Fani śledzący poczynania GRABKA od samego początku, nie mają z nim lekko. Każdy kolejny album to właściwie inna bajka i trudno przewidzieć co zrodzi się w głowie tego artysty następnym razem. Tym razem zrodził się w całości instrumentalny album „imagine landscapes”, który jest kolejną zmianą i przykładem na to, jak rozwijać się we właściwym kierunku. 

Jak wrażenia już po wydaniu albumu? Do tej pory na jej temat można przeczytać i usłyszeć same pozytywy.

Wojtek Grabek: Tak, na razie wszyscy bardzo pozytywnie się wyrażają. 

Słuchając “imagine landscapes” mam wrażenie, że “Day One” to była jedynie rozgrzewka po tych 6 latach. 

Po tych wszystkich obietnicach, że już nigdy więcej nic nie zrobię, przeprosiłem się z muzyką i wróciłem do swojego studia. Bardzo się z tego cieszę. Jest rozwój, nie stoję w miejscu. Mogłem pójść za ciosem i zrobić po prostu “Day Two”, znów wejść w tę melancholię. “imagine landscapes” jest jednak zupełnie inna, według mnie dojrzalsza. 

To chyba pierwszy Twój album, o którym mogę powiedzieć, że nie jest za krótki. Poszedłeś w stronę przepięknie rozbudowanych partii, w których trudno przewidzieć, co się wydarzy. 

Wyjątkowo mi się to udało. Mam wrażenie, że przy tej płycie dużo rzeczy ułożyło mi się samo. 

Gdzieś przeczytałam, że stworzyłeś soundtrack do końca świata i w kontekście tego, co się teraz dzieje, jest to wyjątkowo adekwatne. 

Tego oczywiście nie przewidziałem (śmiech). “imagine landscapes” nagrywałem w zeszłym roku, kończyłem jesienią. Wydanie płyty, pół roku po nagraniu, to cała wieczność. Tuż po nagraniach nie wydawała mi się taka smutna. Teraz z perspektywy czasu odbieram ją zupełnie inaczej.

Tę płytę można odkrywać na różne sposoby, w zależności od nastroju. Potrafi być pięknie smutna i pozytywnie nastrajająca jednocześnie. 

I to jest wspaniałe. Dostaję sygnały od przyjaciół, że ta płyta rośnie z nimi, zmienia się każdego dnia. Wiem, że to się rzadko zdarza, żeby muzyk był zadowolony ze swojej pracy, ale ja naprawdę jestem. Bardzo! 

Kilka lat temu nie byłeś. Za każdym razem!

To prawda, nawet przy “Day One” miałem wątpliwości i ciągle chciałbym coś poprawiać, choć była to pierwsza tak osobista płyta. 

A jaki masz stosunek do tego materiału? 

Myślę, że to bardzo dojrzały i przemyślany materiał, także pod kątem struktury. Zdradzę Ci pewien sekret – pierwszy utwór na płycie “when the heartbeat’s over” zrobiłem wyłącznie z sampli z jednego z utworów z “Day One”. No dobrze, nie wyłącznie – dodałem bicie własnego serca. Niemniej to taki łącznik z poprzednią płytą. Potem jest już podróż w muzyczne rejony, które siedziały mi akurat w głowie.

Słychać, że eksplorujesz i poszukujesz nowych brzmień. Utwór “Imagine no landscape” ze słyszalnymi elementami trip hopu jest chyba tego najlepszym przykładem. 

To prawda. Wprowadziłem trochę więcej beatu. Tęskniłem za tym. Choć nie zakładałem sobie niczego, niewiele planowałem. Dużo rzeczy wyszło mi zupełnie naturalnie. Mam świadomość, że takie zmiany nie są najlepsze dla moich fanów, bo mogą się czuć trochę zagubieni przesłuchując moje płyty od pierwszej do czwartej. Trudno oczekiwać od kogoś tyle cierpliwości (śmiech). 

To prawda. Trudno poznać Grabka z “8” i tego z “imagine landscapes”. 

Mam potrzebę zmian, być może wynika to z mojej natury. Dlatego próbuję różnych rzeczy, stylów. Choć cały czas mam wrażenie, że od “Day one” jest zachowana spójność. 

To chyba bardziej naturalna ewolucja niż rewolucja. Masz swój ulubiony utwór na tej płycie? 

