Zakończony całkiem niedawno rok był czasem pełnym sprzeczności. Zaskoczeń, rozczarowań, małych radości i nadziei. Z jednej, z racji zmiany trybu życia, część z nas otrzymała więcej czasu i możliwości na odkrywanie nowej muzyki. I aby wyrwać się z ponurej rzeczywistości, znacząco częściej sięgaliśmy od marca 2020 roku po wydawnictwa muzyczne – zarówno te sprzed lat, jak i premierowe. Pomimo pandemii twórcy zdołali nas zaskakiwać i radzili sobie z izolacją na własny sposób – tworząc, nieustannie publikując swoje działania czy wydając wcześniej niezapowiedziane albumy (czasem nawet dwa razy). Być może z racji tego artystycznego przypływu ten nowy rok będzie naprawdę potężny pod względem wydaniczym. Może, zobaczymy. Na razie zajmiemy się jednak tym, co od stycznia zeszłego roku – a w szczególności w czasie kryzysu covidowego – trzymało nas we względnym zdrowiu i szczęśliwości. Oto krążki, które mogliście przegapić, a które z jakiegoś powodu zostały z nami na dłużej. Specyficzne, pandemiczne podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy.


Bartees Strange „Live Forever”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

W czasach kiedy gatunkowy eklektyzm staje się normą, w której odnajduje się coraz więcej artystów, „Live Forever” ze swoim wcale nie rewolucyjnym podejściem nie powinien przykuć mojej uwagi na tyle, na ile to zrobił. A jednak debiutujący Bartees Strange w ciągu 35 minut trwania albumu pogodził ze sobą całą paletę barw i dźwięków: gitarowych odniesień do TV On The Radio oraz Bloc Party, alternatywnej sceny rockowej circa ’00-’05, math rocka, folkowych fascynacji, undergroundowego rapu i dawki screamo wplecionej w pięknie melodyjny wokal. Nie prosiłem o potężne dawki nostalgii, ale jeśli są podane w takiej formie, to nie zamierzam się im opierać. (marek)


Better Person – „Something to Lose”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / YouTube

Sophisti-pop w Polsce bardzo potrzebował tego albumu. Pamiętam jeszcze czas, kiedy furorę robiła pierwsza EP-ka Adama Byczkowskiego i jego pojedynczy singiel „Zakochany człowiek”. Teraz na ratunek polskiej eleganckiej piosence przychodzi aż dziewięć utworów, w dodatku wyprodukowanych przez Bena Goldwassera, połowę duetu MGMT. „Something to Lose” jest płytą nie tylko inspirującą się latami osiemdziesiątymi, ale żywcem z nich wyjętą. Z wszechobecnym saksofonem, poetycznie nawiedzonymi klawiszami, noworomantycznymi synthami i sentymentalnym wokalem na czele. Każda minuta jest tutaj starannie zagospodarowana. Album perfekcyjny. (jacek)


Bright Eyes „Down in the Weeds, Where the World Once Was”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Conor Oberst bynajmniej nie zszedł ze sceny pomiędzy tym albumem oraz wydanym w 2011 „The People’s Key”, ale to właśnie za Bright Eyes wszyscy tak bardzo tęskniliśmy. Dziewięć lat przerwy to sporo, ale najnowszy krążek zdecydowanie wynagradza czekanie. „Down in the Weeds…” wypełnia aż czternaście bezwstydnie melodyjnych kawałków, rozdmuchane orkiestrowe aranżacje, walczyki, kilka wyrazistych gitarowych riffów i emocjonalne teksty. Ktoś inny poległby próbując połączyć te wszystkie elementy i nie ocierając się o kicz, ale nie Conor Oberst z kolegami – oni nie boją się ładnych melodii. Te fragmenty albumu kiedy piosenki nagle eksplodują przeradzając się w niekontrolowana kakofonie smyczków i dęciaków należą do najpiękniejszych na krążku. Opisana w „Stairwell Song” historia miłosna ma swój krótki acz intensywny cinematic ending, „Dance and Sing” zwieńczone jest radosnym chórem głoszącym: with every note there is / with every note there was / each passing chord/ there was only love, a „Comet Song” kończy album w spektakularny sposób w rytmie walca. Równowagę na krążku zapewniają bardziej zwyczajne, pozbawione fajerwerków utwory takie jak „Forced Convalescence” czy „Mariana Trench”. Zwyczajne nie znaczy jednak nudne, bo nudy na tej płycie najzwyczajniej nie ma. (sara)


