Jędrzej Dondziło (Up to Date Festival): Chcieliśmy ludziom dać taką imprezę, jaką sami chcielibyśmy mieć

Przy okazji Warm Up to Date Warszawa udało nam się porozmawiać z Jędrzejem Dondziło, znanym też pod pseudonimem artystycznym Dtekk, który jest dyrektorem artystycznym Up to Date Festival. W oczekiwaniu na jubileuszową edycję imprezy poruszyliśmy temat planów na przyszłość, dotychczasowych osiągnięć, festiwalowej społeczności czy miejsca seniorów na Up to Date. Impreza odbędzie się na początku września, dokładnie w dniach od piątego do ósmego, a wystąpią na niej m. in. Alessandro Cortini, Sega Bodega, Iglooghost, PRO8L3M, Sokół, IC3PEAK, Umwelt czy Kelly Moran.

Miasto Białystok ogłosiło jakiś czas temu Program Wydarzeń Kluczowych i udało wam się znaleźć w gronie inicjatyw wybranych do niego. W związku z tym sprawa finansowania stała się bardziej klarowna, nie jest ono niewiadomą z roku na rok, a macie pewność na kilka lat w przód. Czy dzięki temu czujecie się jakoś pewniej i możecie podjąć długofalowe działania, na które kiedyś nie było szans?

Teraz jesteśmy w ferworze walki i trudno jest się zatrzymać i w ogóle się z tego pocieszyć, ale to jest zwieńczenie dziesięciu lat starań. Od samego początku cykl przyznawania dotacji był całkowicie oderwany od rzeczywistości. Tryb, w jakim dostawało się dofinansowanie, nie przystawał do trybu, w jakim powinno się takie wydarzenie realizować. Przykładowo, na kilka miesięcy w roku mieliśmy taką sytuację, że najbezpieczniej by było wstrzymywać prace. Mamy normalnie biuro, w którym pracujemy od lat i co roku są takie dwa lub trzy miesiące, gdy nie mamy funduszy na pokrycie kosztów stałych i musimy je jakoś skołować. To się nie wpisuje w projekt.

Słyszałem, że ten sam problem miał Halfway Festival. Tam często trzeba było bookować artystów na długo przed imprezą i gdy nagle okazywało się, że dotacja jest ucięta lub zmniejszona, to organizatorzy zostawali na lodzie. Dlatego bardzo dobrze, że i wy, i Halfway, załapaliście się do tego programu i że on w ogóle powstał.

To nowy element polityki kulturalnej miasta, w której opracowywaniu mieliśmy okazję brać udział. To było super, bo głos środowiska został wzięty pod uwagę i te wydarzenia kluczowe zostały wymyślone. Dla nas to jest ogromny krok do przodu, będziemy mogli zastanowić się, co tak naprawdę chcemy zrobić i pozdejmować te wszystkie pomysły z półek. Następnie obejrzeć je i zastanowić się, które z nich zrealizujemy. W końcu.

W kwestii tych pomysłów. Czy macie może jakieś marzenia, które będziecie mogli zrealizować dopiero dzięki temu programowi, dopiero on otwiera opcję, żeby w ogóle zacząć o nich myśleć? Dotyczące artystów, nowej formy?

Marzenia o artystach będą do zweryfikowania dopiero, gdy będziemy wiedzieli, jaka dokładnie kwota zostanie nam przyznana. Wiemy, że dostaniemy prawdopodobnie wyższą kwotę dofinansowania i że będzie ona stała i zabezpieczona przez trzy lata, ale dalej nie wiemy, jakiej ona będzie wysokości. Dopiero po jej poznaniu będziemy wiedzieli, czy stać nas będzie na droższych artystów. Warto przypomnieć, my nie mamy ciśnienia na wielkie gwiazdy, artystów z pierwszych stron gazet. Mamy raczej swoją formułę, w której próbujemy uczestniczyć i w niej się kręcimy, więc nawet gdybyśmy dostali jakąś horrendalnie wysoką kwotę, to sposób, w jaki bookujemy artystów, na pewno by się diametralnie nie zmienił. Natomiast jeśli chodzi o inne rzeczy, które umożliwia Program Wydarzeń Kluczowych, to na pewno to, żeby w końcu móc z jakimś pomyślunkiem i budżetem zacząć pracę nad szerszą promocją zagraniczną. Co prawda wieść o festiwalu niesie się za granicę, ale tak bardziej organicznie: ludzie widza line-up, gdzieś na Facebooku im to przeleci przed oczami, ktoś coś komuś wyśle i tak dalej, ale ciągle nie współpracujemy z mediami zagranicznymi, bo nie mamy na to czasu ani sił przerobowych, mamy za mały zespół i nie mamy na to budżetu. W Polsce o tyle dobrze współpracuje się z mediami, że tutaj wszyscy rozumieją, że to jest festiwal mocno w duchu DIY, że nie mamy „kupy siana” i nie da się nas skasować za artykuł sponsorowany. Za granicą nikt tego nie wie, bo ludzie nas nie znają. Nie mieliśmy stałej komunikacji po angielsku. Co prawda główne komunikaty są również w tym języku, ale nasza publiczność jest głównie ogólnopolska, nie ogólnoeuropejska.

