Nie udało się w tym roku zachować cykliczności tej serii, ale jest przynajmniej okazja, żeby powrócić przy okazji podsumowania roku. I zebrać wszystko to, co naprawdę było godne uwagi. Muszę przyznać, że jak na siebie nieco zaniedbałem w tym roku polską scenę. Zaczęła mnie przytłaczać liczba nowości wyłaniających się z SoundCloudaBandcampa i YouTube’a oraz cały krajobraz dziesiątek muzycznych pejów, polecających coraz to nowe rzeczy. Przesłuchałem jednak tyle, ile jedna osoba jest w stanie, nie tracąc przy tym najważniejszego, czyli przyjemności z obcowania z muzyką. Oto efekt całorocznych starań.

Z pewnością znacznie przyhamowała działalność Trzech Szóstek (aktualizacja: netlabel ogłosił zakończenie działalności), co pozwoliło na uważne przyglądanie się wydawnictwom spod szyldu tego labelu. Szczególne ukłony w stronę WaluśKraksaKryzys, który nie tylko nagrał jeden z najlepszych polskich albumów roku (MiłyMłodyCzłowiek), ale też wparował na salony (występ w Dzień Dobry TVN) i trochę wypromował polski niezal w mainstreamie. Dobry materiał dostarczyły również zespoły Hanako (melodyjny w swojej krzykliwości „Powiedz mi, że to przetrwasz”), Dłonie (więcej niż przyzwoity slowcore na self-titled) i Cudowne Lata (indie pop z dawką hipnagogii na płycie „Kółko i krzyżyk”).  Od niezalowej strony wyjątkowo dobrze, a nawet najlepiej w tym roku, radził sobie Opus Elefantum Collective. Wyróżnić należy najlepszy tegoroczny dungeon synth (Spopielony„Legendy”), kolekcje wzorowych lo-fi folków (Bałtyk i obie części „Self Help” oraz „Helsinki”), udane ambient techno („Hypnowald” Janusza Jurgi), przyjemnego brata bliźniaka Have a Nice Life (Foghorn„Thanatos”), atmosferyczny post-industrial (Zguba„Potwarz”) oraz hipnagogiczny synthpop z jednymi z najlepszych utworów roku (kurkiewicz„Z całej EPy”). Wszystko podsumowała składanka „Opus Elefantum Compilation I: Nature & Cosmos” rozgłaszająca wszem i wobec, że label wskoczył do ścisłego niezalowego topu jakościowego. 

Pierwszorzędne emo zapakowali i dostarczyli muzycy Vermona Kids. Very Sorry” aż ciśnie się na repeat i przenosi w czasy stadionowych pop punkowych hymnów. Też ze stadionowymi inspiracjami, ale bardziej alt rockowymi, wita nas swoją pierwszą EP- „Lukier” zespół pod tą samą nazwą. Minialbum jest nie tylko dobrą wróżbą na przyszłość, ale też zwyczajnie dopracowanym materiałem. Dosadny post-hardcore zaserwował Zespół Sztylety na „Demo 2019”, które koniecznie trzeba posłuchać.  Za to Czechoslovakia na „HVST” poszli w bardziej noisową stronę, ale post-hardcore również na ich udanym półgodzinnym albumie jest obecny. Post-punk, standardowo już dobry, zaserwował duet Nagrobki („Pod ziemią”), a powolny noise rock Próchno na swoim self-titled. Rozdygotany, zgrzytliwy i post-rockowy noise to natomiast dzieło tria Morze na EP-ce Zgrzyty. Laur najlepszego polskiego shoegaze AD 2019 zgarnia grupa Bez. „Bańki mydlane” to wszystko najlepsze, czego można od tego gatunku oczekiwać, ubrane dodatkowo w otoczkę typu „ciepły letni wieczór”. Na drugim miejscu są Kwiaty, na self-titled z brzmieniem bardziej dream popowym i również bardzo „letnim”.  

Na dokładkę albumy, których nie można przegapić: rozkrzyczany noise pop od zespołu Pustostan („Dialogi”), też noise, ale psychodeliczny i dekonstrukcyjny, od Nac/Hut Report („Wszystko jeszcze jest”) i też noise, ale z dronowymi naleciałościami, od Leśniewskiego i Nowackiego („Ślęża”) oraz też od nich, ale w poszerzonym składzie jako Obiekty i w bardziej poszukującej formie („Czarne miasto”). Od jeszcze innej, eksperymentalnej strony, do hałasu podeszli panowie z zespołu Ciśnienie, nagrywając najlepszy tegoroczny post-rock („JazzArt Underground”).  