Charli XCX – „how i’m feeling now”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Charli XCX najlepsze albumy nagrywa wtedy, gdy ma na to ochotę, a nie pod presją wytwórni i tony współpracowników. Zeszłoroczny „Charli” miał swoje momenty, ale przeważnie brzmiał jak wygładzona wersja „Pop 2”. Natomiast „how i’m feeling now” to już zupełnie inna historia. Pierwszy duży album powstały w całości w czasie kwarantanny (co symptomatyczne dla roku 2020) okazał się strzałem w sam środek tarczy. Charli śpiewa sama (choć zgrabnie używany autotune i wokalne efekty mogą wywoływać inne wrażenie), produkcja to przede wszystkim dzieło niezmordowanego A.G. Cooka (ale swoje dorzucił też m.in. Dylan Brady ze 100 Gecs), a poruszane na płycie tematy czynią z niej idealny podkład muzyczny pod rozterki i problemy związane z epidemiczną rozłąką, samotnością, tęsknotą do spotkań i zabaw. Nie bez znaczenia był również sposób powstawania płyty – Charli kontaktowała się z fanami i producentami przez streamy wideo, a cała otoczka albumu (klipy, grafiki) to typowy bedroom DIY. Patrząc przez taki pryzmat nie zawahałbym się powiedzieć, że jest to najważniejszy album roku. (jacek)


clipping. – „Visions Of Bodies Being Burned”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Jaki jest Twój ulubiony straszny film? – znacie ten cytat? Tak, to z filmu „Krzyk”. To ten obraz, jak i wiele innych klasyków horroru zainspirowało eksperymentalne, hip-hopowe trio z Los Angeles do nagrania dwóch albumów: tego oraz zeszłorocznego ‘There Existed An Addiction To Blood’. Powyższy cytat pojawia się w utworze „96′ Neve Campbell”, który jest swego rodzaju (krwawym) hołdem dla tradycji final girl w slasherach. Takich nawiązań jest tu cała masa, choćby do filmu „Candyman” (utwór „Say The Name”) czy „Milczenia Owiec” („Enlacing”). Panowie reanimują trochę zapomnianą część kultury hip-hopu zwaną horrorcore (tradycja gatunku została utrzymana także w nazwach utworów), ale robią to na własnych warunkach. Brutalnym, makabrycznym opisom towarzyszy ścieżka dźwiękowa pełna eksperymentów aranżacyjnych. Połamane, zmechanizowane rytmy, nieoczywiste sample, skrzypiące drzwi, huśtawki na wietrze, owce pędzone na rzeź… i kompozycja Yoko Ono. Jednak, mimo wszystkich swoich eksperymentów, jest to materiał zaskakująco przystępny. Panowie przemycają niekiedy sample czy podkłady melodyczne, które równoważą całe to szaleństwo aranżacyjne. Główny MC kolektywu, Daveed Diggs, jest siłą napędową tych utworów. Wystrzeliwuje z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, i co zaskakujące, wszystko jest klarowne i zrozumiałe. Jest strasznie, przerażajaco, czasami groteskowo, niekiedy zabawnie. Czekamy na domknięcie trylogii w niedalekiej przyszłości. Hiphopowy album roku. (piotr)