Mimo wszystko goście zza granicy przyjeżdżają specjalnie na Up to Date. Często są zapraszani przez swoich polskich znajomych i opinie po imprezie są bardzo pozytywne.

To prawda, ale potencjał jest znacznie większy, tylko dotychczas nie mogliśmy go wykorzystać. Niestety to wszystko sprowadza się do kasy, taka jest brutalna prawda.

Rzeczywiście ten potencjał jest, szczególnie mając na uwadze fakt, że zagraniczni goście, szczególnie z zachodu, raczej nie muszą narzekać na koszt, czy to karnetu, czy pobytu i zakwaterowania w Białymstoku.

Problem natomiast jest w tym, że do nas trudno się dojeżdża. Jesteśmy takim egzotycznym celem, intrygującym, gdzieś przy Białorusi, ale nie mamy lotniska, więc nie jest tak, że po opuszczeniu samolotu za godzinę można być na festiwalu.

Wspominałeś o artystach i o tym, że macie swój własny sposób obracania się w bookingowej sferze. Jak podchodzisz do tego, że są artyści być może za często obecni w Polsce, którzy pojawiają się w programach wielu festiwali w zasadzie ciągle? Z jednej strony to dobre, bo wracają albo z nowym materiałem, albo pod innym aliasem, z nowymi projektami, z drugiej strony może to odpychać słuchaczy, którzy po spojrzeniu na program myślą tylko „znowu on, znowu ona”. Na przykład Unsound ma paletę artystów, z którymi ciągle współpracuje, co często spotyka się z dezaprobatą niektórych uczestników. Czy was takie komentarze zbijają z tropu, czy raczej macie swój pomysł na dobieranie programu i puszczacie je mimo uszu?

Wszystko, o czym mówisz, ma znaczenie i wszystko bierzemy pod uwagę. Odniosę się najpierw do tych krytycznych głosów. Wydaje mi się, że to wynika z postrzegania przez publiczność festiwali artystów na zasadzie „raz zobaczyłem, odhaczyłem, dawajcie następnego, mam długą listę”. Ludzie często nie patrzą na to, a wspomniałeś chociażby o Unsoundzie, że ta paleta artystów, którymi oni operują, jak np. Kode9, Ben Frost, Tim Hecker oznacza, że Ci artyści przyjeżdżają do Krakowa premierowo, z nowym materiałem. Artyści na Unsoundzie zazwyczaj robią premiery światowe tego materiału, co jest bardzo prestiżowe i ogromnie interesujące. Jeżeli ktoś na to narzeka, to prawdopodobnie jest to osoba zamknięta na coś nowego, „odhaczająca” kolejnych artystów z listy. My pewnych artystów na Up to Date powtarzamy świadomie, to zawsze ma swoją przyczynę. Na przykład pierwszy występ w Polsce zagrał u nas Phase Fatale, który przyjechał ze świetnym setem w 2016 roku, a jak zaczął grać na żywo, to dostał zaproszenie z live setem. Moim zdaniem to była dobra decyzja. Zupełnie coś innego, krok naprzód i nurt, który chcieliśmy prezentować. Innym przykładem jest Umwelt, który też zagrał w 2016 roku, w tym roku wystąpi live – to jest też premiera jego live’a w Polsce i w tym roku gra on w ten sposób trzy albo cztery razy na świecie, więc jest to wyjątkowa okazja. Jeśli ktoś powie „a Umwelt już był”, to w pewnym sensie obnaża swoją ignorancję, bo to będzie coś innego. Nie mówiąc oczywiście o tym, że od tamtego występu minęły trzy lata, to jest inny artysta, każdy artysta przecież ewoluuje i się zmienia. Podsumowując, ja mam taki pogląd, że powtarzanie, jeśli ma za sobą jakąś myśl i cel, wcale nie szkodzi. Są natomiast headlinerzy i gwiazdy niektórych imprez, którzy są zapraszani w kółko, bo zwyczajnie generują publiczność i zainteresowanie. Ja osobiście mam chociażby problem z tym, że SNTS grał już w Polsce miliard razy, podobną przypadłość zauważam z bookowaniem I Hate Models. To są artyści, którzy przyciągają publiczność, ale powiem szczerze, że ja I Hate Models na festiwal bym w życiu nie zaprosił. Nie mieści się po prostu w naszym postrzeganiu techno. Rozumiem, że można się dobrze bawić do tego typu muzyki, ale mnie, jako osoby, która pasjonuje się nieco innymi brzmieniami, trochę to męczy.

