Wyrywamy się nieco z mocno sztampowych zestawień końcoworocznych i rzucamy się w wir nieskrępowanego szaleństwa. Tak właśnie wygląda nasze podsumowanie coraz szybciej uciekającego roku 2019, który muzycznie z jednej strony był dobry, ale też przyniósł kilka mocnych rozczarowań, zaskoczeń w kategorii (nie)trafionych pomysłów, osobistych małych radości, smutków i pożegnań. Nie będzie więc odliczania, tworzenia list najlepszych albumów i singli – skupimy się na naszych odczuciach, przemyśleniach, pamiętnych momentach i motywach, które przewinęły się w tym roku. No to hop!

 

⇒  AGATA OGÓREK

Kiedy pytają mnie o muzyczne podsumowanie roku, oczywiście zawsze odpowiadam. Nawet jeśli się nie znam, znaczy wtedy to już obowiązkowo. Ale do rzeczy. Oficjalnie tytułuję się znawcą undergroundowych projektów z pogranicza zdziwaczałego techno, niszowego house’u czy oczywiście deconstructed club music (siła!), więc można by się spodziewać, że w podsumowaniu skupiać się będę wokół tych nurtów, ale ale że równie dobrze idzie mi zapętlanie popiku i r&b, to kilka pozycji mainstreamowych też się tutaj znajdzie. Jako że redakcyjne zestawienie nie ma ustalonej formy, wypiszę po prostu swoje refleksje, a może wyjdzie z tego wiersz biały, rapowa piosenka albo extended haiku? Jedziemy.

  • W końcu odkryłam piękno muzyki Ariany Grande i wpisuję się oficjalnie do jej fanbazy, stąd odwołanie jej tegorocznego koncertu w Krakowie było dla mnie mocnym ciosem. W takim głębokim smutku zapamiętam mijający rok 2019
  • Nie umiem jednoznacznie wskazać wydarzenia roku 2019, bo siły rozłożone są bardzo równomierne. Up do Date pięknym livem zakończył Aiden Tyrell, Dr Rubinstein przycisnęła na Off Festivalu, Eris Drew btb Octo Octa zamknęły sobotnią unsoundową noc w rytmie disco, a moje ubytki w dub techno wypełnił mocarny set Marko Furstenberga na Szpitalnej. Zaskoczył mnie też Mariel Ito z gęstym elektro na Tauron Nowej Muzyce. Ilekroć słyszę Monster czy Chino, to zawsze wiem, że jest to jakościowe i emocjonalne granie – to artyści, którzy po prostu nie zawodzą. Zaliczyłam też krakowski Boiler Room, więc mogę spokojnie też zostać celebrytką/influencerką
  • Po premierze najnowszego albumu E-Sagilli, przesłuchałam całą jej dyskografię. Zdecydowanie było warto. Brudne i nieoczywiste dźwięki z nurtu industrial techno w słuchalnej wersji light.