Darkstar „Civic Jams”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Zawsze opłaca czekać się na Darkstar, co tu dużo mówić. Przed wydaniem albumu światło dzienne ujrzało kilka singli, a ja po przesłuchaniu „Wolf” wiedziałam, że będzie to krążek, z którym bliżej się zaprzyjaźnię. Choć został on nagrany przez pandemią, mi osobiście łatwo odnaleźć w nim sporo napięć i kruchości, tożsamych ze stanami izolacji i dystansu, w których aktualnie znajdują się ludzie. Muzycy nadal realizują charakterystyczny dla siebie minimalistyczny shoegaze’owy introspektywny styl, a głos Aidena Whalleya wciąż chwyta za serce i przenosi gdzieś daleko. Miodzio! (agata)


Declan McKenna – „Zeros”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Nie tylko u wspomnianego w tym podsumowaniu Yvesa Tumora inspiracja glamem jest silna. Declan również całymi garściami czerpie z popisowego gatunku Davida Bowiego i Roxy Music. Różnica jest taka, że Brytyjczyk żeni go z całkiem innymi dodatkami – space rockiem, lekkim indie i pop rockiem. Wyszedł z tego album bardzo przyjemny w odbiorze, lekki, a zarazem spójny i dojrzały, szczególnie jak na 22-latka. Brak słabych utworów i pełen przegląd chwytliwych hitów. Od stadionowego „The Key to Life on Earth”, przez podszyty funkiem „Daniel, You’re Still a Child” czy noisem „Rapture”, po power balladowe „Be an Astronaut”. Spójny i dopracowany album-niespodzianka. (jacek)


Fiona Apple – „Fetch The Bolt Cutters”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

To dopiero piąty studyjny album Amerykanki i do tego wydany niespodziewanie bez żadnej promocji czy marketingu (o to, akurat trudno było w zeszłym roku). Na tej płycie Fiona w warstwie muzycznej stawia przede wszystkim na wszelkiego rodzaju instrumenty perkusyjne czy przeszkadzajki. Do całego zestawu dźwięków (w tym odgłosów psów samej artystki) dochodzi również tekst. Fiona w wielu miejscach brzmi po prostu wściekle, podbudowując swoje uczucia feministycznymi przesłankami, walką z bezsilnością i pewnym porządkiem światkiem. Wszystko to tworzy piorunujący efekt, który wywołuje ciarki. Ale poza tą złością, można zauważyć coś o wiele bardziej optymistycznego: Fiona Apple wydaje się być w końcu szczęśliwa. Nie ograniczona wpływami wytwórni (która przez dekady rzucała jej kłody pod nogi), nagrała i sama wydała najlepszy album w swojej karierze. Wypełniony po brzegi hymnami na cześć kobiet („Ladies”, „For Her”), krytyką patriarchatu („Under The Table”) czy opisami depresji („Heavy Balloon”), ale także swego rodzaju rozliczeniem artystki z przeszłością i jej demonami („Shameika”). Album pełen wściekłości, nawet rozpaczy, ale i katharsis. Nie tylko dla niej, ale i dla nas, słuchaczy. Oby tylko nie kazała nam czekać na następny album kolejne 8 lat… (piotr)


Fleet Foxes – „Shore”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Zaskakująco radosny album jak na to, że ukazał się w ponurych czasach początku pandemii i to bez widoków na właściwą promocję przed publicznością. Ostatniej wiosny Robin Pecknold robił sobie wycieczki samochodowe, podziwiał przyrodę i zapisywał pomysły na piosenki. W przyrodzie znalazł spokój i optymizm, który później przekształcił w 16 różnorodnych utworów pełnych ciepłego brzmienia gitar, radosnych dęciaków i charakterystycznych dla Fleet Foxes harmonii wokalnych. „Shore” ma wiele wspólnych mianowników z poprzednim krążkiem, ale cechuje go większa przystępność i rozbrajająca bezpretensjonalność. W „Young Man’s Game” Pecknold śmieje się sam z siebie i ze swoich młodzieńczych ambicji, a w „Sunblind” oddaje hołd podziwianym przez siebie zmarłym muzykom. Ten album to dzieło dojrzałego muzyka, który wie, że nie musi już nikomu nic udowadniać i może po prostu zająć się robieniem tego na co ma ochotę. (sara)


