Gdy myślimy o melodyjnym, pozbawionym sztampy indie rocku ze wschodniej Europy, oni przychodzą nam do głowy jako jedni z pierwszych. Carnival Youth, trio-rewelacja prosto z Łotwy, powraca do Próżności, żeby już w środę zaprezentować na żywo utwory ze swojego najnowszego albumu. Chwilę przed poznańskim koncertem porozmawialiśmy z formacją o pracy nad nowymi piosenkami, śpiewaniu w ojczystym języku i pobawiliśmy się w futurologów.

W informacji prasowej napisaliście, że praca nad nowym albumem przyniosła Wam dużo uciechy i radości. Czy moglibyście napisać coś więcej o tym, jak powstawała ta płyta?

Nagrywamy razem już od jakiegoś czasu i wreszcie nauczyliśmy się tego, jak komunikować się wewnątrz zespołu. Dotarcie do siebie jest integralną częścią procesu singer- songwritingu, szczególnie gdy w grupie jest więcej osób. Każdy chciałby dodać coś od siebie i stworzyć coś dobrego, ale czasami atmosfera staje się napięta. Podczas tworzenia tego albumu połączenie między nami było dobre jak nigdy wcześniej. Staraliśmy się nie brać wszystkiego do siebie i na poważnie. Scaliliśmy pomysły na piosenki, które krystalizowały się nam na przestrzeni lat. Każdy z nas pisał je we własnym zakresie, a teraz wspólnie nad nimi usiedliśmy.

Gdybyście mieli zamknąć się w kilku zdaniach: czym dla Was jest „Good Luck”?

Każda z tych piosenek ma inne źródło inspiracji, a co za tym idzie, inny nastrój. W tle cały czas płynie ironia, muzyka stoi niekiedy w kontraście ze słowami. „Good Luck” to po prostu historia trzech chłopaków, którzy starają się ogarnąć, co to znaczy być człowiekiem i jak działa wszechświat.

Bywacie często doceniani ze względu na intrygujące, pełne energii koncerty. Co jest dla Was najbardziej satysfakcjonującego w graniu na żywo?

Chyba magia połączenia między ludźmi i wspólnego doświadczenia, którego nie zasmakujesz na ekranie telefonu czy gdziekolwiek indziej. To takie poczucie chwilowej błogości. Bardzo dużo satysfakcji daje nam to, że możemy stworzyć dla siebie innych atmosferę czegoś specjalnego. Być tu i teraz.

Jesteście łotewskim zespołem, ale tworzycie muzykę przede wszystkim po angielsku. Czy myśleliście o nagraniu czegoś w ojczystym języku? Sądzicie, że można osiągnąć międzynarodowy sukces, a jednocześnie pokazać światu coś lokalnego?

Dwa lata temu stworzyliśmy już jeden album po łotewsku, zanim jeszcze nagraliśmy „Good Luck”. Nazywał się „Vienā vilcienā”. Choć faktycznie częściej sięgamy po angielski, lubimy czasami wykorzystać nasz ojczysty język. To możliwe, żeby odnosić sukcesy i nagrywać w języku, który nie do końca wszyscy znają – bardziej liczą się chyba emocje płynące z tego, co robisz.

To nie pierwszy raz, kiedy występujecie w Polsce. Jak wspominacie naszą publiczność? Czy macie jakieś oczekiwania względem nadchodzącego koncertu?

Fakt, już trochę tego było (śmiech). W Polsce byliśmy już w kilku miastach: Poznaniu, Warszawie, Krakowie, pojawiliśmy się też na Open’erze. Uwielbiamy do Was przyjeżdżać i za każdym razem, kiedy jeździmy po Europie, nie możemy Was pominąć i zagrać coś nowego.

Na sam koniec: pomyślcie o sobie za pięć lat. W jakim miejscu chcielibyście być i co chcielibyście robić?

Najbliższe pięć lat z pewnością upłynie bardzo szybko. To, gdzie będziemy, zasadniczo nie ma większego znaczenia – grunt, żeby to było gdzieś na Ziemi. Zależy nam jednak na tym, żeby być szczęśliwymi i usatysfakcjonowanymi z tego, co robimy. Mamy nadzieję, że wciąż będziemy razem koncertować, komponować i nie ustawać w dążeniach do robienia czegoś pięknego.

Nie ma więcej wpisów