki “Spacelab” czy wykonanie “Pocket calculator” w naszym rodzimym języku (pamiętne Jestem operator i mam mini kalkulator). Można oczywiście czepiać się faktu, że same efekty 3D były dość marne, ale nie o nadrabianie efektami w tym wszystkim chodziło. Ogromne wizualizacje idealnie spełniły swoją funkcję – wydawało się wręcz, że perfekcyjnie i bezbłędnie wpasowują się w muzykę i nie ma tam miejsca na chociażby sekundę spóźnienia czy falstartu. Choć w przyszłym roku zespół będzie obchodzić swoje 50-te urodziny, przekaz ich muzyki jest wciąż aktualny – proste teksty idealnie sprawdziły się jako jasnowidzące proroctwa naszych czasów. Nietrudno odnieść “Man Machine” do etycznych rozważań o sztucznej inteligencji czy “Computer Love” do aplikacji społecznościowych. Występy Kraftwerk nie są zbyt zaskakujące pod względem doboru utworów czy szokujących zachowań na scenie, lecz jest to tzw. must be dla każdego fana współczesnej muzyki elektronicznej. Dumnie odkreślam ten punkt z listy rzeczy, które jeszcze muszę zrobić do końca życia.

Kraftwerk na Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019 / fot. Damian Kramski

Do największych pozytywnych zaskoczeń festiwalowych zaliczę sobotnie sety Mariela Ito oraz DJ-kę Monster z poznańskiego kolektywu Oramics oraz Low Kollektiv. Mariel Ito to wczesny alias Maceo Plexa, w którym nacisk kładł nie na tech-house czy minimale (tak jak to było w wypadku Maetrika), ale na electro i IDM w najlepszym wydaniu. Jego set był zaskakująco gęsty i bardzo przemyślany; kolejne elementy przechodziły bez chaosu i niepotrzebnych wstawek w kolejne, dając chłodną, owianą seksapilem całość. Mariel dawał momenty, w których można było się rozmarzyć i rozpłynąć nad skondensowatym pulsującym rytmem, ale także takie kiedy energia electro niosła parkiet falami – zdecydowanie set godny polecenia oraz na pewno godny powtórzenia. Podobne uczucie mam co do Monster, której nie miałam okazji usłyszeć do tej pory, a okazuje się, że wiele straciłam. Szkoda, bo dziewczyna świetnie radzi sobie za deckami, prezentując oldschoolowe i nieoklepane utwory z nurtu techno i chicago house. Mogę tylko żałować, że te ładne piosenki z winyli puszczała tylko przez godzinę. 

Klasę pokazał również Thomas Fehlmann, którego można znać chociażby jako połówkę duetu The Orb. Tu zaskoczenia nie było, bo obecny na scenie od 40 lat, siłą rzeczy świetnie wyczuwa nastroje publiki, a przede wszystkim gra swoje. Nie sili się na spektakularne efekty, stawia na pastelową oraz przyjemną i głęboką muzykę z odnóg głębokiego dubu z elementami jazzu i trzaskami. Mogło się wydawać, że każdy moment seta był mocno przemyślany, nieoczywisty, ale przede wszystkim piękny w swojej trippowej konstrukcji. Dało się odczuć, że nad całością sprawował pieczę doświadczony dubowy weteran, a takich techno tygryski lubią najbardziej. 

Atom i Jacek Sienkiewicz po prostu robili swoje krzepko rozkręcając parkiet w piątek na Secret Stage i nie dali spokoju nogom przez całe pięć godzin. Fajnym tropem poszła też Laurel Halo, która choć produkuje dość eksperymentalne płyty, tak na scenie Red Bulla w formule DJ-seta postawiła na klimat ze swojej tegorocznej składanki Dj-Kicks. Było więc sporo techno killerów, było trochę bujających house’ów czy UK funky, a na pewno było tanecznie. Laurel do tej pory postrzega siebie bardziej jako producentkę niż DJ-kę, aczkolwiek zdaje się, że coraz pewniej czuje się za deckami i na coraz więcej sobie pozwala. Ja zdecydowanie jej kibicuję. Niestety sztampowo wypadł Kornél Kovács i jestem niestety po stronie krytykujących jego występ. Nie pokazał nic nowego poza hitami z ostatniej LP oraz mainstreamowymi nutami. Może za dużo się po nim spodziewałam, ale liczyłam na creme de la creme ze Studia Barnhus. Wyszło tylko poprawnie, a nóżka chodziła tylko częściowo, na pół gwizdka.
(Agata Ogórek)