Właśnie, mówisz, że chcesz, żeby techno wyglądało jakoś inaczej, czyli próbujesz realizować jakąś misję. Wydaje mi się, że dążycie do tego, żeby w ludziach, którzy przychodzą na festiwal, kreować jakieś gusta, jakoś na nich wpływać, szczególnie, że sporo osób przychodzi na jakichś pojedynczych artystów i zostają na innych koncertach. W związku z tym ciąży na was odpowiedzialność, żeby zaszczepić w nich chęć świadomego sięgania po artystów, których zobaczyli być może przypadkiem. Jak się odnajdujecie w roli zespołu, który ma wpływ na czyjeś gusta?

Zawsze prowadziłem działania promotorskie z myślą, żeby ludziom pokazywać coś innego. Nie zmuszać, nie wartościować, nie porównywać się z innymi, tylko żeby pokazać, że jest inna droga. I to szczególnie jest widoczne na przykładzie techno. Kiedy Up To Date Festival był jednym z niewielu festiwali techno w Polsce to był wielki szał na to, co robiliśmy. Wtedy nieważne, kogo bookowaliśmy, ludzie przyjeżdżali i bawili się, poniekąd z tego powodu, ze było u nas po prostu techno. A teraz widać, że droga, którą my obraliśmy w techno na przestrzeni lat, jest bardzo konsekwentna i spójna, ale zupełnie inna niż reszty imprez techno w Polsce.

Pytanie, czy nie są one kierowane tym boomem marketingowym, bardzo ostatnimi czasy zauważalnym.

Nie chcę wnikać w te intencje, nie znam ich, więc nie będę snuł domysłów. Faktem jest, że wygląda to inaczej. Szczególnie po naszym tegorocznym line-upie widać, że jest to coś całkowicie innego, właściwie scena Pozdro Techno w piątek to będzie samo electro. Staraliśmy się co roku pokazywać kilka występów rasowych electro artystów, a w tym roku poszliśmy za ciosem i pomyśleliśmy sobie, że czemu nie, to jest ten czas, że jest publiczność i warto wyciągnąć to na pierwszy plan. Drugi dzień festiwalu to jest takie klasyczne techno „aptudejtowe”, bardziej wciągające, mniej takiego super energetycznego mocnego grania, mniej industrialu i EBM-u. Zresztą w moim odczuciu EBM już przebrzmiał, ten agresywny nurt w techno przebrzmiał. Czasami mam wrażenie, że to jest trochę nieszczere i wolałem pójść w inną stronę programową. Niektórzy mogą powiedzieć, że znowu będą powtarzali się artyści, ale zaoferujemy za to zestawienia artystów, którzy już u nas grali, a które nie wydarzyły się nigdy na świecie, na przykład wspólne granie live Anthonego Linella i Acronyma. Nie set b2b, a całkowicie live. Może za bardzo rozgadałem się na temat powtarzania artystów i programów, ale mam nadzieję, że mój stosunek do tych kwestii będzie zrozumiały.

Wspomnieliśmy o innych festiwalach, a to co najbardziej was wyróżnia z grona innych imprez to fakt, że budujecie wokół Up to Date społeczność. Nie chodzi tylko o wolontariuszy, ale też o to, że jak się jest z Białegostoku i przychodzi się na festiwal, to często ma się poczucie, że to jest coś w stylu wielkiej domówki. Często można sobie ustalić wcześniej, kogo chce się zobaczyć na scenie, a nie starcza na to czasu, bo rozmawia się z ludźmi. Na Up to Date przychodzi cały Białystok, na pewno jeśli chodzi o młodsze pokolenie, nieważne, czy ktoś słucha techno, czy nie i to jest właśnie oznaka tworzącej się społeczności. Nie jest tak, że Up to Date odbywa się raz w roku i to wszystko – dzięki pracy całego zespołu, wolontariuszom i pobocznym inicjatywom o festiwalu ciągle jest głośno. Jak wygląda to twoimi oczami? Rzeczywiście czujesz tę więź?