E-Sagilla

  • Kto nie słuchał składaka „Future Disco: Technicolour Nights”, ten wielka trąba i proszę by nadrobił koniecznie
  • Wygląda na to, że w krainie popu i r&b podziałało na mnie zdecydowanie więcej niż w krainie techno i pokrewnych: “Essentials” Eriki de Casier, “Pang” Caroline Polachek, “Sunshine Kitty” Tove Lo, “Phantom Forest” Lydii Ainsworth, “High Highs to Low Lows” Lolo Zouai, “Fantasty & Facts” Roses Gabor i (już ostatnie) “Songs for You” Tinashe
  • Osobny myślnik daję Natashy Kmeto za EP-kę „Verse/Versus”. To też niby brzmienia z nurtu miękkiego wokalnego r&b, ale nikt mi nie robi tak dobrze jak ta pani
  • No właśnie, techno is dead, ale przynajmniej można się z niego pośmiać na the worst techno memes ever group page na Facebooku – 11/10
  • W tym roku interesowały mnie szczególnie nurty fast techno rodem z Danii, w związku z tym będę obserwować nadal Schacke, Sugara oraz labele Fast Forward Productions oraz Kulor
  • Ale warto też zwrócić uwagę na produkcje Aldstadt Echo (dub techno), Topdown dialectic (też trochę dub techno), Vladimira Dubyshina (weirdcore techno), Indii Jordan (easy listening elektronika)
  • W telegraficznym skrócie: techno płyta roku to “Trip” Buttechno, płyta roku experimental to “Proto” Holly Herndon, płyta roku ambient (i jeszcze z przesłaniem) to “We All Have an Impact” Boreal Massif – wszystko jasne 
  • Podsumowanie roku to też mixy i podcasty – warto sprawdzić nieoczywisty występ MCMLXXV na festiwalu Boiler Room, rozkochać się w słowiańskim disco z Schmoltz, poddać się melodycznemu technu przy Adiel, zrelaksować się przy Nu Guineaale ogólnie nie znajdziecie nic piękniejszego niż mix Moodymana z okazji 60-lecia Motown. 

⇒  SARA OCHAŁ

Jako osoba uzależniona od Spotify właśnie dostałam swoje roczne podsumowanie i dowiedziałam się, że najczęściej słuchanymi przeze mnie albumami w tym roku były „Tasmania” Pond i „Remind Me Tomorrow” Sharon Van Etten. Van Etten wyszła ze swojej strefy komfortu i zainwestowała w bogate, dynamiczne aranżacje, które zdefiniowały brzmienie albumu. Przy okazji warto wspomnieć, że wokalistka podzieliła się producentem (John Congleton) z Angel Olsen, która również znajduje się wysoko na mojej liście ulubionych albumów 2019.

Wczesną wiosną Pond wypuścili krążek, który zaczyna się od słów it’s spring i faktycznie brzmi świeżo i wiosennie. Zespół Nicolasa Allbrooka porzucił ciężkie, psychodeliczne riffy na rzecz syntezatorów, ale nastrój i temat przewodni płyty jest daleki od lekkiej beztroski, bo w tekstach regularnie pojawia się temat rosnących temperatur i płonącego raju, którym jest tytułowa Tasmania.

Zostając w temacie Australii warto wspomnieć o King Gizzard and the Lizard Wizzard, którzy w tym roku wydali dwa krążki, ale to nie oni, a Tropical Fuck Storm (tak, mieszkańcy Melbourne przodują w kreatywnch nazwach) skradli moje serce. Ich pełne patosu brudne riffy na „Braindrops” powodują, że moje nogi miękną i momentalnie staję się ich wiernym wyznawcą.

Tropical Fuck Storm

Wciąż w temacie Australii, ale już mniej pozytywnie chciałabym wspomnieć o Tame Impala. Album co prawda pojawi się dopiero w przyszłym roku, ale ujawnione dotychczas utwory brzmią jak odpadki z sesji do „Currents”, takie, które nie zmieściły się na albumie, bo nie dorównywały „Let It Happen” czy „Eventually”. Nie najlepiej również spisała się Natasha Khan, która na swoim najnowszym albumie nawiązuje do kina sci-fi z lat 80., jednak większość piosenek z „Lost Girls” nie wnosi do twórczości Bat For Lashes nic nowego i nie zapada w pamięć nawet przy intensywnym słuchaniu.

W kwestii koncertów to spełniły się dwa moje osobiste marzenia, jednym było zobaczenie Primal Scream w Warszawie i śpiewanie „Come Together” na całe gardło razem z tłumem zgromadzonym w Palladium, a drugim był występ Suede na OFF Festiwalu. Festiwalowa publiczność dostała rewelacyjną setlistę i świetny występ Bretta Andersona, który dał z siebie absolutnie wszystko na scenie.