Scena Red Bull / fot. Radosław Kaźmierczak

Daleki jestem od krytykowania Kovácsa za jego przyjemny set, choć rzeczywiście nie znalazł się on w mojej czołówce występów na Red Bull Stage’u. W tej wszystkim chodzi przecież także o to, aby dobrze spędzić czas, a Szwed nie potrzebował skomplikowanych motywów i sięgania w najmniej znane terytoria muzyczne – podczas jego wystąpienia akurat można było się całkiem nieźle wytańczyć. Z drugiej strony ciężko powiedzieć czyje mixy wypadły na Red Bullu najlepiej, bo w przeciągu tych dwóch festiwalowych dni, scena ta przyniosła chyba najwięcej tanecznego dobra, w którym można się było przyjemnie zanurzyć. Goście Red Bulla serwowali jak zwykle ciekawe, melodyjne kawałki elektro (tu wspomniany już Mariel Ito jak i Sosky), naprzemiennie z połamanymi i niecodziennymi doznaniami mrocznego i dusznego techno (żeby wspomnieć chociażby dużą część setu Laurel Halo utrzymanego w takiej właśnie stylistyce), ale nie zabrakło też nieco leniwego, klubowego elektropopu. Zresztą główni chyba przedstawiciele tego gatunku na festiwalu, czyli trio Kamp!, zdołali przyciągnąć pod dach sceny publikę tak dużą, że ciężko było o zachowanie przestrzeni osobistej – co miało miejsce w przypadku wielu innych setów. A jednak nie uniemożliwiało to całkowicie swobodnego poruszania ciałem podczas kolejnych, miarowo rozkręcających się kawałków w rozciągliwych jak guma aranżacjach, które powodowały, że z niecierpliwością czekało się na charakterystyczny drop pobudzający do jeszcze większego działania. Nastawieni na popowy sznyt kawałków z „Dare” czy „Ornety” mogli więc poczuć się zaskoczeni, w jakie miejsce zaprowadzili ich sobotniego wieczora panowie z Kamp!. Ale czy mogli się poczuć zdradzeni? Napływ kolejnych osób chcących znaleźć się bliżej sceny Red Bulla podpowiadał, że nie.

Pozostając przy liczebności osób pod sceną, to naprawdę współczuję wszystkim wykonawcom, który swoje występy w piątek zaczynali między godziną 21 a 23. Niemalże opustoszona przestrzeń festiwalowa zwiastowała jedno – koncert Kraftwerk. Tych, którzy na legendy elektroniki się nie wybrali, z otwartymi ramionami przyjmowali m.in. duet MUKA na scenie Carbon/Future! czy Sosky ze swoim przyjaznym mixem na Red Bullu (gdzie przez długi czas na początku drugiej połowy jego setu – tuż po rozpoczęciu koncertu Kraftwerk – frekwencja wahała się między 20 a 40 osób). Znacznie gorsza niż można by zakładać liczebność osób pod scenami nie zrażała jednak wykonawców. Resina, która na Scenie Kameralnej NOSPR-u rozpoczęła swoją instrumentalno-wokalną opowieść na godzinę przed występem headlinera imprezy, raczej nie przejęła się faktem, że ostatnie popisy jej gry obserwowało o jakieś 1/3 publiki mniej niż podczas pierwszych pięciu minut. W innym wypadku grupowo odpływająca do przestrzeni Sceny Miasta Muzyki publiczność pewnie zostałaby dłużej – bo Resina, jak to ma w zwyczaju, potrafi przykuć uwagę. Jedynym mankamentem tego występu był zagłuszający dźwięk perkusji, niedostosowanej tonowo do dźwięków wydobywanych przez Rec.

Przyjemnego ścisku nie zabrakło też na drugim chyba po Kraftwerku, tak obleganym gigu, którym był set GusGus. Zapełniona po brzegi sala Tauron Music Hall w jakiś sposób nie została rozsadzona energią zgromadzoną w jej przestrzeni, swobodnie przepływającej między sceną a publicznością, chłonącą każdy kolejny kawałek magicznych Islandczyków. Nieodparty urok duetu sprawił, że rzadko ktokolwiek opuszczał ich występ, a i bardzo często widać było tych, którzy próbowali przedrzeć się do przodu. Nic dziwnego.

GusGus / fot. Radosław Kaźmierczak

Dość dużą publikę, zważywszy na godzinę i otwarcie sobotniego dnia o godzinie 19, zgromadziła z kolei Ana Carla Maza, wiolonczelistka urodzona na Kubie. Barwna, radosna i młoda piosenkarka porywała zgromadzonych na scenie Carbon/Future! z każdym kolejnym taktem. Na jedno jej klaśnięcie w dłonie słuchacze odpowiadali kolejnym, na każdą prośbę o chórki dało się słychać mniej lub bardziej koślawe – ale szczere i chętne! – odpowiedzi wokalne publiczności. Sceniczna charyzma wokalistki w połączeniu z jej przepięknym głosem dała świetny rezultat rozbudzając, bawiąc i przygotowując na całą resztę wieczoru i nocy spędzonej w przestrzeni Muzeum Śląskiego. A tym samym zostając jednym z bardziej pamiętnych fragmentów tej edycji. Tuż po niej scenę zajmowali kolejno Tatiana Heuman oraz Fatima Al Qadiri, które operowały zupełnie innym instrumentarium i zapraszały do zgoła odmiennych światów, jednak żadna z nich nie zdołała zaciekawić choć w połowie, jak robiła to Maza. Brutalne dźwięki syntezatora i zmiana tempa średnio co dwie minuty nie okazała się atrybutem Heuman, która jednak w jakiś sposób przykuwała wzrok swoimi pałkerskimi zapędami i feerią kolorów wybuchających z ekranu za nią. Wciąż wypadła jednak lepiej niż Al Qadiri, skupiona raczej na prezentacji siebie na scenie niż swoich mocno nieprzyswajalnych dokonań.

