Warning: A non-numeric value encountered in /musicis/wp-content/themes/15zine/library/core.php on line 4175

Warning: A non-numeric value encountered in /musicis/wp-content/themes/15zine/library/core.php on line 4175
"Shore"
4.7Wynik ogólny

» Chociaż piosenki na ten album powstawały na długo przed pandemią, przez którą świat na chwilę stanął w miejscu, to w kwietniu Robin Pecknold niemal zarzucił dokończenie i publikację albumu. Szkoda by było, bo teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy optymizmu i spokoju jaki bije od tych piosenek, a Fleet Foxes jak mało kto potrafią wciągnąć w swój świat i pozwolić na chwilę zapomnieć o przykrej rzeczywistości. Jak na ironię obecna sytuacja na świecie, tak trudna dla wielu osób, na lidera Fleet Foxes wpłynęła pozytywnie. Słychać to na „Shore”, albumie, który z jednej strony jest kontynuacją ścieżki obranej przy „Crack – Up”, a z drugiej ukłonem w stronę bardziej energicznych  i radosnych melodii z początku kariery Fleet Foxes.

Kompozycje z „Shore” są bardziej bezpośrednie i mają prostszą strukturę niż zawiłe kompozycje z poprzedniego krążka. W „Young Man’s Game” Pecknold śmieje się sam z siebie i przyznaje, że z wiekiem zrozumiał, że nie zawsze musi tworzyć skomplikowane arcydzieła (I could worry through each night / find something unique to say / I could pass as erudite / but it’s a young man’s game). Nowe utwory cechuje również pewna lekkość, której na poprzednim krążku nie znajdziemy wiele. O ile „Crack-Up” najlepiej słuchało się w pełnym skupieniu, nocą w otoczeniu przyrody, to „Shore” jest celebracją słonecznego dnia i radości z życia. Nawet „Sunblind”, w którym Pecknold wylicza nazwiska przedwcześnie zmarłych muzyków, jest pełnym szacunku hołdem oddanym ich twórczości, a nie lamentem z powodu ich śmierci.

Czwarty krążek Fleet Foxes jest afirmacją życia, dynamiczne aranżacje odzwierciedlają nastrój albumu, w ozdobionym radosnymi dęciakami „A Long Way Past the Past” Pecknold z jednej strony obawia się, że nie może odciąć się od przeszłości, ale z drugiej śpiewa my worst old times look fine from here. W „Jara”, które jest hołdem dla innego muzyka (Victora Jara – chilijskiego muzyka folkowego), możemy znaleźć linijkę: first time any violet omens don’t shadow me around. Nawet w kawałkach, w których Pecknold rezygnuje z radosnej tonacji czy dynamicznego tempa trudno doszukać się pesymizmu. W „Featherweight” lider Fleet Foxes spogląda w przeszłość z nostalgią, ale także lekkim zawstydzeniem, wspominając zupełnie nieistotne troski (in all that war I’d forgotten how / many men might die for what I’d renounced / I was staging life as a battleground).

Aranżacje na „Shore” mienią się ciepłymi kolorami, są rozbudowane i wielowarstwowe, ale jednocześnie wciąż wierne folkowej stylistyce. „Going-to-the-Sun Road” mieści w sobie warstwy gitar, syntezatory w tle i dęciaki użyte jako swoista wisienka na torcie – dla ozdoby i pięknego wykończenia. „Thymia” w nieco ponad dwóch minutach również mieści bogate spektrum dźwięków, choć zarówno gitary jak i dęciaki są tam o wiele bardziej stonowane. Fleet Foxes brzmią nie mniej urzekająco wtedy, kiedy wybierają prostotę gitary akustycznej jak w „I’m Not My Season”, gdzie tak naprawdę najważniejszym instrumentem jest wokal.

Wyjątkowo ważne jest także umiłowanie przyrody, które od zawsze było integralną częścią twórczości zespołu z Seattle. Albumowi towarzyszy film – na kształt bardzo długiego teledysku – który skupia się przede wszystkim na pięknych ujęciach fal, kwiatów czy lasu, a w tytułach piosenek jak i w tekstach nie trudno doszukać się odniesień do natury. Lekkie, przestrzenne i pełne ciepła kompozycje idealnie komponują się z przyrodą, a kiedy podczas spaceru słucha się odgłosów ptaków wplecionych w „Maestranza” można odnieść wrażenie, że ten świat zewnętrzny oraz zawartość albumu przenikają się nawzajem.

Robin Pecknold kolejny raz pokazał, że można pozostać wiernym folkowej stylistyce, a jednak brzmieć inaczej na każdym albumie. Nauczył się także, że już nikomu nic nie musi udowadniać i może tworzyć muzykę bez żadnych ograniczeń i trosk. Wszyscy nieżyjący już artyści, których nazwiska wybrzmiały w „Sunblind” na pewno nie mieli by nic przeciwko temu, gdyby o tym wiedzieli, bo „Shore” to dzieło genialnego umysłu i bycie w kręgu inspiracji Pecknolda jest zaszczytem. Najlepsze jednak w tym wszystkim jest to, że zespół ma więcej gotowego materiału, który zamierza wydać, więc najprawdopodobniej w przyszłym roku możemy spodziewać się nowych piosenek.

Nie ma więcej wpisów