Tak naprawdę to jest jeden z naszych największych sukcesów. Dokładnie to mieliśmy w sercu, jak zaczynaliśmy ten festiwal, chociaż nikt tego nie powiedział na głos. Chcieliśmy ludziom dać taką imprezę, jaką sami chcielibyśmy mieć. Zależało nam, żeby mieć z kim się tym dzielić, nie robiliśmy tej imprezy dla jakiejś małej elity czy snobistycznej grupki, tylko robiliśmy imprezę dla wszystkich, ale w taki sposób, w jaki chcielibyśmy, żeby ludzie ją widzieli. I staraliśmy się ludzi maksymalnie tym zainteresować. Urósł wolontariat, który jest genialny. Część naszego zespołu, pracującego w pełni przy festiwalu, to są nasi byli wolontariusze, którzy kiedyś przyszli na Węglową i coś zaczęli robić z nami, nauczyli się razem z festiwalem rosnąć. Nie do opisania jest radość, jaką się ma, gdy się wchodzi na festiwal, bo można się wtedy poczuć dosłownie jak u siebie. Ktoś ostatni raz był rok temu, wchodzi i jest u siebie. Po prostu jest „po ziomalsku” i trudno jest opowiedzieć o tym w kategoriach innych niż po luzacku. To, jak wolontariat się poświęca, porusza serce. Chociażby przy tegorocznych warm-upach było mnóstwo pracy, a oni przychodzili, przygotowywali to tygodniami, zarywali nocki, opiekowali się artystami. Chcą się identyfikować z tym, co robimy, mimo że nigdy nie chcieliśmy kreować żadnego „cool” wydarzenia, żeby wszyscy za nami szli, tylko chcieliśmy po prostu robić coś z ludźmi. Up To Date Festival byłby niczym bez tej społeczności. Ja też czuję, że cały młody Białystok tam przychodzi, ale zaskakujące może być to, że publiczność podlaska to jest 25-30% publiczności, reszta jest przyjezdna i mimo to wciąż czuję, że wszyscy są tutaj „swoi”, że nie ma ludzi, którzy tutaj nie pasują. Przez wiele lat obserwacji tego, co się dzieje na festiwalu, widzieliśmy, że stosunkowo niewiele ludzi jest tu dla jakiegoś konkretnego artysty, konkretnego gatunku czy zjawiska. Zakładam, że większość ludzi z Białegostoku, którzy stają przez plakatem, nie znają przynajmniej połowy line-upu. To są niszowe rzeczy, a mimo to jest chęć uczestnictwa i poznania, tej otwartości. Pierwsze Up To Date – szok, bo kończy się scena hip hopowa, techno gra do rana i nagle dużo ludzi w szerokich spodniach, bo tak kiedyś się postrzegało hiphopowców, przychodzi i tańczy do techno. Wydawało się, że to nie zagra, a jednak jakoś działa i jesteśmy poza tymi podziałami, już ich nie ma, nikt na nie nie zwraca uwagi, bo jest to publiczność „aptudejtowa”.

I to jest chyba największe osiągnięcie, jakie może mieć festiwal: publiczność przyjeżdża na niego nie z powodu poszczególnych artystów czy dobrego line-upu, a po prostu dlatego, że lubi ten festiwal, bo jest dobra atmosfera i świetnie się na nim czuje. Takie zjawisko wcale nie jest powszechne, moim zdaniem wiele na festiwalowej mapie Polski jest imprez, które od lat muszą bardzo gimnastykować się z line-upem, bo inaczej nikt na nie nie przyjedzie. Ciekawią mnie jeszcze kwestie marketingowe. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że każdy wasz „strzał”, czy to akcja, czy inicjatywa, czy reklama, to strzał w dziesiątkę. Zaczynając od sloganu „Pozdro Techno”, idąc przez filmy reklamowe, inicjatywę „wyślij pocztówkę do babci” kończąc na powstałym niedawno muralu w Białymstoku, który stanowi niejako zwieńczenie, czy raczej ukoronowanie pomysłu z wcielaniem osób starszych do społeczności festiwalowej. Od początku dążyliście do tego, żeby seniorów na stałe związać z festiwalem?