Do listy tych lekkich zawodów nie chciałem dodawać występu Jazzanovy i Yvesa Tumor. Na szczęście w obu przypadkach udało się tego uniknąć, nawet jeśli można było mieć swoje drobne zarzuty. Panowie z Jazzanovy zaprezentowali się z dobrej strony elektryzując głosem Paula Randolpha, nie przesadzając ze zmianami aranżacyjnymi, czasami tylko zaliczając lekkie doły podczas bardziej balladowych dokonań, które można było spokojnie ominąć. Nie przeszkadzało nawet znaczne skupienie się na ostatnim albumie kolektywu, „The Pool”, który chyba spośród ich trzech płyt jest najsłabszym dokonaniem. Pierwsza połowa ich występu okazała się neo-solową i nujazzową ucztą, na której warto było się pojawić. Yves Tumor – będący w tym roku odpowiednikiem zeszłorocznej zapowiedzi Arca – mógł sprawić podobną niespodziankę i ciężko było określić, czego należy się po nim spodziewać. I rzeczywiście zaskoczenia były. Brak live bandu w połączeniu z samotnym Bowiem przechadzającym się z jednej do drugiej części sceny (jak i przede wszystkim spędzającym większość czasu w tłumie pod sceną) nie dawał dobrego wrażenia tym, którzy stojąc gdzieś dalej w przestrzeni Tauron Music Hall byli świadkami mini playback show z pustą sceną. Cały performans dział się bowiem w początkowych rzędach, gdzie Yves Tumor przyciągał fanów jak magnes, polegał na ich energii, wydzierał się do mikrofonu i śpiewał. Kolejne kawałki z „Safe in the Hands Of Love” rozgrzewały i pobudzały do ruchu, a i nawet w tych spartańskich – jak na występ tego dziwaka – warunkach, wypadły dobrze. Zupełnie inaczej mogli to wszystko odebrać ci, którzy z muzykiem zetknęli się dopiero tutaj. To raczej nie był występ dla nich. Ale mogę się oczywiście mylić.

Przestrzeń festiwalowa / fot. Radosław Kaźmierczak

Niewiele jednak mogło się równać z liveactem HVOB serwowanym od 2 do 4 w nocy na Secret Stage’u. Austriacki duet w sposób profesjonalny panował nad odpowiednią atmosferą wśród wszystkich niewymęczonych jeszcze koncertami festiwalowiczów. Klubowa aura roztaczana dzięki melodyjności ich materiału, wśród którego przewijały się zanurzone w tech-house’owej otoczce kawałki z ich poprzednich albumów, przyciągała tej nocy ludzi niczym ćmy do światła. Pozostając pod urokiem duetu, ciężko się było oderwać, nie mówiąc już w ogóle o dotarciu do mózgu informacji o zmęczeniu czy spoglądaniu na zegarek.

Sam Secret Stage został bardzo ładnie wkomponowany w przestrzeń strefy gastronomiczno-wypoczynkowej, która w stosunku do kilku poprzednich lat ewoluowała, będąc podczas tej edycji naprawdę imponującą. I nie chodzi tu o wielość gwarantowanych tam rozrywek, a fakt, że mimo jej przearanżowania, w dalszym ciągu zachowano zdrowy umiar, który przyniósł zachwyt nad świetnie prezentującymi się stoiskami kolejnych marek alkoholowych. To właśnie coraz lepiej wykorzystywana przestrzeń festiwalowa, organizacja poszczególnych stref, pomocna i miła obsługa czy wspomniana już darmowa woda są tym, co – oprócz najważniejszego, czyli muzyki – świadczy o dojrzałości / ciekawości (niepotrzebne skreślić) festiwalu i powoduje, że chce się na niego wracać. W tym roku te małe rzeczy w zestawieniu z naprawdę dobrymi występami artystów spowodowały, że w ogólnym rozrachunku ciężko znaleźć słabe punkty mogące podważyć to, że Tauron Nowa Muzyka Katowice stał się festiwalem kompletnym. Patrząc na tegoroczną frekwencję i pozytywny odzew, przyszłoroczna, piętnasta już edycja imprezy, nie powinna mieć problemu ze znalezieniem podobnej liczby osób, które zjawią się w przestrzeni Muzeum Śląskiego i znajdą coś dla siebie. Większość z nich z pewnością niecierpliwie wyczekuje pierwszych ogłoszeń na kolejny rok. Czekam i ja.
(Marek Cichoń)

Nie ma więcej wpisów