Fest Festival zaczął od wysokiego C. Zapowiadając się na początku roku jako nowy festiwalowy projekt, od razu przyciągnął uwagę wpisaniem w swój line-up załogi Wu-Tang Clan, jednocześnie pokazując, że Fest ma być traktowany jako poważny kandydat do roli kolejnego większego eventu na krajowej mapie imprezowej. I choć koncert szeroko ogłaszanej grupy był akurat jednym z niewielu, które ostatecznie nie doszły do skutku podczas pierwszej edycji, to jednak próba sprostania założeniom stworzenia czegoś większego została w wielu aspektach spełniona.

Przez ostatnie miesiące ciężko było stwierdzić, czym tak naprawdę ma i chce być ta impreza. Coraz szybciej poszerzająca się lista nazwisk nie dawała odpowiedzi, do kogo kierowany jest Fest, co raz przywołując uczucie wielkiej niewiadomej. W line-upie Smolasty i Sarsa bratali się z załogą zespołu Tulia, Brytyjczycy z Metronomy występowali tuż obok Jadena Smitha i Rejjie Snow, a Alan Walker przybijał piątkę z Kero Kero Bonito. Metoda rodem z amerykańskiego catch-all party mogła przynieść znacząco odmienne rezultaty, tworząc na terenie Parku Śląskiego jeden z bardziej różnorodnych muzycznych kotłów lub doprowadzić do zderzenia kilku niezbyt pasujących do siebie rzeczywistości.

Wydaje się jednak, że spora część publiczności dorosła wreszcie do przyznania, że ostentacyjne odgradzanie się i zamykanie w jednym tylko muzycznym świecie, bez chociażby grama zaciekawienia odrębną sceną muzyczną nie jest niczym prestiżowym. Mainstreamowa muzyka popowa wcale nie gryzie się tak bardzo z brzmieniami gitarowymi, hip hop już od dawna nie opiera się tylko na nawijce o blokowiskach, muzyka elektroniczna ma wiele twarzy i jest jeszcze bardziej obecna w innych gatunkach niż dotychczas. Zresztą ciężko obecnie znaleźć naprawdę czysty gatunek muzyczny, który nie czerpałby choć trochę z worka rozwiązań innych stylistyk. Ten brzmieniowy eklektyzm XXI wieku dobrze pokazywał, jak dla wielu wyglądały te dwa dni podczas Festu. Przechodząc przez całe pole festiwalowe, co chwilę trafiało się do nieco innych światów, w które można się było zanurzyć, lub opuścić szybciej niż się w nich znalazło.

Zielona przestrzeń Fest Festivalu / fot. Radosław Kaźmierczak

O lekki zawrót głowy przysparzać mogło jednak rozłożenie poszczególnych scen i stanowisk kolejnych alkoholowych gigantów. O ile parkiet Red Bulla z nieustającymi setami DJ-skimi znajdował się w pewnym osamotnieniu, w przejściu między głównym terenem przy kanale regatowym a nieco bardziej oddaloną sferą Kręgów Tanecznych, tak już Strefa Jelenia pomiędzy trzema innymi miejscami wprowadzała lekki zamęt. Na zbytnią bliskość poszczególnych scen w paru momentach narzekać mogli – prócz artystów, rzecz jasna – słuchacze. Zgromadzeni pod Silesia Stage, w przypadku bardziej akustycznych poczynań obserwowanych muzyków, mogli słyszeć grę artystów z pobliskich scen. Z kolei Krąg Taneczny Smolnej miał nieszczęście zbyt bliskiego zlokalizowania przy Rabanie prowadzonym przez 175 PBM. Nie dochodziło jednak do permanentnego zakłócania spokoju jednej ekipy przez drugą.

Inna sprawa, że to nagromadzenie atrakcji nie spowodowało przesytu, pozwalając wypełnić czas w trakcie pozostawania na terenie Parku Śląskiego. W dużej mierze przyczyniło się do tego fantastyczne użycie niemal każdego skrawka jego architektury. Dawało to poczucie, że kolejne atrakcje są wpisane w to miejsce na co dzień. Wielobarwne ozdoby stref wypoczynkowych i głównej trasy prowadzącej od wejścia na teren festiwalu, niekończące się potoki świateł i lamp, zapraszające do siebie rzędy leżaków wśród drzew i designerskie przestrzenie z hamakami, z których można by korzystać przez długie godziny. Wykorzystanie architektury parku w przypadku Kręgu Tanecznego Smolnej dawało poczucie swobody i wolności. Nie można też pominąć oprawy Astral Stage stworzonej przez Goadupa Festival, która nocą przyciągała swoją niecodziennością i zapraszały do dłuższego ich podziwiania, podobnie jak przydrożne instalacje (choć aby do tego wszystkiego dotrzeć, przydałoby się jednak nieco więcej światła). Ciekawie wyglądały też Silesia Stage i zakątek pringlesowego Club Stage.

