Nie wyobrażam sobie, żeby lato mogło się zaczynać inaczej niż wizytą w Amfiteatrze Opery i Filharmonii Podlaskiej na Halfway Festival. Stało się to moją coroczną tradycją, od której ucieczki nie ma, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby. Chwile spędzone w tym miejscu zawsze są niezapomniane, chociaż nie zawsze z tych samych powodów. Nie inaczej było tym razem.

Imprezę otworzył koncert tria Wędrowiec, ale z czystej grzeczności należałoby go chyba przemilczeć. Kuriozalne brzmienie, które za cel stawiało sobie inspirację ludowością i mistycznością, a efekt ostateczny oscylował raczej w okolicach podkładów do utworów z bajek Disneya (halo, Pocahontas?). Szczerze muszę przyznać, że to pierwszy raz, kiedy musiałem opuścić amfiteatr przed końcem koncertu, bo całość wypadła po prostu słabo. Na szczęście wszystko naprawiła grająca potem Gyda. Być może jej koncert nie był pełen atrakcji czy zwrotów akcji, ale inspirowane muzyką klasyczną smyczki z dodatkiem ulotnego, kojącego wokalu, nastrajały pozytywnie. Szkoda było jedynie perkusji, która rzadko dochodziła do głosu, a mogłaby uczynić niektóre kompozycje znacznie ciekawszymi.

Chociaż w nocy temperatura spadła znacznie, trudno było na nią narzekać, gdy na scenie pojawili się Brytyjczycy z These New Puritans. Bracia Barnett wrócili do Polski po czterech latach, w dodatku z najlepszym bodaj materiałem w karierze. Co jednak najistotniejsze w kontekście ich koncertu – aranżacje z „Inside the Rose” udało się z powodzeniem przenieść na grunt występów na żywo. Wyeksponowano efekty i ozdobniki, nie brakowało nawet najdrobniejszego dźwięku. Świetnie brzmiały również bębny, które stanowią podwalinę klimatu twórczości These New Puritans. Jedyne, co odstawało od genialnej reszty, to wokal, który momentami był wręcz zagłuszany przez inne instrumenty. Na tę drobną wpadkę można jednak przymknąć oko, gdy tylko przypomni się świetne marszowe „We Want War”, balladowe „Where the Trees Are on Fire” czy lekko industralowe „Inside the Rose”.

Halfway Festival 2019 – dzień 1

Kotori, która swoim koncertem otworzyła kolejny dzień, na scenie czuła się dosyć pewnie, co pozwoliło jej szybko przyciągnąć uwagę zbierającej się powoli publiczności. Muzycznie również wypadła nie najgorzej, szczególnie gdy stawiała bardziej na zglitchowaną elektronikę lub garażowe brzmienie gitary. Z pewnością jednak nie powinna grać aż tak długo, bo po pewnym czasie schematy zaczęły się powtarzać, a koncert – dłużyć. Absolutnie przeciwnie miała się sytuacja z Oxford Drama. Ich występ stanowił hołd oddany koronkowo tkanej piosenkowości, a cover Fleetwood Mac jakby potwierdzał tę tezę. Mnóstwo smaczków w skali mikro, gitarowych zagrywek, zwiewnych tekstów, a całość ułożona w formie zwartych kompozycji. Koncert godny zespołu, który nagrał jedną z najlepszych płyt ubiegłego roku.

Dokładny kształt koncertu tajemniczej KÁRYYN od początku był zagadką, której ostateczne rozwiązanie mogło, ale nie musiało rozczarować. Trwający trzy kwadranse performens w centrum stawiał śpiew, momentami stanowiący jedyny element opowiadanej historii, innym razem dryfujący w pobliżu ambient popowych lub glitch popowych aranżacji. Orientalne wrażenie sprawiały dzwonki i strój artystki, ale wbrew pozorom całość okazała się chyba zbyt zwyczajna i jawnie mocno inspirowana FKA twigs. KÁRYYN ma w zanadrzu świetny materiał, musi tylko dopracować formę jego przekazywania na żywo. W zupełnie odwrotnej sytuacji jest My Brightest Diamond. Artystka wróciła na Halfway po pięciu latach jedynie w towarzystwie perkusisty. Przyjechała do Białegostoku z niezbyt dobrym albumem – tegoroczny „A Million and One” brzmi studyjnie dosyć miałko i trudno się go słucha. Jak się jednak okazało, na żywo nawet z czegoś takiego Shara potrafiła stworzyć jednoosobowe show, którym porwała całą publiczność. Zajmowane przez nią pozy, przechadzki po amfiteatrze, gitarowe solówki, monologi, zmiany kostiumów – wszystko to czynione było bez najmniejszego błędu, z przekazaniem ogromnej dawki żywiołowości w stronę publiki. Co prawda można się spierać, czy pod płaszczykiem świetnego show nie kryły się pewne muzyczne braki, ale nikt nie mówi, że jakikolwiek koncert ma być ich pozbawiony. W tym przypadku My Brightetst Diamond wyszła obronną ręką, w wielu festiwalowiczach pozostawiając przekonanie o wyjątkowości swojego koncertu. Cóż, trudno się nie zgodzić.