Mam. Bardzo lubię “in mild humility”, “hungry clouds” i dwa ostatnie “now the sneaking serpents walks” i “the aftermath”.

Ostatni to mój faworyt. Piękna klamra.

A miało go nie być. Płyta miała się kończyć utworem “now the sneaking serpents walks. “the aftermath” powstał przez przypadek. Zacząłem coś szkicować i okazało się, że to coś doskonale pasuje mi jako dopełnienie materiału. Gdyby “the aftermath” nie znalazł się na płycie, narzekałbym, że czegoś mi brakuje, takiej klamry. Czyściec, niebo i piekło. 

“Zaślubiny nieba z piekłem”? Stąd ten romantyzm?

Kiedy studiowałem języki w Danii bardzo polubiłem się z literaturą i jej analizą. Analizowaliśmy na zasadzie przeciwieństw np. natura – kultura, pozytywizm – romantyzm. I cały koncept tej płyty wyszedł właśnie z analizy. Wpadłem na pomysł, że zrobię album, który będzie czerpał z tradycji romantyzmu. Przyjmuje się, że takim utworem, przynajmniej literackim, który otwiera epokę romantyzmu są “Zaślubiny nieba i piekła” Williama Blake’a. 

Twoja muzyka jest od zawsze bardzo obrazowa. Te obrazy są mniej lub bardziej abstrakcyjne, ale przedstawiają coś, co każdy może sobie na swój sposób wyobrazić. Jakie Ty masz obrazy przed oczami, kiedy tworzysz? 

To naprawdę trudne pytanie. Moje inspiracje, to co widzę jest tak różne, że trudno to nazwać. Myślę, że jest w tym dużo natury. Czasem widzę przed oczami jakiś obraz i biegnę do studia, żeby nagrać towarzyszące mi emocje, póki jestem w stanie je odtworzyć. Generalnie łatwiej przychodzi mi tworzenie muzycznych obrazów niż opowiadanie o nich. 

Mam wrażenie, że w ogóle tworzenie przychodzi Ci całkiem łatwo. Zanim pojawił się album, ukazała się jeszcze kompilacja miniatur. Nie próżnujesz. 

Pomysł wyszedł od Mirzy Ramica, czyli frontmana Arms and Sleepers i założyciela {int}erpret null. Razem z Markiem McGlinchey’em wpadli na pomysł zrobienia albumu z dziesięcioma artystami. Każdemu dali 5 minut, w których trzeba było zmieścić 5 utworów nieprzekraczających minuty. Bardzo proste w założeniu, ale trudne w realizacji. Limit czasowy potrafi związać ręce. Mimo wszystko, było to bardzo wyzwalające doświadczenie. Nie musiałem się zastanawiać jak ten utwór ma wyglądać dalej, jak powinien się rozwinąć, jakie mieć przejścia, jak się zakończy. Udało się wykorzystać moje pomysły muzyczne, które gdzieś sobie leżały. Myślę, że w bardzo fajny, spójny sposób. 

Mieliście jakiś motyw przewodni? 

Nie, dostaliśmy totalnie wolną rękę. Do końca nie wiedziałem kto finalnie weźmie udział w tym projekcie. Co ciekawe każdy z nas inaczej podszedł do tematu. Dwóch z artystów zrobilo 5 wersji jednego motywu, w różnych odcieniach. Jest też np. utwór nagrany w  różnych stylach filmowych. Całość miniatur jest bardzo spójna, rozpoczyna się od lekkich improwizowanych interpretacji, potem przechodzi w formy elektroniczne i kończy się mocniejszą elektroniką. 

Ładne rozpoczęcie współpracy z {int}erpret null. Po raz kolejny trafiasz pod skrzydła wytwórni, ale po raz pierwszy nie polskiej. Jak do tego doszło? 

Ta propozycja była dla mnie sporym zaskoczeniem. Z Mirzą znany się właściwie od 10 lat. Poznaliśmy się w maju 2010 roku, kiedy supportowałem Arms and Sleepers w Warszawie. Po tym koncercie Mirza podszedł do mnie i powiedział, że bardzo podoba mu się to, co robię i kiedyś musimy zrobić coś wspólnie. Do żadnej kolaboracji przez ten czas nie doszło, ale w zeszłym roku Mirza napisał do mnie wiadomość, że zakłada kolejną wytwórnie. Napisał do mnie, że bardzo chciałby wydać mój nowy materiał – cokolwiek będę mieć. Obaj z Markiem są fanami tego, co robię. Trafiłem więc pod właściwy adres. Chciałem spróbować czegoś nowego. Myślę, że tworzę na tyle uniwersalną muzykę, że fajnie byłoby wyjść z nią poza granice naszego kraju.