Na początku, kiedy rozmawialiśmy o tym pomyśle, trudno było sobie wyobrazić, że reakcja na to, co robimy będzie taka serdeczna i istotna. Jednak już na pierwszym festiwalu, na którym zagościła akcja ”Wyślij pocztówkę do babci”, zostało ich wysłanych ponad tysiąc. Na festiwalu, na którym każdego dnia bawi się trzy-cztery tysiące osób, to jest to oszałamiający wynik. W zasadzie na samym początku, gdy padł pomysł zaproszenia seniorów na festiwal, było to raczej w formie żartu, ale im dłużej o tym myśleliśmy i w tym grzebaliśmy, tym bardziej dochodziliśmy do wniosku, że to dobry pomysł. Ma to w sobie głębię i ciepłe uczucia i wpisuje się w naszą ideę łączenia ludzi, a żaden festiwal techno, elektroniki czy rapu nie zaprasza do siebie starszych ludzi. Automatycznie w głowie pojawia się skojarzenie, że festiwal muzyczny to coś dla młodych. Tak naprawdę przez lata wszyscy dookoła, zanim zaczęliśmy mówi o seniorach i starszym pokoleniu, wszyscy myśleli, że Up to Date to festiwal dla „gówniarzy”, nawet młodszych niż studenci. Od samego początku było to bzdurą, bo sporo naszej publiczności stanowili trzydziesto-, trzydziestopięciolatkowie. To trochę pokazuje, jak w większości festiwale są postrzegane, szczególnie te niszowe – jako rozrywkowa imprezka dla młodzików. Na początku zwrócenie przez nas uwagi na seniorów było wielkim szokiem, ale sposób, w jaki Czarek Chwicewski wymyślił, żeby to podać, czyli filmy „Bagaż życia” i „Za darmo” z gościnnym występem jego rodziców pokazał, że to nie jest „heheszek” i „beka”, że pan z wąsami będzie opowiadał o festiwalu. Bo nie o to chodziło. Chcieliśmy pokazać, że to się nie musi wykluczać. I od razu na pierwszym festiwalu było kilkaset osób, które wzięły ze sobą mamę, babcię, wujka, ojca. Ci ludzie stali ze swoimi dziećmi pod sceną i próbowali przeżyć tę kulturę, zrozumieć, dobrze się bawić. Tym samym pokazaliśmy, jak bardzo to wszystko może być inkluzywne, a nie tworzące podziały w społeczeństwie i że można zrobić coś dla ludzi, o których trudno pomyśleć, że byliby tym zainteresowani. A jednak są. Nawiązując jeszcze do tego muralu: my pod kątem skali tego działania i ilości włożonej pracy, rzeczywiście czujemy, że to jest ukoronowanie, ale zarazem nie koniec, bo tego będzie więcej. W lipcu odbyła się impreza integracyjna, Dancing Międzypokoleniowy, na który zaproszeni zostali starsi, młodsi, była różna muzyka dla wszystkich, ale w duchu Up To Date i na naszym soundsystemie, pod chmurką. To było oszałamiająco pozytywne. Będziemy to kontynuować i myślenie o seniorach będzie czymś stałym przy festiwalu, chcemy ten kierunek rozwijać. Na przykład wolontariat seniora. Wyobraź sobie identyfikację wizualną festiwalu tworzoną przez seniorów!

To rzeczywiście byłoby coś oryginalnego i zapewne bardzo ładnego.

Pojawił się taki pomysł. Chcielibyśmy móc kiedyś się z tym zmierzyć. Na razie jest za wcześnie, jeszcze mamy możliwości, ale być może kiedyś do tego sięgniemy.

Kolejnym dowodem waszego oryginalnego myślenia jest to, że w ciekawy sposób pozyskujecie patronów i sponsorów. Na przykład współpraca z PSS Społem to coś, na co chyba żaden festiwal jeszcze nie wpadł. A zakończyło się to sukcesem. Nie dość, że torby zakupowe z logiem Up To Date Festival, to jeszcze darmowe kompoty w barach mlecznych PSS, ich obecność w strefie gastro. To interesujące, że sięgacie do czegoś takiego, a nie tylko do sprawdzonych firm, które są obecne wszędzie.

