Better Person: Jestem ogromnym entuzjastą tego, co się dzieje we współczesnym popie

Adam Byczkowski, czyli Better Person, wydał w tym roku, po latach oczekiwania, swój debiutancki długogrający album. „Something to Lose” ukazało się nakładem wytwórni Arbutus Records i Mansions & Millions. Za miks i produkcję płyty odpowiada Ben Goldwasser z MGMT. Płyta nas zachwyciła, więc postanowiliśmy zadać Adamowi kilka pytań. Porozmawialiśmy trochę o procesie powstawania materiału, inspiracjach, artystycznym wizerunku i polskiej scenie. Zapraszamy do lektury!

Jacek Wnorowski: Dobrze pamiętam, kiedy ponad trzy lata temu występowałeś przed Xiu Xiu w warszawskiej Hydrozagadce, a ja byłem zakochany w „Zakochanym człowieku” i nie mogłem się doczekać Twojego występu. Pamiętasz jeszcze tamten koncert?

Adam Byczkowski (Better Person): Chyba tak, pamiętam głównie mikrosprzeczkę z wokalistą zespołu Xiu Xiu dotyczącą świateł i układu sceny. Nie udało nam się dogadać, ale mimo tego koncert wyszedł dość dobrze z tego, co pamiętam. Za to występ headlinera bardzo mi się nie podobał i szybko uciekłem na spotkanie ze znajomymi po drugiej stronie Wisły, które przerodziło się w serię prześmiesznych wydarzeń. Wspominam tę noc z uśmiechem do dziś.

Teraz, trzy lata po „Zakochanym człowieku” i cztery lata po debiutanckiej EP-ce, w końcu możemy posłuchać Twojego pierwszego albumu. Masz wrażenie, że w tak długim czasie rzeczywiście wszystko udało Ci się dopracować na ostatni guzik?

Nad materiałem, który później stał się albumem, tak naprawdę nie pracowałem jakoś strasznie długo, bo raptem parę miesięcy. Za to wcześniej, przez dobrych parę lat spinałem się, wydawało mi się, że muszę stworzyć wspaniałe dzieło, tak jak mówisz “dopięte na ostatni guzik”. To mnie strasznie blokowało i w efekcie niczego nie byłem w stanie skończyć. W końcu, kiedy okoliczności były sprzyjające, a ja poczułem inspirację, napisałem te utwory w dość krótkim (jak na mnie) czasie. Nie jestem pewien czy ta płyta to moje “opus magnum”, mam nadzieję, że nie! To po prostu 9 utworów, które opisują jak się w danym czasie czułem.

Przy pracy nad albumem pomagali Ci zagraniczni artyści, z którymi nawiązać współpracę chciałby chyba każdy świadomy polski twórca. Ben Goldwasser, czyli połowa MGMT, produkował i miksował materiał, Greg Calbi, wybitny inżynier dźwięku (znany ze współpracy z m. in. Davidem Bowiem, Supertramp Fleet Foxes czy Bon Iver), odpowiadał za mastering, na saksofonie zagrał Joshua Sushman, grywający czasem z Wild Nothing. To plejada gwiazd. Nie bałeś się, że w publikacjach prasowych ich nazwiska skradną całe show zostawiając Cię w cieniu?

Niee, nigdy nie przeszło mi to przez myśl… Teraz, już prawie miesiąc po wydaniu płyty można też z łatwością stwierdzić, że te nazwiska dla większości świata zbyt dużo nie znaczą, więc nie ma się czym przejmować. Poza tym muzyka to nie zawody, a ja w cieniu czuję się swobodnie.

Album „Something to Lose” trwa pół godziny. To jeden z wielu albumów w ostatnim czasie, które trwają właśnie tyle. Myślisz, że ten trend, bo myślę, że to staje się powoli trendem, zwiększy dostępność albumów? Dotrze do słuchaczy żyjących w „kulturze playlisty”? A może jest ukłonem w stronę zabieganych, którzy nie mają czasu na długie sesje z muzyką, a jednak nie chcą się od niej odcinać?

Długość mojej płyty wynika z moich własnych upodobań. Osobiście nigdy nie byłem fanem długich płyt (zawsze wolałem EPki) ani długich koncertów. Sam jako odbiorca skupiam się zwykle na pojedynczych utworach bardziej niż całych albumach (rzadko się zdarza, by wszystkie utwory na jakiejś płycie mnie wzruszały) i słucham muzyki raczej właśnie playlistami. Wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest się podniecić piosenką niż całą płytą. Lubię niedosyt we wszystkim.

Przecież nie tylko Kyst, ale mnóstwo innych epizodów w polskiej i zagranicznej muzyce. Bez zbędnego rozwlekania: Pictoral Candi, Sean Nicholas Savage, Timber Timbre, TOPS, Olivier Heim, Enchanted Hunters… Coś przegapiłem?

Hmm… nigdy nie grałem w zespole Timber Timbre! Kiedyś supportowałem ten zespół na paru koncertach w Niemczech i Holandii – być może stąd ta wiecznie powracająca do mnie “plotka”. Nigdy też nie grałem w zespole Enchanted Hunters. Za to znamy się dobrze i kochamy, do tego stopnia, że dziewczyny nagrały swoją pierwszą płytę (“Peoria”) u mnie w pokoju, jeszcze w Warszawie. W tym momencie od paru lat skupiam się już tylko na tworzeniu samemu i graniu w zespole TOPS.

Uważasz się za „wszędobylca” polskiej sceny niezależnej? Bo chyba trochę tak można by było Cię określić, biorąc pod uwagę rozliczne przygody w inny zespołach?