Fleshwater – „Demo”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / YouTube

Trochę to ironiczne, że w roku premiery nowej płyty Deftones nieznany zespół (ale tylko na pierwszy rzut oka, bo tak naprawdę to side project członków Vein) wydaje demo brzmiące jeszcze bardziej deftonesowo niż sami Deftones. Co prawda „Ohms” to bardzo dobry album, ale na trzech utworach znajdujących się na „Demo” wszystko jest po prostu bardziej charakterne, mocniejsze, surowsze, aż z daleka pachnące alt metalową tradycją. Ten materiał to tylko osiem minut, ale mimo krótkiego czasu trwania jest na nim też dużo shoegazowej przestrzeni, obecnej gdzieś między napiętrzonymi partiami gitar. Nie wiadomo, czy Fleshwater kiedykolwiek wydadzą coś jeszcze, ale jeśli tak, to będzie to naprawdę wielkie święto. (jacek)


Gorillaz – „Song Machine, Season One: Strange Timez”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

Ten album nie powinien brzmieć tak spójnie jak brzmi. W końcu to praktycznie (poza kilkoma wyjątkami) same utwory singlowe. Wydawane w około miesięcznych odstępach początkowo miały nie trafić na wspólny album. Dobrze jednak, że Damon Albarn zdecydował się wypuścić je w formie zamkniętej całości. Występy gościnne, które przeszkadzały na płycie „Humanz” – również przecież zdominowanej przez innych artystów – tutaj sprawdzają się doskonale. Każdy z gości dodaje coś od siebie, ale nie przytłacza charakterystycznego brzmienia Gorillaz. W końcu słychać zespół, który tak bardzo pokochaliśmy za „Demon Days” i „Plastic Beach”. Niezależnie od tego czy będzie to dramatyczny (na granicy pastiszu) Elton John, bawiący się doskonale swoim wizerunkiem Beck i rapujący wściekle Schoolboy Q – wszyscy wpasowali się tu idealnie. Można by tak wymieniać bez końca. Nie ma tu dłużyzn, niepotrzebnych dodatków. Po prostu nowe-stare Gorillaz – takie jakie lubimy najbardziej. A Sezon 2 podobno za rogiem… (piotr)


Grabek „imagine landscapes”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

Od wydania „Day One” po 6-letniej przerwie Wojtek Grabek właściwie nie przestaje tworzyć, a każde kolejne jego wydawnictwo przenosi nas na zupełnie inny poziom wrażliwości artysty. „imagine landscapes” wydana nakładem {int}erpret null to jedna z najpiękniejszych płyt, jakie przyniósł nam ten smutny i pokręcony rok. Mniej na niej eksperymentów ze skrzypcami i elektroniką, a więcej złożonych, wielowarstwowych, instrumentalnych kompozycji, które swoimi dźwiękami malują muzyczne pejzaże. To album pełen ambientowych przestrzeni, stonowanych partii fortepianowych i subtelnych skrzypiec, które trafią nie tylko do fanów post-klasycznego minimalizmu. Znajdzie się tam bowiem, kilka zaskakujących momentów („the aftermath”), których do tej pory w twórczości Grabka próżno było szukać. To jedna z tych płyt, do których chce się wracać regularnie, bo działa jak plaster na ranę. (daria)


Jessie Ware „What’s Your Pleasure?”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