Wyróżnienie za singiel roku dostaje „Not” Big Thief za niespotykaną pasję w głosie Adrianne Lenker i kontrolowany chaos gitarowy, który trwa przez trzy piękne minuty.

Najbardziej zjawiskowy telewizyjny występ roku to FKA Twigs u Jimmy’ego Fallona, taniec na rurze w teledysku to jedna rzecz, taniec na rurze na oczach milionów osób oglądających popularny show to już wyższy poziom profesjonalizmu. Przy okazji trzeba zaznaczyć, że to nie tylko „Cellophane”, ale cały album „Magdalene” jest warty przesłuchania.

Na sam koniec zostawiam The National, którzy kolejny raz udowodnili, że są prawdziwymi wizjonerami w świecie amerykańskiej muzyki gitarowej.

 

⇒  MAREK CICHOŃ

Zawsze mam problemy z różnego typu podsumowaniami w obrębie popkulturowym, bo przecież na pewno tylu rzeczy jeszcze nie odkryłem (i pojawią się na mojej liście w ciągu lat kolejnych) albo nie zdążyłem obejrzeć / odsłuchać / przeczytać / doświadczyć. Co nie znaczy, że nie czynię jakichś tam zapisków, które uszeregują moją procentową miłość do kolejnych wytworów kultury. A że teledyski średnio mnie fascynują, singlami nie zaprzątam sobie głowy, a koncerty pozostawiam dla osób, które lubią męczyć się w spoconych tłumach, zostaje mi zająć się albumami.

Być może to moje wielkie oczekiwania – związane rzecz jasna z wcześniej publikowanymi fajnościami wydawniczymi – sprawiły, że zbyt często w tym roku zawodziłem się na kolejnych artystach, na których wydawnictwa czekałem najbardziej. Ten nowy album Floating Points to niby tak fantastycznie rusza, ale raczej tylko tak do połowy, a potem trochę już mniej i za bardzo się rozpływa. A taki krążek od wspomnianych już Vampire Weekend to pomieszanie z poplątaniem, które z jednej strony podpada mi pod średnio udany zbiór eksperymentów, z drugiej 90% materiału ma jakiś punkt zaczepienia, który kazał mi swego czasu odtwarzać poszczególne utwory z „Father Of The Bride” na ripicie. Ale może to tylko moja słabość do Ezry Koeniga? Solange, której kibicuję bardzo mocno i nie jestem zawiedziony żadnym z jej studyjnych dokonań, swoim „When I Get Home” nie poruszyła mnie tak bardzo, jak spodziewałbym się po fantastycznym krążku z 2016 roku. Daleki jestem też od przesadnych peanów nad powrotem FKA Twigs, która choć zachwyca mnie niezmiernie prowadzeniem wokalu w „Cellophane” i przejmuje moje ciało w czasie „Mirrored Heart” (które automatycznie każe mi pielęgnować marzenia o zostaniu wykonawcą tańca współczesnego i układać kolejne ruchy taneczne do tego utworu), to jednak tego emocjonalnego podejścia nie mam już w przypadku części jej nowego materiału. Wszyscy powyżsi artyści w jakiś sposób dostarczyli, ale nie na tyle, abym mógł wyłączyć ich płyty z poczuciem rzeczywistego spełnienia. Z tego całego zestawu wyłamał się Bon Iver, który nagrał coś, co pozwala mi na umieszczenie (po raz czwarty zresztą) jego albumu wysoko w topce podsumowania – „i,i” naprawdę mnie poruszyło.

Nie sądziłem jednak, że to właśnie Tyler, The Creator i jego „IGOR” zajmie miejsce na szczycie. W ogóle bardzo lubię przemianę stylistyczną (te teledyski!), jaką przeszedł Okonma – od „Goblina” poprzez „Flower Boya” aż do „IGORa” właśnie.