Absolutnie nie. Myślę, że żadne sformułowanie nie pasuje do mnie mniej niż “wszędobylec polskiej sceny niezależnej” (śmiech)!

Dograłeś się Wojciechowi Bąkowskiemu na utworze „Maska”. Za to w pisaniu tekstu do „Zakochanego człowieka” pomagał Ci Adam Repucha – z tego co wiem, Twój dobry znajomy. Te współprace i wzajemna pomoc wydają się ciągle przeplatać w ścisłej grupie artystów, do których, oprócz Ciebie, Adama i Wojciecha zaliczyłbym jeszcze choćby Lubomira Grzelaka (Lutto Lento) czy Kachę Kowalczyk z Coals. Rzeczywiście mógłbyś stwierdzić, że tworzycie jakiś nieformalny, może trochę przypadkowy kolektyw? Jeśli tak, to czy zmienia on, Twoim zdaniem, od środka polską muzykę niezależną?

Nieeee! Nie ma czegoś takiego! Jakakolwiek współpraca z kimkolwiek przychodzi do mnie naturalnie i często przypadkowo. Nie wierzę w żadne sceny i na pewno nie jestem i nigdy nie będę częścią żadnego kolektywu, tym bardziej, że już od prawie dekady nie mieszkam w Polsce, więc nie czuję, żebym miał jakikolwiek wpływ na to, co się w tym kraju muzycznie dzieje. Myślę też, że każda z wymienionych przez ciebie osób byłaby równie zdziwiona słysząc to pytanie. Większość wymienionych przez Ciebie artystów (wliczając w to mnie) to raczej ludzie skupieni na sobie i swoim świecie, pracujący na swoje samemu.

„Hearts on Fire” swoim tytułem dla każdego fana świetnego popu budzi skojarzenia z przebojem Cut Copy. Za to utwór tytułowy wydaje się w swoim brzmieniu mieć coś z „Last Christmas”, innej niezwykle zgrabnej popowej kompozycji, która przez komercyjne konotacje rzadko bywa rozpatrywana w kategorii udanego utworu. Sama sophisti-popowa oprawa jest natomiast mocno powiązana z dokonaniami choćby Prefab Sprout albo Destroyera. Jakie inne piosenki i zespoły były dla Ciebie inspiracją podczas nagrywania płyty?

Z tym “Last Christmas” to dziwna sprawa. Pisząc akordy do tej piosenki chciałem nawiązać do typowych pochodów akordowych z końca lat 70. kojarzących się raczej z kalifornijskim soft-rockiem. Miałem na myśli yacht rockowe utwory z pierwszej płyty Christophera Crossa, niektóre piosenki Michaela McDonalda, czy choćby nawet utwór “Sara” Fleetwood Mac… więc chciałem przywołać ciepłą, tropikalną atmosferę. To ciekawe, że ludzie odbierają tę piosenkę jako “świąteczną”!

Nie znam Cut Copy (i boję się sprawdzić!), ale Prefab Sprout to na pewno zespół, który miał w swoim czasie ogromny wpływ na to, jak piszę i aranżuję swoją muzykę. Podczas pisania tego materiału słuchałem głównie muzyki brazylijskiej, trochę filmowej, Lucio Battisti, trochę starych euro-popowych hiciorów, a podczas czasu spędzonego w Los Angeles przy produkcji płyty z Benem na playlistach królował wspomniany przeze mnie soft-rock, muzyka brazylijska i hity z późnych lat 70.

Twój sceniczny image jest bardzo charakterystyczny i wydaje się, że okładka płyty mocno z nim koresponduje: emocjonalny romantyk o niezwykłej wrażliwości, który z romantyzmem czasem aż przesadza. Sądzisz, że w dobie popu raczej bezpośredniego, a czasem aż wulgarnego, potrzebna jest słuchaczom doza szyku, elegancji i nastrojowości?

Jestem ogromnym entuzjastą tego, co się dzieje we współczesnym popie, a ja sam w mojej muzyce bardziej staram się kłaść nacisk na bezpośredniość niż na elegancję czy szyk.

W ubiegłym roku można Cię było usłyszeć na singlu „All I Need” od Project Pablo. Bardzo dobrze wpasowałeś się ze swoim wokalem do trancowo-house’owej kompozycji. Będzie Cię można częściej usłyszeć na takich właśnie featuringach? Sądzisz, że ze swoim wokalem zrobiłbyś furorę w nurcie trance?

Przez chwilę, zaraz po nagraniu wydawało nam się, że ten utwór będzie ogromnym hitem w państwach typu Włochy czy Czechy (śmiech), no ale niestety wyszło jak zwykle. Pracę nad tym kawałkiem wspominam bardzo miło, mieliśmy do wykorzystania cały dzień w studiu Red Bulla w Berlinie, więc postanowiliśmy zobaczyć, ile puszek tego energetyku jesteśmy w stanie wypić w jedno popołudnie (ja 8, Patrick 6). Efektem tego eksperymentu było „All I Need” i dwudniowa zmułka. Patrick to mój dobry kolega, często jesteśmy w kontakcie, a jak tylko jesteśmy w jednym mieście to coś razem robimy. W ostatnich miesiącach, będąc w Montrealu nagrywałem mu różnego rodzaju chórki i wokale do nowych kompozycji, więc pewnie kiedyś będzie można to usłyszeć, z tym, że jego nowy materiał jest dość daleki od trance’u.

Nie ma więcej wpisów