W tym roku zarówno Róisín Murphy jak i Jessie Ware skręciły w najbardziej chyba parkietową (czy też dyskotekową) stronę w swojej karierze. I co mogę powiedzieć – w obu przypadkach przypłaciły to wydaniem swoich najpewniej najlepszych albumów. I nie sądzę, że to tylko zasługa tęsknoty za możliwością nieskoordynowanego ruchu w festiwalowym czy klubowym tłumie, które narosło we mnie przez ostatni rok. Na wydanym w czerwcu „What’s Your Pleasure?” jest wykwintnie i bankietowo, jest zmysłowo i pościelowo, jest wreszcie nieskrępowanie i ekscytująco. Ware w każdej postaci odnajduje się błyskawicznie, potrafiąc przykuć swoim głosem i aranżami. Nie wyczuwam tu ani jednej odrobiny nieszczerości, jest tylko radość. (marek)


Kasia Lins – „Moja wina”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Siłą tej płyty jest sugestywne emanowanie wszystkimi inspiracjami, które się nią składają. Wizje końce świata odbijają się w tekstach, marszowej sekcji dętej i goth-bluesowych gitarach, zapożyczenia biblijne mają wyraz w nutce gospelu i dzwonkowo-klekoczących przeszkadzajkach, a poetyckie fragmenty tekstów zaśpiewane są zawsze w odpowiednio teatralny sposób. Poza tym na tej płycie dzieje się bardzo dużo i potrzeba co najmniej kilku przesłuchań, żeby wyłapać smaczki ze spiętrzonej instrumentalnej akcji odbywającej się w tle zaangażowanego wokalu Kasi. Zajęcie na wiele wieczorów, a zarazem ważna płyta w szufladce pt. „polska alternatywa”. (jacek)


Laura Marling – „Song For Our Daughter”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Kiedy wszyscy rozpływają się nad nowym wydawnictwem Phoebe Bridgers (całkiem słusznie, bo to bardzo dobra płyta), nowy, siódmy już album Laury Marling przechodzi jakby trochę niezauważony we wszelkiego rodzaju podsumowaniach. Ale dlaczego zestawiam obie płyty obok siebie? Jedno słowo: emocje. Obie artystki zaserwowały nam w 2020 płyty, które są jak emocjonalny kopniak w bebechy. Jednak gdy u panny Bridgers praktycznie wszystko jest w ciemnych barwach, tak u pani Marling rzeczy są trochę bardziej zniuansowane. Od przeszywającego utworu tytułowego, który jest swego rodzaju przestrogą dla tytułowej córki przed okropieństwami tego, rządzonego przez mężczyzn, świata, przez „The End Of The Affair” będącego – jak sam tytuł wskazuje – analizą rozpadającego się związku z łamiącym się głosem artystki, po „For You” (to mruczenie!), które w sposób optymistyczny zamyka całość. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną nie ma tutaj miejsca na duże eksperymenty. Laura Marling pozwala tym utworom oddychać. Dlatego większość z nich zbudowana jest na zasadzie dziewczyna z gitarą śpiewa smutne piosenki. Oklepane? Tak. Działa? Jak rzadko kiedy. Formuła ograna do bólu jest największą siłą tego albumu. Utwory są w większości oparte na gitarze akustycznej i głosie, niekiedy okraszone smyczkami, czy delikatnymi wpływami … afrobeatu („Strange Girl”). To jednak tylko dodatki do przepięknej całości. Świat zbudowany na tej płycie jest smutny, melancholijny, ale bywa też pełen optymizmu i ukrytej głęboko nadziei na przyszłość. Zdecydowanie najlepsza płyta w dorobku artystki i album roku dla piszącego te słowa. (piotr)


Lianne La Havas – „Lianne La Havas”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Lianne jest na tej płycie jeszcze bardziej minimalistyczna niż zazwyczaj. Aranżacje poszczególnych utworów zostawiają wokalowi szerokie pole do popisów i na tym właśnie obszarze dzieją się największe cuda – artystka rozbraja emocjonalnie słuchacza, czyta z niego, uderza w najsłabsze punkty i w brawurowy sposób przerabia, wydawałoby się, że nietykalny, przebój Radiohead („Weird Fishes”). Instrumenty, mimo że ustawione przez Lianne w szeregu i grające tak, jak ona im zaśpiewa, też nie są bez znaczenia – gitara basowa muska uszy, uderzenia w perkusję są starannie przemyślane, dodatkowe przeszkadzajki pojawiają się tylko wtedy, kiedy trzeba. Jeśli zapytacie, jak nagrać płytę bez jakiegokolwiek zbędnego dźwięku, Lianne La Havas już czeka z pięćdziesięciominutowym wykładem na ten temat. (jacek)


