Stary, dobry OFF. Tu właściwie nic się nie zmienia na przestrzeni lat. A nawet jeśli, to tylko troszeczkę – tak, aby nie zaburzyć pewnej wypracowanej formuły, nie zniszczyć poczucia bezpieczeństwa wśród tych, którzy przybywają tutaj co roku i wiedzą, którymi ścieżkami się poruszać, czego oczekiwać. Jest wiele powodów dla których meldujemy się w Dolinie Trzech Stawów. Nie tylko miejsce i klimat nie do podrobienia, ale też cała paleta barw, emocji, kultur i ta różnorodność odmieniona przez wszystkie przypadki. Głównym powodem jednak jak zawsze jest muzyka, która zaskakuje najbardziej.

Piątkowego wieczora atmosferę ciepła i bezpieczeństwa roztoczyła Aldous Harding, której – patrząc na liczbę osób opuszczających namiot Trójki – chyba ciężej niż w przypadku niektórych artystów było przekonać do siebie słuchaczy. I rzeczywiście powolny, akustyczny wstęp mógł nie być dla wielu spełnieniem muzycznych pragnień, którzy nie nastawili się na tulące do snu ballady. Poddanie się tej subtelności opłacało się z każdą kolejną minutą jej występu, bo choć ta niespieszność utrzymana została do końca, to kolejne fragmenty jej występy rozbudzały coraz bardziej. Z taką samą sytuacją w niedzielę spotkało się pojawienie się  Tirzah na Scenie Eksperymentalnej, która swoim intymnym, nieprzystającym do tradycyjnego festiwalowego chcenia uczestników secie, stroniła od prostych trzyminutowych bangerów i powoli odkrywała zakamarki „Devotion”. Niełatwe w odbiorze minimalistyczne kompozycje pociągały swoją dusznością jednocześnie dając chwile wytchnienia.

Fot. Radek Zawadzki / Musicis

Tego ostatniego na pewno nie doświadczyli zebrani na absolutnie najbardziej porywającym – i najbardziej prawilnym – występie piątkowego zestawienia (a może i całej edycji) slowthai. Młody Brytyjczyk i publiczność od razu znalazła wspólny język (nawet jeśli bez zapoznania się z jego debiutem można było nie zrozumieć 90% wykrzykiwanych przez niego słów), a dialog ten ilustrowało spijanie słów Framptona i powtarzanie je z zachwytem – czy to przy wznoszeniu kolejnych charakterystycznych dla rapera wykrzyknień typu „ay!”, dziwacznych wokaliz, wreszcie też samych tekstów z wypełnionego pociskami „Nothing Great About Britain”. Dobitnym dowodem na to było zaproszenie na scenę osoby z publiki, której nieskrępowana energia wyzwoliła się nie tylko poprzez scenowy bounce, ale też w porywającą nawijkę w duecie ze slowthaiem. Nie inaczej było przy zadaniach bardziej logistycznych – jak na rozkaz utworzono pogo, zainicjowano crowd surfing czy wspólnie wzniesiono fucki w górę. Czy to ze względu na muzykę czy samego performera to spotkanie zostanie w pamięci widzów na długo. A przynajmniej powinno.

Zupełnie jak pełen emocji koncert Durand Jones & The Indications. Żeby grać soul trzeba mieć feeling. Jemu go nie brakuje. Mówią że śpiewa sercem i chyba nikt, kto zjawił się pod sceną temu nie zaprzeczy. To kolejny artysta podczas tegorocznej edycji, który na scenę wyszedł nie tylko ze świetnie skrojonymi piosenkami, ale przede wszystkim przekazem. „Make a Change” czy „Morning in America” to gorzki opis rzeczywistości w jakiej przyszło nam żyć i problemów z jakimi dopiero przyjdzie nam się zmierzyć. Wszystko ubrane w taneczne soulowe rytmy przywołujące na myśl złote czasy Marvina Gaye’a . W końcu jego motto to „Move and groove” – no matter what. 