Twoja muzyka nie jest stąd. 

Moja muzyka jest zewsząd (śmiech). Spotify umieściło mnie na dwóch playlistach. Jedna niemiecka, która ma 3 tys. obserwujących, a druga polska z 38 tys. obserwujących. I zgadnij, na której z tych playlist mam więcej odtworzeń. 

Niemieckiej. 

Tak, co utwierdza mnie w przekonaniu, że regionalizacja mojej muzyki nie ma sensu. Moja muzyka jest uniwersalna, praktycznie nie ma w niej słów. Jeśli są to bardzo oszczędne i po angielsku.

To pierwsza płyta w całości instrumentalna. Nie pokusiłeś się o wokal. 

Nie pokusiłem się. Myślę, że wyszło to na dobre mnie i płycie (śmiech). To też przejaw większej dojrzałości. Wiem, że nie jestem wokalistą i nigdy nie będę. Wystarczy, że łechtam swojego ego robiąc muzykę od tylu lat.

Jak długo zajęło Ci skomponowane nowej płyty? Przecież chwile temu pojawiła się “Day one”.

Pierwszy utwór zrobiłem w kwietniu zeszłego roku, “hungry clouds”. Potem było długo, długo nic. Mirza i Mark się nie odzywali, więc pomyślałem, że pewnie coś nie wyszło. Dopiero pod koniec sierpnia Mirza napisał do mnie, że chcieliby dostać materiał do końca października. Zrobiłem ją więc w dwa miesiące. Jak ma się pomysł, to nie ma co tego odwlekać. Doszedłem do tego już przy “Day One”. Generalnie nie zapisuję swojej muzyki w nutach, więc muszę szybko nagrać to, co mam w głowie, bo inaczej zapominam. Duża część tej muzyki, większość partii skrzypiec powstała w ten sposób. Nie jest to więc siermiężna praca, gdzie zastanawiam się nad każdym dźwiękiem, tonacją, metrum utworu itd. Podchodzę do tego bardzo intuicyjnie. 

Jesteś po prostu utalentowanym muzykiem.

Wolę określenie zdolny leń (śmiech). Komponowanie przychodzi mi stosunkowo łatwo. Gorzej jest z zagraniem materiału na żywo, bo trudno mi potem odtworzyć te partie. 

Uczysz się na pamięć grać te utwory? 

Nie do końca. Mam przygotowane ścieżki, dokładam do tego żywe skrzypce, sample i nakładam efekty. Jeśli w ogóle będę grał koncerty będę chciał całkowicie przejść na własne sample, także w przypadku skrzypiec.

Co do koncertów – odpadło Ci kilka terminów. Planujesz przenieść się do sieci na czas kwarantanny? 

Zastanawiam się czy w moim przypadku ma to sens. Gram relatywnie mało koncertów. Długo zajęło mi ogarnięcie kwestii technicznych, jak zrobić live’a. W końcu mi się udało, ale wciąż się zastanawiam. Jest już tego trochę za dużo. Ludzie spędzają ogrom czasu przed ekranem i zaczyna się to objawiać fizycznym zmęczeniem. 

Ty przeniosłeś do sieci nagranie teledysku do “the nature of rhythm”.  

Tak i wyszło przepięknie! To był trochę taki eksperyment – chciałem zobaczyć, jak różni ludzie przeżywają tę samą muzykę. Wszystkich, którzy wystąpili w tym klipie znam osobiście. To będzie cudowna pamiątka z czasów zarazy (śmiech).

Wszystko zmierza w kierunku zatrzymania nas przed ekranem niż odsunięciem od niego. 

W jednym z wywiadów jeszcze przed premierą płyty mówiłem, że robimy wielki krok w przyszłość przenosząc kulturę do sieci. Myślę, że za kilka lat młode pokolenie będzie w większości żyć w internecie. 

Bardzo nie chciałabym dożyć czasów, kiedy będę siedzieć w domu na kanapie i przeżywać koncert wirtualnie. 

Jestem pewien, że na ten moment nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądało. Prawdopodobnie będzie to takie doświadczenie, jakiego nie da się porównać z niczym innym. 

Nie ma więcej wpisów