Mac Miller „Circles”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

Próbując ostrożnie wybierać muzyczne wydawnictwa, które okazałyby się dla mnie najlepszymi w 2020 roku stwierdziłem, że powinny to być krążki, przy których słuchaniu czułem się najlepiej, do których wracałem z wielką chęcią i które do teraz wciąż mam w pamięci. Wydana pośmiertnie stylistyczno-myślowa kontynuacja ostatniego nagranego za życia albumu Maca Millera zdaje się pasować do wszystkich tych kategorii. A przy okazji, jak chyba wszystkie wybrane przeze mnie pozycje, można by ją umieścić w topce najlepszych. „Circles” to emanacja spokoju i błogiego lenistwa, ale też pewnego zmęczenia i depresji – co w kontekście odejścia muzyka uderza jakoś bardziej. „Circles” to potwierdzenie swojego miejsca w życiu, ale też i poszukiwania. Bo ten to kolejne, po „Swimming”, stadium rozwoju Millera jako artysty sięgającego dalej – poza znanymi już dobrze odcieniami funku i muzyki popularnej do choćby soulu czy bluesa. „Circles” to mała wizja tego, kim za parę lat McCormick mógłby się stać. I być może dlatego przyległa do mnie tak bardzo i od roku nie puszcza. (marek)


Magdalena Bay – „A Little Rhythm and a Wicked Feeling”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / YouTube

Magdalena Bay są najciekawszym debiutującym duetem ostatnich lat. Takiej przebojowości nie da się osiągnąć w zwykły sposób, pojawiają się więc podejrzenia, czy przypadkiem nie zaprzedali komuś duszy. Mica i Matthew mają niebywały talent i bynajmniej wcale go nie marnują (wydali w tym roku dwie EP-ki). Na minialbumie jest sporo patentów zainspirowanych bubblegum bassem, k-popem i housem. Ponadto Magdalena Bay są mistrzami tworzenia skondensowanych piosenek, w których liczba atrakcji na minutę jest porażająco duża. Nośne refreny, zróżnicowana brzmienie zwrotek, bardzo rozdmuchane finały. Dzieje się tu tyle, że momentami można złapać się za głowę z wrażenia, w dodatku wszystko jest ciekawe i obecne w utworach w bardzo naturalny, nienachalny sposób. Choćby dlatego już teraz można być pewnym, że Magdalena Bay zawojują rynek. Pozostaje tylko pytanie: zrobią to wcześniej czy później? (jacek)


Muzz – „Muzz”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Muzz to coś na kształt supergrupy, tworzą ją Josh Kaufman – człowiek z bogatą historią na nowojorskiej scenie muzycznej, Matt Barrick – perkusista the Walkman i Paul Banks, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Najfajniejsze w tym albumie jest to jak różni się od Interpol i całej postpunkowej sceny nowojorskiej, nie żeby z Interpol coś było nie w porządku, ale trudno jest nie porównywać. Muzz to dojrzalsze oblicze Banksa, nawet sposób, w który on śpiewa na tym albumie jest inny, tak jakby chciał uchodzić za zmęczonego życiem pana w średnim wieku. Jego umiejętność przekazywania emocji powoduje, że wzruszamy się razem z nim (ten łamiący się głos w „Knuckleduster”), a aranżacje na tym krążku są bogate i mieszczą w sobie wiele barw i dźwięków. Piosenki Muzz lubią mieć rozciągnięte, rozbudowane końcówki („Evergreen”) i przebojowe refreny (singlowe „Red Western Sky”), a od czasu do czasu panowie uraczą nas rozedrganą gitarą, która w połączeniu z pełnym dramatyzmu wokalem łamie serca. (sara)


