Mimo że to krzyk był motywem przewodnim tegorocznej edycji, to w pierwszym odruchu można było pomyśleć, że tego krzyku, hałasu, rumoru doświadczymy podczas występów muzycznych niewiele. Bo rzeczywiście, jaką dawkę dźwięku mogłaby wygenerować Jessica Pratt z jej leniwymi balladami, jak postarać musiałaby się Laura Gibson, aby nas zakrzyczeć, powalić decybelami? Jak zapowiadano w materiałach na temat XXVIII Ars Cameralis, krzyk związany jest z ciszą bardzo mocnym węzłem, są niczym bracia syjamscy, awers i rewers, wdech i wydech. I w postaci czystego doświadczenia słuchowego to właśnie ta cisza przeważała, odgrywała tu znaczącą rolę.

Cisza uderzała w słuchaczy w bardzo wielu momentach. Najbardziej można jej było doświadczyć podczas performatywnego występu Jenny Hval, gdzie muzyka z „The Practice of Love” umiejscowiona została gdzieś pomiędzy eksperymentalną wystawą absolwentów ASP, lip-syncową opowieścią improwizowaną, kawiarnią literacką, próbą trupy teatralnej a koncertem właśnie – i nie ma w tym zestawieniu nic złego. Spomiędzy wylewających się w różnej formie słów oraz gestów wyzierała również cisza. Zarówno poprzez kolejne segmenty tego przedstawienia – gdzie członkowie składu, ze słuchawkami na uszach, poruszali się w rytm sobie tylko znanych instrumentalno-instruktażowych doznań – jak i z racji tego, że publika do samego końca chłonęła to wszystko swoimi oczami i uszami, trwając przy tym w zupełnym skupieniu.

Ten element ciszy, tak dostrzegalny również chociażby w utworach Jessicy Pratt, nie miałaby jednak znaczenia, nie uderzałaby tak bardzo, gdyby nie właśnie same melodie. W jej przypadku niespieszne, niemalże leniwe w swojej nostalgii, skąpane w wyobrażeniach folkowej Ameryki lat 70. kompozycje z dwóch ostatnich albumów, pozwalały oderwać się, opuścić swoje siedzenia, unieść gdzieś wysoko. W ciągu tego 50-minutowego setu do rzeczywistości, do swoich ciał, wracaliśmy tylko na chwilę, w ramach przerw po każdym z trzynastu mocno efemerycznych utworów.

W zatrzymany gdzieś w czasie charakter miejsca, jakim była przestrzeń Kinoteatru Rialto, wpisywały się także minimalistyczne aranżacje z repertuaru Dillon, która zasiadła naprzeciw fortepianu, i oświetlona tylko pojedynczym snopem światła, realizowała swój show. Podsycane częściowo elektronicznymi podkładami kompozycje rzucały nieco inne – nomen omen – światło na jej twórczość. Jak bardzo ten projekt kontrastował z wersjami albumowymi utworów pokazał zagrany na koniec „Dissolve”, który w swojej mocno elektronicznej aranżacji ukazał tkwiące w artystce pokłady energii. Bo choć sam koncert miał w sobie sporą dawkę uroku (wyśpiewywane przy akompaniamencie publiczności „Tip Tapping”), to jednak brakowało tu tych drobnych instrumentalnych wtrąceń, które sprawiałyby, że cieszenie się z obcowania chociażby z „Your Flesh Against Mine” czy „You Are My Winter” było jeszcze pełniejsze.

A mówiąc o show, to prawdziwe przedstawianie zagwarantowała Weyes Blood. Wyluzowana, zabawiająca publikę żartami i spostrzeżeniami, Natalie Mering wraz z zespołem, okazała się nie tylko najbardziej wyczekiwanym punktem tegorocznej edycji festiwalu, ale też najbardziej związanym (poza wydarzeniami jazzowymi) z jego tegorocznym hasłem – krzykiem. Bo i sama jej twórczość artystki, choć wciąż pojmowana raczej w kategoriach soft-popowych, to jednak charakteryzowała się bardziej podkręconym dźwiękiem i potężnym głosem, radując chociażby długą sekwencją „Wild Time”, wybrzmieniem „Andromedy” i oczywiście zagranym na koniec „Movies”. To, że muzyka Weyes Blood brzmiała jak nieco wyjęta z innych czasów pokazał zagrany na bis hymn z zupełnie innej epoki, który tak doskonale wpasowywał się w setlistę – „A Whiter Shade Of Pale” Procol Harum.

No właśnie. Co więc z tym krzykiem? Można stwierdzić, że rzecznikami ów krzyku okazali się panowie z RASP Lovers oraz Donny McCaslin i jego ekipa. Podczas, gdy grupa jazzowych weteranów pod przewodnictwem amerykańskiego saksofonisty raczej sporadycznie zanosiła się na rewolucyjne wykrzyknienia („New Kindness”), tak już punkowy instrumentalny skowyt, który wydobywał się z niestrudzonego polskiego kwintetu i opanowywał Jazz Club Hipnozę, doskonale odzwierciedlał ten punkt festiwalu. Nie był to jednak krzyk debiutantów zrodzony z potrzeby bycia dostrzeżonym, a raczej świadomy zestaw zgrzytów, ale i melodii, rozumienia materii jazzu i jej łamania.

Przez dwa tygodnie trwania festiwalu Ars Cameralis mieliśmy więc okazję doświadczyć przekroju gatunkowego. Występów opierających się na snuciu dźwiękowo-słownych opowieści, które w takiej odsłonie – pozbawionej zbędnych rekwizytów, oślepiającej gry świateł i pozamuzycznych dodatków – uwypuklały tylko wartość prezentowanych treści. Swego rodzaju barwną odezwą, wykrzyknieniem, stawały się więc wybrzmiewające ze scen słowa. Teksty pełne głośnych osobistych próśb, żalu i rozpaczy za tym, co utracone. Głosy pełne niepokoju, przeciwstawiające się zaistniałej sytuacji społecznej, ale też nawołujące do walki ze swoimi słabościami, walki o kogoś, o coś, o swoje. Okrzyki radosne, celebrujące pozytywne uczucia i życie. Pełen przekrój. Wszystko to skąpane w skupieniu publiczności, ich bacznym oczekiwaniu, wyciszeniu. Tak, aby przekaz został z nami nawet na długo po zetknięciu się z pokoncertowym krzykiem miasta, powrotem do rzeczywistości.

Nie ma więcej wpisów