Na każdym Halfwayu jest koncert, którego wspomnienie jeszcze długo po skończeniu festiwalu tli się w głowie. W zeszłym roku tak było z Low, teraz na stałe w pamięci zapisała się Julia Holter. Siłą albumu „Aviary”, a zarazem też całej trasy go promującej, są anielskie, czyste aranżacje, które chętnie uciekają również w eksperymentalne rejony (jak w „Chaitus”). W Amfiteatrze Opery i Filharmonii Podlaskiej doskonale udało się oddać ten klimat. Mimo głosów o nietrafionym nagłośnieniu, odnoszę wrażenie, że ono absolutnie nie zawiodło, a każdy najdrobniejszy dźwięk wybrzmiał z odpowiednią mocą – czy to niebiańskie smyczki „Words I Heard”, czy powoli narastające brzmienie perkusji w „I Shall Love 2”. Co jednak nie mniej ważne, wokal Julii brzmiał jak z zaświatów, niewyobrażalnie wręcz czysto i magicznie. Cudowny koncert.

Halfway Festival 2019 – dzień 2

Chociaż wszyscy wykonawcy niedziel grali na emocjach, każdy robił to w zupełnie inny sposób. Palina postawiła na wokal i efekt okazał się niezadowalający. Zabrakło instrumentów, a niemal godzina spędzona z artystką okazała się nudna, a brzmienie generyczne. Zespół Tęskno w septecie nie pozwolił na narzekania w kwestii instrumentarium. Podczas ich występu wszystko było na swoim miejscu, w delikatnym splocie dźwięków i słów. Alice Phoebe Lou, poza tym, że dobrze umiała wyważyć koncertowe tempo kompozycjami powolnymi i szybszymi, na scenie była bardzo ruchliwa. Skakała, robiła gwiazdę, cieszyła się i tą radością zarażała innych.

Końcowe występy zawsze uwalniają z publiczności całą energię i nie inaczej było tym razem. Na Foxing wszyscy szaleli, a najbardziej wokalista, który wyrzucał z siebie wszystko w nad wyraz ekspresywny sposób. Dużo gitar, trochę elektroniki, emo klimat i stan najwyższego zaangażowania w koncert spowodowany niesamowicie ciepłym przyjęciem. Przy okazji to pewna wskazówka, że grupy z nurtu midwest emo świetnie odnalazłyby się w Polsce. Kończący imprezę występ Strand of Oaks to solidna dawka americany i heartland rocka, które to zawsze na Halfwayu zajmują należne sobie, istotne miejsce. Trudno było nie odnieść wrażenia, że projekt idealnie nadawałaby się na support przed The War on Drugs, bo w podobny sposób eksplorował gitarowe pasaże i równie mocno odkrywał kipiące pod nimi emocje. Ostatecznie jednak półtoragodzinny koncert szybko odbiegł w indywidualną dla Strand of Oaks stronę, gdy Timothy zanurzył się w świecie gitarowych solówek. Godne zakończenie kolejnej edycji imprezy.

Halfway Festival 2019 – dzień 3

Trudno podsumować tegoroczną edycję Halfway Festival w szczególnie odkrywczy sposób. Organizacyjnie ten festiwal nie zaskakuje, bo od lat stoi na najwyższym poziomie (brak przeszukania przy wejściu i niewidoczna ochrona to ciągle jedne z największych zalet), muzycznie zawsze można ufać organizatorom, nawet mimo drobnych wpadek, a publiczność jak zwykle nie zawodzi i potrafi zestroić się z artystami i nadawać na tych samych falach – tańczyć, gdy jest taka okazja lub słuchać w skupieniu przy innych okolicznościach. Co jednak najbardziej rzuca się w oczy: frekwencja jest coraz wyższa, a społeczność festiwalowa jest ze sobą coraz bardziej zżyta. To chyba najmilsza obserwacja i zarazem dowód na to, że Halfway Festival Białystok to marka, ważna dla miasta, dla ludzi w nim mieszkających i dla fanów muzyki z całej Polski. I niech tak pozostanie.

Nie ma więcej wpisów