Organizacja festiwalu w dobie trwającej pandemii to było porwanie się z motyką na słońce. Szczególnie festiwalu, na którym się nie siedzi, tylko się stoi i się tańczy. Ekipa Up to Date Festival poradziła sobie z tym niebywałym wyzwaniem w sposób wzorowy.

Wprowadzenie w życie szeregu obostrzeń było trudne, ich egzekwowanie jeszcze trudniejsze. Trzeba było wydłużyć festiwal, artystów porozrzucać na kilka dni i w kilka miejsc, przeorganizować sceny na Stadionie Miejskim, ograniczyć liczbę uczestników i pilnować, aby nosili maseczki, skupić się przede wszystkim na artystach z Polski. A to wszystko w krótkim czasie – zasady organizacji imprez masowych w kraju zmieniały się jak w zegarku.

Mimo tych wszystkich trudności festiwal się odbył. W formie hybrydowej, z mocnym postawieniem na transmisje online. A koncertów na miejscu starano się zbyt nachalnie nie promować, żeby u tych, którzy niekomfortowo czują się teraz w większych skupiskach ludzi, nie wywoływać zbędnego FOMO (mimo że jedną z koncertowych miejscówek był klub FOMO).

Jak zawsze Up to Date Festival miał dwa wymiary: relaks do muzyki granej na salach koncertowych i zabawa do setów na stadionie. Ta pierwsza grupa była w tym roku wyjątkowo różnorodna, bo już nie tylko ambientowa. Podczas koncertu otwarcia w Białostockim Teatrze Lalek zagrał Qba Janicki z projektem „Intuitive Mathematics”, czyli perkusyjnej improwizacji gatunkowo na granicy muzycznej awangardy i post-industrialu. Zaraz po nim zaprezentowało się trio Pin Park, tuż przed premierą swojego drugiego albumu „Doppelganger”. Progresywne wariacje na syntezatorach zostały ubrane w świetne ilustracyjne wizualizacje, przez co możliwość odsłuchania przedpremierowo nowego materiału zyskała dodatkowy walor.

Tajemniczy koncert w sekretnej lokalizacji powstały w ścisłej współpracy z województwem podlaskim odbył się tuż za lasem, na łące w okolicach Biebrzańskiego Parku Narodowego. Klimat tego wydarzenia był nie do podrobienia, muzyczna narracja również się sprawdziła: na początku dubowy ambient od Vi, potem nieco bardziej wyraziste brzmienie Raroha (ale jeszcze sprzyjające siedzeniu na trawie), a potem już minimal techno do szalonych tańców od Birds ov Paradise i Retina.IT. Było zimno, ale zmarznięcie nie jest wysoką ceną, którą trzeba zapłacić za tak wyjątkowe przeżycia.

Centralny Salon Ambientu jak zwykle już okazał się wspaniałym doświadczeniem. Tym razem bez leżenia na dywanach, a z siedzeniem w sali koncertowej Opery i Filharmonii Podlaskiej, ale wszystko inne pozostało bez zmian. Wyjątkowo dobry program (nie tylko jak na pandemiczne realia), świetna akustyka, idealna pora. Aleksandra Słyż zaprezentowała przegląd umiejętności, jakimi dysponuje dobra inżynierka dźwięku. Jej występ nie tylko był ciekawy brzmieniowo (ambient, glitch, noise), ale przede wszystkim bardzo przestrzenny. W odróżnieniu od niego Jacaszek zaprezentował koncert zupełnie inny, stawiając na emocje. Płyta „Music for Film” z marca istotnie jest melancholijnym materiałem, tak też wybrzmiał on w Filharmonii, szczególnie w towarzystwie urywków filmowych i zsamplowanych skrawków dialogów. Całość zamknęła Kali Malone z potężnym dronowym uderzeniem. Na tle noisowej przestrzeni odbywała się medytacja poszczególnych dźwięków. Trudno było się spodziewać, że jej koncert będzie aż tak majestatyczny, ale rzeczywiście, można było poczuć drżenie ścian i hałas dobiegający z każdej strony.

Drugi dzień Centralnego Salonu Ambientu już tak nie porwał. Było mniej melancholijnie, ale też mniej ciekawie, mimo zagranicznego programu. Najlepiej wypadł występ Hainbacha z wizualizacjami na żywo od Orca. Artysta uciekł z jednej strony w kierunku ambientu o plemiennym, mantrycznym podłożu (co świetnie współgrało z zapętlonymi motywami w wizualizacjach), a z drugiej – do nieco bardziej radosnego, pokroju wczesnego Briana Eno.