Nicolas Jaar – „Cenizas”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / YouTube

Ten rok z pewnością należał do zapracowanego Nicolasa Jaara. Trzy albumy (pod dwoma aliasami), miks, długi singiel, a to wszystko w różnych odmianach elektroniki. Co więc tak bardzo wyróżnia „Cenizas”? Wyjątkowy spokój w brzmieniu. Jaar jest obok słuchacza, powoli otula go swoimi dźwiękami, bardzo rozsądnie dawkuje kolejne zabiegi i zwroty akcji. To jednak nie znaczy, że dzieje się tu mało. Po prostu dzieje się… wolniej. Okazuje się jednak, że w takiej formie Jaar potrafi zarówno na swój sposób wezwać do zabawy (mantryczne „Mud” albo zmierzające we wszystkie strony na raz „Faith Made of Silk”), jak i wzruszyć (wycofane ambient popowe „Vanish”). Wszechstronna płyta wszechstronnego artysty. (jacek)


Pejzaż „Blues”

Posłuchaj: Bandcamp / YouTube

Bartosz Kruczyński w 2020 zdecydowanie nie próżnował. Jako Earth Trax wydał dla wytwórni Shall Not Fade „LP2 Ambient Dance”, a pod aliasem Pejzaż w marcu pojawił się „Blues”, a całkiem niedawno, bo 31 października „Noce i dnie”. I choć wszystkie produkcje utrzymywały wysoką jakość w swojej różnorodności, to mi stylistycznie najbardziej spodobał się „Blues”. Tym razem Bartosz zrywa z samplowaniem utworów muzyki rozrywkowej z czasów PRL-owskich na rzecz tzw. ejtisów (lata 90-te), które w ostatnim czasie otaczane są nowym kultem i odczarowywane, z ich jaskrawości i tandety czyniąc atut. Całość ma optymistyczny wydźwięk, choć ja dostrzegam w nich lekki powiew melancholii (w sumie to „Blues”). Fragmenty utworów Reni Jusis, Roberta Gawlińskiego czy Marii Sadowskiej podane w nowych trochę jazzujących, trochę house’owych aranżacjach mają ogromną szansę zawojować parkiety (o ile będzie można gdzieś do nich poza domem potańczyć). Zdecydowanie polecam do wysłuchania od początku do końca. (agata)


Pejzaż „Noce i dnie”

Posłuchaj: YouTube

Ten album to nie tylko najlepszy dowód na to, że rządowe programy wsparcia sektora kultury mogą działać, jeśli trafią na odpowiednią osobę (co wcale nie znaczy, że sposób przydzielania funduszy nie był tragicznie zły), ale też wyjątkowy eksperyment Bartosza Kruczyńskiego z nieco inną niż dotychczas formą. Słuchacze oczekujący house się zawiodą, ale ci szukający świetnych sampli już nie – płyta obfituje w znalezione w głębokich czeluściach archiwów fragmenty polskich piosenek, tym razem jednak zabierające słuchacza w duchologiczną podróż do uzdrowiska Brzozów-Zdrój wprost z okładki płyty. Trudno nie poczuć tu inspiracji The Caretakerem, ale jest ona przeniesiona na polski grunt – Bartosz zabiera słuchaczy w podróż do miejsc, które już nie istnieją, dźwiękami, które są już zapomniane. W tej wyjątkowej eskapadzie częściej będziemy się smucić lub bać niż skakać i tańczyć, ale wrócimy z niej bogatsi o rozmyte wspomnienia. Wcale nie nasze wspomnienia. (jacek)