Choć akurat najbardziej pamiętny i zaskakujący występ tej edycji należy do Phum Viphurita, w przypadku którego nawiązania do Maca DeMarco były na tyle trafne, ile w wielu miejscach odbiegające od charakterystycznego dla kanadyjczyka indie rockowego lo-fi po piwku i paru buchach. Phum tylko przez chwilę dał się poznać jako tajlandzka odpowiedź na Maca (czy też choćby na Cuco, którego nowe nagrania także można by wrzucić na tę listę), a w dużej mierze kierował się on w stronę neosoulowego bujania, radosnego popu, nie stroniąc od kolejnych gitarowych wtrąceń. Od pierwszych do ostatnich dźwięków Phum i zespół ujmowali swoim niezaprzeczalnym urokiem, lekkością i nieprzyzwoitą wakacyjnością, w stu procentach wykorzystując swój czas na scenie. Do większej dawki radosnego ruchu zaprosiła też Soccer Mommy. Zresztą zarówno do swobodnych podrygów, jak i wyrażania swojego entuzjazmu nie musiała publiki prosić, co zresztą w pewnym momencie podkreśliła. Ciepłe przyjęcie owocowało bardzo przyjaznym, ciepłym setem będącym przekrojem dotychczasowej twórczości utkanej z indie-nineteesowych kawałków, z naciskiem na zeszłoroczny album „Clean”. Pojawiły się też nowości, które najpewniej zostaną wydane na albumie w przyszłym roku. Oby jak najszybciej.

The Comet iIs Coming Fot. Radek Zawadzki / Musicis

Ci którzy w sobotnie popołudnie zdołali przedrzeć się przed niekończącą się falę ludzi przy bramkach wejściowych i znaleźli się na Scenie Eksperymentalnej, mogli poczuć to dziwne uczucie znajomości. Nieco progresywne brzmienie, wpadające nieco w psychodelę, z pewnym zacięciem a la Tame Impala – choć nawiązujące raczej do ich wcześniejszych płyt. Zaskoczeniem było jednak, że czterech panów na scenie to nie kolejny australijski zespół, a charyzmatyczni i urokliwi Brazylijczycy z Boogarins. Bezpretensjonalne i radosne granie były tym, czego publika potrzebowała i co chłonęła chętnie – o czym świadczył szczelnie wypełniony namiot i solidne grupy osób wokół niego. Z takim założeniem wystąpili też panowie z The Comet Is Coming, którzy zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami wynieśli słuchaczy w zupełnie inną czasoprzestrzeń, serwując od początku do końca swojego setu nieskrępowane nu-space-funkowe kawałki podlewane sowitą dawką saksofonowego dobra. Trudno wskazać drugi taki zespół, który podczas kilkudziesięciominutowego koncertu potrafił swoim brzmieniem zaintrygować nawet anty-fanów jazzu. Shabaka Hutchings grający pierwsze skrzypce, a właściwie to pierwszy saksofon, skupiał na sobie całą uwagę publiczności, głównie za sprawą imponujących solówek wieńczących większość utworów – w tym ten najbardziej wyczekiwany “Summon on fire”. Towarzyszący mu na scenie electro-funkowy duet Soccer96 grał jak za pięciu nadając tempo całej tej nieokiełznanej machinie. Można było dostać zadyszki. 

OFF przyzwyczaił nas do trudnych wyborów i przegapionych występów. W tym samym czasie Sceną Eksperymentalną rządził niemiecki projekt Lebanon Hanover, którego możliwości udało nam się sprawdzić jedynie podczas ostatniego utwór. Wierzymy jednak publiczności długo i dobitnie domagającej się ponownego wyjścia duetu na scenę, że zanurzenie się w tej surowej i motorycznej otchłani było mocnym doznaniem, które obudziło uśpione pokłady buntu i złości. Pocieszający jest jednak fakt, że grupa właśnie ogłosiła klubowy koncert w warszawskiej Proximie.