Koncerty na Stadionie Miejskim kazały mierzyć się z przykrymi pandemicznymi okolicznościami – odwołaniami występów. Nie zagrali m. in. JASSS, Oki, Miły ATZ czy Jon. Ale w większości przypadków organizatorom udawało się znaleźć zastępstwo last minute, co jest naprawdę godne podziwu. O bezpiecznej zabawie między występami przypominały puszczone z offu głosy m. in. Cinka, Pana Zygmunta czy Krystyny Czubównej, czyli bohaterów filmików promocyjnych poprzednich edycji. Był to świetny pomysł, szczególnie, że w tym roku nie było mowy o szeroko zakrojonej promocji festiwalu.

Ci, którzy wystąpili, przeważnie zrobili to bardzo dobrze. Wyjątkiem był Mata z nudnym koncertem. O Bedoesie natomiast nie wiadomo co powiedzieć – było agresywnie i Borka chyba trochę poniosło z rzucaniem mięsem ze sceny, czuć było jednak wśród widowni nieposkromioną energię. Tracklista też była bardzo porządna. Przyjemnie wypadł również koncert Rasmentalism – może daleko od rewelacji, ale w sam raz do pobujania się w rytm największych hitów.

Dwa słowa trzeba też poświęcić scenie Pozdro Techno, która w tym roku kompletnie zmieniła umiejscowienie. Znalazła się ona na szczycie trybun tak, że widownia miała widok na wnętrze stadionu, a grający stał do niego plecami. Robiło to potężne wrażenie, które dodatkowo podbijało niekończące się techno we wszelkich możliwych odmianach, sączące się z białego soundsystemu.

Zabawa na stadionie minęła jednak przede wszystkim pod znakiem wyjątkowo tanecznych setów. Chlubne zestawienie otworzył Bert z Last Robots i świetną selekcją disco i deep house, od której nogi same rwały się do tańca. Charlie dała za to popis dzięki miksowi trance, acidu i własnych, śpiewanych na żywo wokaliz. Zwariowany to był set, bardzo szkoda, że krótki. Dobrze wypadła współpraca DJ Pete i Surgeona – trochę dubstepu, trochę drum and bassu czy techno. Ten drugi perfekcyjnie zaprezentowała w swoim występie DJ Storm. Wszystko w jej secie zostało potraktowane dużą ilością BPM-ów i nie pozostało nic innego, jak tylko skakanie, w dodatku z trwającą ulewą w tle. Zwieńczeniem stadionowej imprezy był set Horse Meat Disco. To, jakim czuciem muzyki tanecznej dysponuje brytyjski kolektyw jest wręcz nieopisane. Disco, house, funk, sample, pełne utwory, Róisín Murphy, Dua Lipa, podkręcanie i zwalnianie tempa. Wspaniałe i radosne przeżycie w momencie, gdy dookoła rządzi chaos.

Koncert zamknięcia był już tylko formalnością po przeżyciach dni poprzednich. Daniel Szlajnda zaprezentował materiał ze swojej najnowszej płyty „Komorebi”. Trzeba przyznać, że w pewnych momentach aż chciało się do tego tańczyć. Granica między ilustracyjnym ambientem a eksperymentalną taneczną elektroniką była naprawdę cienka. Potem przyszła pora na ambientowy set Anthony’ego Childa, który dzień wcześniej rozkręcał zabawę jako Surgeon. Tym razem zagrał bardzo spokojnie, ale też precyzyjnie, bardzo uważnie wprowadzając słuchaczy w coraz to kolejne dźwięki. I w ten właśnie sposób festiwal dobiegł końca.

Nie da się ukryć, że jakkolwiek by nie wyglądała ta edycja Up to Date Festival i tak byłaby wyjątkowa. Bo w końcu, po pół roku, można było wyjść z domu, potańczyć, posłuchać muzyki na żywo i zobaczyć się z ludźmi. Ale tylko dzięki determinacji organizatorów wyjście z domu mogło się odbyć w kilku kierunkach, tańczenie odbywało się do różnorodnej muzyki, słuchać na żywo można było i artystów z Polski, i zza granicy, a spotkanie z ludźmi mogło przebiegać w bezpiecznych warunkach. Dlatego całej ekipie festiwalu należą się najniższe ukłony: za wytrwałość, oddanie i stalowe nerwy. Takich postaw się nie zapomina! Miłość, techno, dezynfekcja.

PS Streamy z prawie wszystkich koncertów można oglądać pod tym linkiem. Naprawdę warto.

Nie ma więcej wpisów