Tyler, The Creator

Odkryłem też, że ten rok – przynajmniej w kwestii muzycznej – należał do kobiet. Żeński wokal towarzyszył mi bardzo często i równie często albumy wokalistek lądowały na liście bardzo fajne, propsuję, proszę o więcej. Caroline Polachek wreszcie wydała swój długo zapowiadany solowy album – co więcej „Pang” wypadło bardzo dobrze. Podobnie było zresztą z debiutami King Princess („Cheap Queen”), Brittany Howard („Jaime”), Nilüfer Yanya („Miss Universe”) czy Julii Shapiro („Perfect Vision”). Godnego następcę „Emotion” zapodała ciągle czerpiąca z ejtisów Carly Rae Jepsen („Dedicated”), a swój własny pop dołożyła też Shura („forevher”). Porcją folkowej nostalgii poczęstowała Jessica Pratt („Quiet Signs), dawkę soulu zapewniła Jamila Woods („LEGACY! LEGACY!”). Bardziej rockowe odcienie mojej playlisty to z kolei debiutancki album Sasami („Sasami”), a w kwestii rapu świetnie spisała się Little Simz, która stworzyła chyba swoje najbardziej dopracowane i oddziałujące na słuchacza dzieło („GREY Area”). Nie zapominam też o żeńskich popisach wokalnych na albumie Marka Ronsona. Moje mocno pozytywne uczucia względem całości „Late Night Feelings” to w ogóle jedno z zaskoczeń roku. Po tylu latach nie posądzałem bowiem tego producenta o skrojenie tak wpadającego mi w ucho wydawnictwa. 

Rok nie należał za to zdecydowanie do Maca DeMarco (mój viceroyowy mistrzu, podnieś się!), Chance The Rapper, (wróć pan do robienia fajnych mixtape’ów, pls), a także Kanye Westa (ale tu trzeba raczej zastrzec, że rok biedy trwa od czasu po wydaniu „TLOP-a”).

W tym kontekście fajnie wyszło, że paru artystów wróciło z długiego muzycznego odwyku i były to z reguły całkiem udane powroty: Jack Peñate (10 lat), Friendly Fires (8 lat), Efterklang (7 lat), Vampire Weekend (6 lat), Tylor McFerrin (5 lat).

 

⇒  JACEK WNOROWSKI

Jak co roku problem mam z tym, że albumów przesłuchałem zbyt dużo i pewnie zbyt mało uważnie. W takim wypadku najbardziej w pamięci zostają rzeczy charakterystyczne lub po prostu ujmujące swoim pięknem, takie, które zmuszały do kolejnych odsłuchań i nie pozwalały odejść w zapomnienie. Nie mam na pewno wątpliwości co do płyty roku: nagrała ją Weyes Blood. “Titanic Rising” to dzieło w pełni kompletne, które zdecydowanie należy oceniać po okładce. Natalie Mering o każdy detal na tej płycie zadbała tak, jak o świetne zdjęcie zrobione w basenie ze specjalnie przygotowaną scenografią. Na tej płycie barokowe aranżacje idą w parze z vibem lat siedemdziesiątych (dzień dobry George Harrison), a syntezatory a’la ABBA nie ustępują kroku popowej progresji. Ten album jest kompletny. Ten album jest wszystkim. Jednak dodatkowo chciałbym wyróżnić inne płyty, o których nie sposób zapomnieć:

  • FKA twigs – “Magdalene” – za bycie płytą roku w (nieszczęśliwym) uniwersum, w którym nie ma Weyes Blood oraz artystyczną dojrzałość osiągniętą całkiem szybko
  • (Sandy) Alex G – “House of Sugar” – za bezbłędną zabawę folkową formą i ogromną dawkę nostalgii
  • Jai Paul – “Leak 04-13 (Bait Ones)” – za bycie albumem wyprzedzającym swoje czasy, który dopiero po sześciu latach oficjalnie ujrzał światło dzienne
  • Triad God – “Triad” – za niepodrabialny, kojący i wciągający klimat
  • Eartheater – “Trinity” – za najlepsze od lat podejście do odkurzenia witch house’u i jego połączenie z UK bassem i trapem
  • Stella Donnelly – “Beware of the Dogs” – za urokliwe kompozycje traktujące o bardzo poważnych i trudnych problemach
  • Injury Reserve – “Injury Reserve” – za najbardziej pomysłowy rapowy debiut ostatnich lat
  • Flume – “Hi This Is Flume” – za eksperymentalny, ale rozrywkowy mikstejp
  • black midi – “Schlagenheim” – za zaraźliwą melodyjność ukrytą w ironicznym noise
  • Big Thief – “U.F.O.F.” – za najbardziej wyważone folkowe gitary (odkąd pamiętam) połączone z wrażliwością Thoma Yorke’a
  • Thom Yorke – “ANIMA” – za bycie Thomem Yorkiem
  • Solange – “When I Get Home” – za sukces w stworzeniu albumu złożonego z niemal samych interludiów
  • Lana Del Rey – “Norman Fucking Rockwell!” – za ponowne postawienie na gitary i album nawet lepszy od “Ultraviolence”
  • Chromatics – “Closer to Grey” – za nagrodę pocieszenie dla wszystkich wytrwale czekających na “Dear Tommy”
  • Kanye West – “Jesus Is King” + Sunday Service Choir – “Jesus Is Born” – za niedoskonałe, ale konsekwentne dążenie do tego, żeby muzyka działała jako nośnik idei
  • jonatan leandoer127 – “Nectar” – za minimalistyczny jangle pop z domieszką sophisti-popu i danie się poznać od nierapowej strony
  • Have a Nice Life – “Sea of Worry” – za swój najsłabszy, ale ciągle bardzo dobry album
  • HTRK – “Venus in Leo” – za powolnie rozciągającą się w czasie melancholię
  • DIIV – “Deceiver” – za najlepszy shoegaze w tym roku
  • Slayyyter – “Slayyyter” – za najlepszy pop roku
  • Ariana Grande – “thank u, next” – za najlepszy mainstreamowy pop roku
  • American Football – “American Football” – za przypomnienie, dlaczego płacze się do midwest emo
  • These New Puritans – “Inside the Rose” – za umiejętne zderzenie nieoszlifowanego post-industrialu z orkiestrowymi aranżacjami i potężnymi bębnami
  • Nilüfer Yanya– “Miss Universe” – za kolekcję gitarowych bangierów
  • Liturgy – “H.A.Q.Q.” – za nowatorskie (jak dla mnie) podejście do metalu
  • Mount Eerie & Julie Doiron – “Lost Wisdom Pt. 2” – za kolejną aktualizację melancholijnych przemyśleń Phila Elveruma
  • TR/ST – “The Destroyer – 1″ – za mroczne synthpopy po pięcu latach przerwy
  • The Twilight Sad – “It Won/t Be Like This All the Time” – za smutnawe post-punki po pięciu latach przerwy
  • Jay Som – “Anak Ko” – za muskające uszy gitary i najładniejszą okładkową grafikę roku
  • Alcest – „Spiritual Instinct” – za kolejny dobry album od mistrzów blackgaze

Trochę uwagi należy się również EP-kom, chociaż podział między nimi a pełnoprawnymi albumami to już w zasadzie tylko semantyka. Bardzo przypadły mi do gustu ejtisowe reminiscencje Hockeysmith (“Tears at My Age”), romans debiutującej Semmy ze współczesnym r&b (“Ribbons & Bows”), eksperymentalna i kipiąca od świeżych pomysłów odsłona Kilo Kish (“REDUX”), zarażające przebojowością synthpopowe duo Magdalena Bay (“Day/Pop” i “Night/Pop”), lo-fi dream pop Girl in Red (“Chapter 2”), leniwy sophisti-pop Slow Pulp (“Big Day”), energetyczna mieszanka starego i nowego Kero Kero Bonito (“Civilisation I”) oraz songwriting mocno zakorzeniony w post-rocku od A.A. Williams (“A.A. Williams”).