W przypadku PSS Społem chodziło nam przede wszystkim o partnerstwo. Podlaski PSS Społem jest najsilniejszym „społemem” w Polsce i jest bardzo obecny w Białymstoku poprzez sklepy spożywcze, bary mleczne, domy handlowe i całą swoją otoczkę, gdzie są na przykład ręcznie kaligrafowane plakaty. Wydaje się, że to niby trąci myszką, ale to jest najbardziej postępowy Społem w Polsce. Są wzorem dla innych takich spółdzielni i w pewnym sensie są liderem w swojej działce. Ich bary mleczne kojarzą się z taką nostalgią, która pasuje do starszych ludzi, do wolniejszego trybu życia, też w pewnym sensie do Podlasia. Niby to się nie spina, bo rap, techno i PSS Społem, ale w naszym poczuciu to się bardzo spina. Również dlatego zależało nam na współpracy z PSS Społem, bo to jest firma, która szanuje ludzi starszych. Nie wymienia pracowników tylko z powodu wieku, pozwala im pracować spokojnie do emerytury. Zawsze ci ludzie są serdeczni. Jeśli  miałeś okazję korzystać z ich usług czy sklepów czy barów mlecznych to zapewne obsługa była ciepła, miła, nie jakaś zirytowana, chcąca tylko szybciej „załatwić” klienta.

To prawda. Szczególnie tę różnicę widać chociażby w porównaniu do Warszawy, gdzie bardzo rzadko trafiają się sklepy, w których klient traktowany jest choćby trochę miło. W Białymstoku „peesesy” są miłym odstępstwem od tamtejszego klimatu.

Dlatego to nie jest dziwne, że chcemy współpracować z firmami i markami, które dobrze się kojarzą. Zresztą my sami lubimy mówić o sobie, że jesteśmy festiwalem bez ciśnienia, taką firmą jest również PSS Społem. Oni robią swoje, my robimy swoje i mogliśmy w wielu miejscach się uzupełnić. Oni chętnie udostępnili nam powierzchnię reklamową w swoich sklepach, za pośrednictwem kasy możemy rozdać swoje torby, możemy zaproponować festiwalowiczom taki miły akcent jak darmowy kompot do obiadu. Kto by się spodziewał, że dostanie darmowy kompot do obiadu? To zostaje w głowie i kreuje dobre wspomnienia, sprawia, że ludzie mają pozytywne odczucia po festiwalu. Właśnie na tym nam zależy, żeby ludzie wracali tu z poczuciem, że uczestniczyli w czymś fajnym i wartościowym, a nie tylko przyjechali na przysłowiowy melanż.

W tym roku świętujecie jubileusz i postanowiliście postawić na koncert otwarcia i zamknięcia. Chcecie przenieść techno do opery. Koncert otwarcia odbędzie w głównej Sali Opery?

Czwartkowy koncert odbędzie się w Sali koncertowej na ul. Podleśnej, bo ta sala ma świetną akustykę, którą wszyscy chwalą.

Jak w ogóle wyobrażacie sobie ten koncert? Czy macie nadzieję na wysoką frekwencję, bo w końcu trzeba przyjechać wcześniej i wyjechać później, a więc pewnie i wziąć urlop? I czy waszym zdaniem to sprawdzi się w takich warunkach?

Robimy to pierwszy raz, więc trudno jest wyrokować. Mamy nadzieję, że ludzie wezmą w tym udział. Owszem, trzeba być wcześniej, ewentualnie przedłużyć urlop, ale program jest na tyle mocny, że nie wyobrażam sobie, żeby sala na pięćset osób nie była wypełniona po brzegi. Nie jest też tak, że to przeniesienie techno do operowych warunków, bo tak naprawdę to nie są występy techno, a elektroniki, którą można sobie odbierać na siedząco, jakby się realnie było na koncercie w filharmonii. To raczej muzyka dla umysłu aniżeli dla ciała, ale fizyczności raczej nie będzie jej brakowało, chociażby w postaci potężnego soundu, który tam zostanie wstawiony. Jest dużo takich wydarzeń w Polsce, gdzie jest elektronika grana nie tylko miejscówkach typu kluby – są sale koncertowe, teatry. Chociażby nasz Salon Ambientu, który niejednokrotnie gościł w teatrze albo galerii sztuki. Myślę, że czasy, kiedy to połączenie jest jakieś niezręczne, dziwne, że ludzie nie wiedzą jak się zachować, minęły. Wydaje mi się, że ogromna większość publiczności, która przyjedzie na ten koncert otwarcia, będzie wiedziała, jak tam się zachować i będzie potrafiła w skupieniu usiąść i posłuchać, co artysta ma do przekazania. Takiej wizji się trzymam i do tego chcemy doprowadzić.

Dzięki bardzo za rozmowę.

Ja również dziękuję.

Nie ma więcej wpisów