Zupełnie odmiennie było niestety w przypadku DJ-skiego setu The Gaslamp Killera, który przed wejściem na scenę nie zdołał chyba wrócić z obcych światów, w których przyszło mu surfować i na koniec piątkowego dnia zafundował słuchaczom nieco dziwaczną, niezdolną do objęcia rozumem sieczkę psychodelicznego world music. Dodając do tego nieskoordynowane ruchy za i przed konsoletą oraz notoryczne zapewnianie w ciągu pierwszego kwadransa o ekskluzywności tej nigdzie indziej nie słyszanej selekcji prosto z Los Angeles (którą rozpoczął puszczony niemal w całości utwór Jamesa Blake’a), można było dać sobie spokój z liczeniem na właściwe rozkręcenie się tej imprezy. O ile bowiem abstrakcja działała w przypadku solowych wydawnictw GLK, tak tutaj przyniosła efekt odwrotny. Parafrazując nieco memicznego klasyka – publika nie wiedziała kiedy można tańczyć, a kiedy klaskać. Więc nie robiła żadnej z tych rzeczy.

Stereolab / Fot. Radek Zawadzki / Musicis

W kategorii wydarzeń ważnych z całą pewnością należy wymienić koncert Stereolab. Kiedy tylko pojawiła się informacja o ponownym spotkaniu na wspólnej scenie Laetitii Sadier i Tima Gane’a oczywistym było, że muszą pojawić się na jakimś festiwalu. Padło na OFF i trudno wybrazić sobie lepsze miejsce dla tej grupy. W latach 90. wyprzedzali swoje czasy. Dziś po 10 letniej przerwie mogą wyjść na scenę i zagrać ten sam materiał nawet w niezmienionej formie – ich surrealistyczna wizja muzyki wciąż nie traci na atrakcyjności. Materiał z kultowej już płyty „Dots and Loops” z 1997 roku czy wydanej rok wcześniej „Emperor Tomato Ketchup” nadal uwodzi swoją eksperymentalną psychodelią. Grupa jednak odświeżyła nieco aranżacje klasyków i zagrała w minimalnie zmienionych wersjach m.in. motoryczne „French Disko”, indie-popowe „Ping Pong” czy nostalgiczne „Brakhage”. Nie wspominając już o „Metronomic Underground”, które w transowej psychodelii nie ma sobie równych. Niestety widoczne napięcia i konflikty między członkami zespołu zabiły chemię między nimi. Mimo to udało im się jednak zbudować spójną dramaturgicznie całość, dającą nadzieję na ciąg dalszy.

Jeśli chodzi o nocne sety DJ-skie, to nieco lepiej wypadła grająca w piątek o tej samej porze VTSS, której tempo setu było jednak zbyt szybkie i monotonne, aby wytrwać na nim całe 90 minut. Lepszym rozwiązaniem było zjawienie się wcześniej w namiocie Trójki, gdzie Emerald, sceniczna DJ-ka M.I.A. ponownie poradziła sobie lepiej niż wspomniana gwiazda zeszłorocznej edycji. Choć jej mix uk garage bywał nierówny, to nie można jej było odmówić zdolności nawiązania kontaktu z publicznością, która chyba całkiem nieźle przyjmowała kolejne bity (żeby chociaż wspomnieć reakcję na wmiksowanie w set „It’s Not Right, But It’s Okay” Whitney Houston). Potężne techno-działa wytoczyła z kolei SAMA’, DJ-ka z Palestyny, która w tym samym miejscu kończyła niedzielny program. Obezwładniająca fala dźwięku była jednocześnie zbyt szorstka i brutalna, aby przyjmować ją przez długi czas, z drugiej zaś strony sam set był zbyt dziwnie pociągający, aby bez zawahania zrezygnować z niego wcześniej. Wypoczęci niech będą ci, którzy zostali na nim do końca.

Swój kawałek tortu mieli także fani ciężkich i gęstych gitarowych brzmień, przy których z trudem się oddycha. Electric Wizard bez względu na to czy sięgają po materiał sprzed lat czy ten z wydanego dwa lata temu albumu „Wizard Bloody Wizard” przygniatają masywnością przesterów i pogłosów, wprawiając powietrze w drżenie. Ich stonerowe tempo, psychodeliczne improwizacje i doom’owy wokal potrafią autentycznie wprowadzić w stan odcięcia od rzeczywistości, co dało się zauważyć po wprowadzonych w trans czy pogujących offowiczów pod sceną.