No właśnie, w tych wszystkich strefach wypoczynkowych można by było spędzać o wiele więcej czasu, gdyby tylko nie najważniejszy aspekt, czyli muzyka. A tu zawiedzionych – być może poza fanami WTC, którzy i tak dzielnie prezentowali podczas koncertów swoje koszulki i czapki z logiem zespołu – mogłoby się pewnie znaleźć niewielu. Schoolboy Q całkiem nieźle zastąpił wielkich nieobecnych, przyciągając pod Main Stage niemałą rzeszę chętnych do zabawy, udowadniając, że nie znalazł się na tej scenie i w tym biznesie przypadkowo. Metronomy ze znanym sobie wdziękiem rozruszali oczekującą ich publikę nieśmiertelnym już „The Bay”, kołysząc jeszcze bardziej aż do równie wwiercającego się w głowę „The Look” i nie szczędząc słuchaczom paru zacnych nowości z nadchodzącego albumu. Nieco bardziej rockowy potencjał i koncertową werwę pokazała z kolei Daria Zawiałow, zręcznie wypełniając przeznaczoną dla siebie godzinę nagraniami z „Helsinek!”. Znana ze swojego niecodziennego podejścia do muzyki elektronicznej orkiestra Meute wprowadziła w stan błogiego zapomnienia o rzeczywistości, serwując na Coke Tent Stage kolejne energetyczne bangery, po których usłyszeniu trudno było wyjść z podziwu. Nieco bardziej wyciszająco zadziałały set Christiana Löfflera czy połowy duetu Kiasmos. O hipnotycznym charakterze performerskich występów Róisín Murphy nie trzeba nawet wspominać, a po prostu należy znaleźć się pod sceną i dać porwać temu szaleństwu dla oczu i ciała.

Fest Festival / fot. Zuzanna Sosnowska

Ciężko było oczekiwać, aby podczas pierwszej edycji Fest Festivalu wszystko stało na najwyższym poziomie, obyło się bez przykrych incydentów i odwołań występów oraz aby każdy bez wyjątku pożegnał imprezę po dwóch dniach zabawy, będąc w pełni zadowolonym. I rzeczywiście, kolejne plusy zdołały zostać w części zniwelowane przez pewne potknięcia – szczególnie pierwszego dnia, który miał w sobie sporą dawkę chaotyczności. 

O ile dostęp do darmowej wody pitnej sprawdził się ponownie (i zostanie chyba jednym ze stałych punktów większości festiwali), tak już używanie przez imprezę – idącą w dużej części z duchem ekologii i dbania o środowisko – jednorazowych plastików zamiast standardowych na tego typu wydarzeniach kubków wielokrotnego użytku było sporym niezrozumieniem. Owszem, dzięki wymianom zdań pod postami na profilu festiwalu można było się dowiedzieć, że przynoszenie swoich kubków wielokrotnego użytku jest możliwe – ale czy nie powinna to być informacja podana od razu? Dla wielu przeciwników produkowania kolejnych kilogramów śmieci byłoby to z pewnością ciekawe rozwiązanie.

W wielu momentach zawodził też przepływ informacji. Powiadomienie w ostatniej chwili o braku głównego chyba headlinera festiwalu to jedno, ale brak szybkiego reagowania i sprawnego przekazywania informacji w czasie trwania imprezy to niestety poważniejsza sprawa. O przesunięciu na wcześniejszą porę festiwalu kolorów informację otrzymali ci, którym akurat na trzy godziny przed pierwotną porą wydarzenia wyświetlił się odpowiedni post na ten temat. O nagłych zmianach rozpiski Kręgu Tanecznego, ze względu na nieobecność Vitalica i Vaal, można było się nie dowiedzieć wcale, jeśli na terenie festiwalu nie usłyszało się akurat przekazywanych sobie plotek lub nie zapisało się na Facebooku do specjalnego wydarzenia tej sceny (i tu nie warto nawet wspominać o mocno nieadekwatnym do sytuacji tłumaczeniu się FF z braku tej informacji na głównym profilu festiwalu). Wszystko to mogłyby być sprawniej zakomunikowane dzięki festiwalowej aplikacji – gdyby tylko była ona dostępna do pobrania dla wszystkich i działała poprawnie.

Krąg Taneczny nocą / fot. Helena Majewska

Niemniej, pomimo tych paru denerwujących aspektów, niemal wszystko inne opracowane było tak, że bez większych przeszkód można było się na terenie festiwalu realizować. Opóźnień występów można było właściwie nie doświadczyć, podobnie jak kolejek w strefach gastronomicznych czy kontenerów sanitarnych – co było bardzo miłym zaskoczeniem i pozwalało na dokładniejsze oszacowanie swojego planu działania. Wspominałem już o świetnym zaaranżowaniu miejsca i dobrych występach, prawda?

Położony na styku miast Park Śląski, jedno z największych takich miejsc w Europie, zyskał kolejne życie. Tchnienie, które wraz z rozwojem festiwalu może doprowadzić do czegoś naprawdę wyjątkowego. W porównaniu z paroma innymi większymi krajowymi imprezami, Fest miał do zaoferowania różnorodną ofertę koncertową, ale nie zapomniał też o innych ważnych elementach, które wpływają na ogólną atmosferę podczas takich wydarzeń. W ogólnym rozrachunku Fest Festival okazał się być imprezą udaną, ciekawą. Wydarzeniem z potencjałem, do którego będzie się chciało wracać. Być może na werdykt końcowy wpływa też efekt nowości i nie ma się co z tym kryć. Dobrze jednak byłoby, gdyby – pomimo skarg mieszkańców pobliskich osiedli – Fest pozostał z nami na dłużej, wpisując się wraz z Tauron Nową Muzyką Katowice i OFF Festivalem w ten nowo powstały śląski festiwalowy tryptyk. Teraz załoga stojąca za Fest Festivalem musi tylko przemyśleć, jakie miejsce chce tworzyć – czy zachować ustanowiony podczas pierwszej edycji charakter, a może szukać dalej, eksperymentować. Dzięki temu Fest może wyrosnąć na najlepszą imprezę w regionie. Ma na to dużą szansę i oby wykorzystał ją za rok.

Nie ma więcej wpisów