W klubowych klimatach najlepiej spisali się Schacke ze swoim mocnym uderzeniem (“Клуб Навсегда”), Andy Stott powracający po chwili przerwy (“It Should Be Us”), TNGHT atakujący swoim zbiorkiem bangierów (“II”), Skee Mask ze swoim przebojowym breakbeatem (“Issoo4”), Mall Grab, niezwykle w tym roku płodny, z przyjemnym tech housem (“Growing Pains”) i Caribou pod swoim aliasem Daphni (“Sizzling”).

Dlaczego powyżej brak polskich albumów i EP-ek? Im poświęciłem oddzielny artykuł, który można przeczytać pod tym linkiem.

Weyes Blood

Na koniec chciałbym przywołać kilka wydarzeń i trendów, które dosyć istotnie zaznaczyły swoją obecność w mijającym roku. Coś, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie, wydarzyło się z PC music i bubblegum basem. Czy ta estetyka przeżywa już swój kres, a może właśnie następuje w niej przełom? Premiery albumów Charli XCX, Hannah Diamond, Doriana Electry, LIZ, Slayyyter, 100 Gecs, zremiksowanej SOPHIE czy GFOTY pokazały, że kurczowe trzymanie się kilku punktów zaczepienia jest nudne i odtwórcze, a tylko artyści odchodzący od nich i eksperymentujący przynoszą powiew świeżości i wytyczają nowe kierunki. Jednocześnie jest to kolejny dobry rok dla klasycznego popu. Udowodniły to Ariana Grande, Carly Rae Jepsen, Dua Lipa, Zara Larsson czy po części Taylor Swift. Ktoś na górze dostrzegł, że bojaźliwe przywiązanie do typowej formy radiowego przeboju pop to pójście na łatwiznę i męczenie słuchaczy, więc niech lepiej producenci zaczną wnosić do mainstreamu coraz więcej świeżości. Może nie całkowicie odkrywczej, ale z pewnością nowej w kontekście współczesnych popularnych stacji radiowej. A skoro i tak są momenty, w których jesteśmy wystawieni na działanie radioodbiornika, niech będzie ono jak najmniej bolesne.

Patrząc z polskiej perspektywy, trudno było nie zauważyć fermentu, który zaczął siać fanpage Krytyka Holistyczna. I chociaż nie ze wszystkimi tezami głoszonymi przez autora się zgadzam, ferment ten okazał się potrzebny i otworzył środowisko słuchaczy i twórców na dyskusję. Zrobił to też Filip Szałasek, ale w znacznie mniej cywilizowany, wręcz grubiański sposób. Niemniej ciągnące się tygodniami wymiany zdań o polskim niezalu albo seksizmie w rapie w jakiś sposób uruchomiły różne głosy w środowisku, które, mam wrażenie, bardzo często wcześniej milczało.

Dynamizuje się sytuacja na rodzimym poletku koncertowym. Przejęcie Go Ahead przez Live Nation chyba zmusiło nieco do zwarcia szyków przez inne agencje i kluby, bo jesień wręcz ociekała od wydarzeń. Z drugiej strony sporo koncertów kończy się fiaskiem lub odwołaniem (choćby Wilco albo Deerhunter). Zapewne winnych jest wiele czynników, ale z pewnością dzieje się sporo i oby wiatr zmian przybrał ostatecznie kierunek dobry dla fanów muzyki.

A jakie były moje najlepsze koncerty? Daughters na OFFie, Weyes Blood na Ars Cameralis, Julia Holter na Halfwayu i Solange na Orange Warsaw. Natomiast winnymi najlepszych secików AD 2019 są Bogdan Raczynski na Up to Date, Or:la na Jasnej 1 i DJ Prystyna Krońko & Luksja Sound na Chłodnej 25.

    Nie ma więcej wpisów