Foals / Fot. Radek Zawadzki / Musicis

Każdy dzień OFFa tradycyjnie miał swoje jasne punkty, także w postaci healinerów. W tym roku reprezentacja była naprawdę mocna. Najpierw Jarvis Cocker stojący niegdyś na czele Pulp, ze swoim nowym projektem JARV IS. I choć nie ma jeszcze na koncie z nim płyty, to bez problemu wypełnił ponad godzinny set zarówno nowym materiałem, jak i swoimi wcześniejszymi wydawnictwami. Znalazło się także miejsce na odświeżoną wersję „His ‚n’ Hers” Pulp. „Wygląda trochę jakby właśnie skończył prowadzić wykład i przyszedł pośpiewać” – powiedział ktoś w tłumie. Tymczasem Jarvis właściwie rozpoczął swój muzyczny wykład, dając nam lekcje z codziennych zdumień, małych zdarzeń pokazanych w wielkim kontekście. Szalony na scenie i poza nią, kokietujący publiczność, uwodzący gestem, kontaktem. „What do you afraid of?” pytał fanów w pierwszym rzędzie. A odpowiedź „I’m afraid of this night may end” zdaje się być najlepszym podsumowaniem tego wieczoru.

Sobotni występ Foals na Scenie Perlage to koncertowa petarda precyzyjnie wymierzona w publiczność. Yannis to sceniczne zwierzę i ciężko było się oprzeć wrażeniu, że zarówno on jak i pozostali członkowie zespołu czerpią prawdziwą przyjemność z grania – nawet jeśli co parę wieczorów powtarzają tę samą setlistę. Ta radość zaraźliwie szybko przenosiła się na publikę, a żywiołowy występ obfitował natychmiastowymi reakcjami. Było to słychać nie tylko w przypadku oczekiwanych „Inhaler”, „Spanish Sahara” czy „My Number”, ale szczególnie w odniesieniu do tych mocniejszych kawałków, jak „White Onions” czy zagranych podczas fantastycznego bisu „Black Bull” i „What Went Down”. Nowy materiał nadzwyczaj dobrze komponuje się ze starszymi kawałkami, tworząc tym samym spójną, ale i różnorodną całość. Wydzierający się do mikrofonu Philippakis w połączeniu z potęgą gitarowego brzmienia był esencją tego występu, jak i całego sobotniego dnia. Festiwalowa apka, która parokrotnie wyrzucała tego popołudnia zespół z line-upu festiwalu mogła przynieść najgorsze, ale to na szczęście się nie zdarzyło.

W przypadku Suede emocji było dużo, w tym sporo tych mieszanych. Pierwsza wizyta grupy na naszym podwórku rodziła sporo oczekiwań. Z drugiej nie wiadomo było czego się spodziewać. Wierni fani oczekiwali przynajmniej przekrojowej setlisty, Ci zupełnie nowi nastawili się na zobaczenie ważnej kapeli. Wyszło coś po środku. Ostatnie trzy płyty: „The Blue Hour”, „Night Thoughts” i „Bloodsports” przywróciły Suede do życia po kilkuletnim niebycie i dla młodszej części publiczności z całą pewnością stały się początkiem wspólnej przygody z zespołem. Na OFFowym koncercie jednak nie znalazły one dla siebie zbyt wiele miejsca. Anderson ze swoim zespołem zaserwował nam sentymentalną podróż do przeszłości sięgając po klasyki  „Metal Mickey”, „Killing Of A Flash Boy” czy „The 2 Of Us”. Brzmieniowo zespół zdaje się być wciąż w doskonałej formie, czego najlepszym przykładem był gitarzysta Bernard Butler. Anderson z kolei to przede wszystkim świetny performer, który na scenie daje z siebie wszystko, śpiewając dosłownie do utraty tchu, czasem jednak aż za bardzo.

Suede / Fot. Radek Zawadzki / Musicis

Nie ma więcej wpisów