Gdy spojrzymy w stronę majorsów najjaśniej świeci Król. Kolejna udana płyta („Nieumiarkowania”, wnoszące kolejny pakiet nowości do stałych zagrywek Błażeja i Iwony), coraz większy komercyjny sukces i wyprzedane koncerty. Debiutancki album wydały dziewczyny z Lor (Lowlight) i jest to z pewnością jedna z bardziej kojących folkowych płyt jakie dane mi było słyszeć w tym roku. Bardziej gitarowy jest za to debiut Ofelii (self-titled), zawierający bardzo chwytliwe single i świetnie zaaranżowane ballady. Również Daria Zawiałow mocno się wybroniła i nagrała album, na którym dominuje czysty fun – „Helsinki” to więcej niż przyzwoity synthpop 

Jak zwykle w formie są Coals. EP-ka „Klan” to kolejny etap w rozwoju ich brzmieniowego wachlarza i zarazem materiał ze świetnymi gośćmi, którzy wnoszą do niego wiele nowych perspektyw. O więcej nowości prosimy duet Kadabra Dyskety Kusaje, bo Simplex, na czele z Kadabra, to jedna z najprzyjemniejszych EP-ek roku. „W pół” od Normal Echo jest za to bodaj najbardziej klimatycznym minialbumem roku, który w dodatku przeszedł niemal niezauważenie. Podobnie jak self-titled Wavedrift, o którym nawet mieliśmy okazję pisać więcej. Może całościowo nie aż tak dobra, ale momentami bardzo pomysłowa jest debiutancka płyta electropopowego duetu Korwek x Pavlo zatytułowana „Ta z piosenkami”. Każdy utwór, w którym na wierzch wychodzi skrywany gdzieś głęboko synthwave, to naprawdę udana rzecz. 

Klasycznie już w elektronice dzieje się za dużo, żeby we wszystkim się połapać. Warto pamiętać o kolażowej płycie fissure ehh hahah i niepodrabialnym deconstructed clubie od Julka Płoskiego (śpie). Świetnie zaprezentował się również Jan LF Strach na EP-ce „Trudne Energie, Proste Rozwiązania” z absurdalnie przebojowym hitem „Gotowa Na Łabędzia”, a z sukcesem w IDM-ową stronę poszedł Akwizgram (Nü Romantik).  

Jeśli chcemy odpłynąć w stronę ukojenia, z pomocą przychodzi Zaumne. W tym roku to Contact od tego pana jest najlepszym lekiem na uspokojenie, biletem na podróż za horyzont, do krainy szeptów i szumów. To materiał co najmniej tak samo dobry jak „Emo Dub”, pełen detali i ze spójną narracją. Jeśli szepty zamienić na brzdęki i zgrzyty, ujawni się inny tegoroczny klimatyczny ambient, czyli znacznie mroczniejszy Toward the Blackest Skies” od Rites of Fall. Świetnie poprowadzony materiał, który nieraz wyłania się z pamięci w niespodziewanych momentach. Nie mogło też zabraknąć Bartosza Kruczyńskiego, tym razem bez żadnego aliasu. Ambientowy balearic beat na „Baltic Beat II” odpręża i umila oczekiwania na nowy Pejzaż. 

Polski rap wygrały dwie płyty, chyba nawet nie do końca poważne – „Kaseta z komuni Klocucha i „Koniec mięsa” Fantomowej Erekcji. Czy to świadczy o tegorocznym poziomie rywalizacji? Chyba trochę tak, bo nawet giganci wojowali raczej singlami, zanudzając przy dłuższym materiale (Pezet, PRO8L3M, Sokół, schafterBedoes czy chillwagon). Natomiast Klocuch na podkładach z internetu rozpracowuje wszystkich, trochę parodiując, trochę ironizując, ale przede wszystkim otulając słuchacza kocykiem nostalgii. Nawet jeśli zbyt nachalnej, to wymierzonej celnie w punkt. Fantomowa Erekcja też korzysta z gotowych podkładów, w dodatku wyjątkowo nierapowych (m. In. „High & Dry” Radiohead), co świetnie współgra z agresywnymi tekstami, niepozbawionymi autoironii czy raczej samobiczowania. Jest wulgarnie, obscenicznie, ale dosadnie, oczywiście z odpowiednią dozą zabawy słowem. Nie traktowałbym tego materiału jako rapu komediowego, bo mimo humoru jest dosyć gorzko. Co w ostateczności wychodzi na dobre. Wyróżnienia dla Ćpaj Stajl („Melodramat 2019”) i Kozy („Mystery Dungeon”).

Poza tym oczywistości: każdy zachwycał się „Slavic Spirits EABS i rzeczywiście warto, bo to dobrze zagrany fusion jazz, dużo dobrego zostało powiedziane o „Dwunastym domu” Enchanted Hunters i również słusznie, w końcu inspirować się ejtisami z gracją również trzeba umieć. W końcu, pochwał nie szczędzono Piernikowskiemu i „The Best of Moje Getto”, bo istotnie, to zniuansowana muzycznie opowieść o osiedlowym życiu ze świetnymi gośćmi.  

Nie ma więcej wpisów