Phoebe Bridgers „Punisher”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Wyrazistość i emocje – to chyba najlepsze ze słów, jakimi mógłbym określić drugi solowy album Bridgers. Jest bowiem coś poruszającego w tym, w jak bardzo absurdalny, a jednocześnie rozczulająco bezpretensjonalny sposób podchodzi ona do pisania o otaczającej ją rzeczywistości czy swoich uczuciach. Wyznam, że śpiewanie o pozbywaniu się skinheadów z sąsiedztwa, o tym, że jest się kłamcą-który-kłamie, o nienawiści do swoich teściowych i patrzeniu w niebo w celu szukania śladów obcych oraz chemtrailsów nigdy nie było tak po prostu, po ludzku, przyjazne i piękne. A patrząc na to, jak dobrze rozwinięto tu indie-rockową stylistykę Bridgers znaną z debiutu, ciężko nie czekać na to, co pojawi się na jej trzecim krążku. (marek)


Protomartyr – „Ultimate Success Today”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Piąty album formacji z Detroit ukazał się w lipcu, ciężkie gitary przeplatane ciepłym dźwiękiem saksofonu łączą się tu z apokaliptycznymi tekstami tworząc nastrój niepokoju odzwierciedlający dziwne czasy, w których żyjemy. Każdy z dziesięciu kawałków, na które składa się album ma w sobie moc przejawiającą się zarówno w intensywnych riffach jak i w pełnym emocji wokalu Joe Caseya, który jest jednym z najlepszych tekściarzy współczesnego rocka. Jego teksty to opowieści, zazwyczaj pełne strachu, złości a czasem poczucia rezygnacji. „Ultimate Success Today” to również eksperymenty stylistyczne, Protomartyr zaprosili do kolaboracji kilka osób spoza ścisłego grona członków zespołu rezulatatem czego jest obecność na albumie takich w teorii nie- rockowych instrumentów jak saksofon czy klarnet, który fantastycznie urozmaica brzmienie „Processed by the Boys”. (sara)


Rosalie. – „IDeal”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Dwa polskie albumy popowe są w tym roku w mojej osobistej topce, a tym drugim jest właśnie dzieło Rosalie. (co ciekawe, między Adamem Byczkowskim a Rosalie. jest ciekawa paralela – on urodził się w Polsce, a mieszka w Niemczech, ona odwrotnie). Co prawda po jej poprzedniej płycie było wiadomo, że będzie tylko lepiej, ale na „IDeal” Rosie przerosła samą siebie. Zresztą, sprzyjało temu wiele czynników. Kontrakt z Def Jam Recordings Poland, jak i ponowne zacieśnienie współpracy z jedną z najlepszych polskich producentek – Chloe Martini. Właśnie chemia między tymi artystkami jest jedną z głównych zalet płyty – na „Najbliżej” czy „Chodź Chodź Chodź” Rosalie. bez skrępowania płynie po basach Chloe, czując wszystkie dziwaczne meandry podkładu i wchodząc w nie swoim wokalem. Tak właśnie powinien brzmieć mainstreamowy pop w kraju nad Wisłą. (jacek)


Sega Bodega „Salvador”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

„Salvador” miał premierę 14 lutego i od razu się w tym albumie zakochałam, od ręki wpisując go do swojego zestawienia The Best Of 2020. Nawet napaliłam się na warszawski koncert w ramach trasy promującej krążek, ale taki mamy klimat i niestety został on przełożony na bliżej nieokreśloną przyszłość. Szkoda, bo już wyobrażam sobie jak niesamowicie mógłby wybrzmieć na żywo materiał z „Salvadora”. Mieszając pop, muzykę eksperymentalną, UK Bass czy r’n’b Sega Bodega tworzy bardzo intymną, ale też dosadną opowieść o szukaniu własnej tożsamości, dotykając tematy związane z bliskimi relacjami czy uzależnieniem. Wszystko oczywiście w bardzo nowatorskiej i niepodrabialnej formie. (agata)


Soccer Mommy „color theory”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

W osobistych podsumowaniach albumów w ostatnich latach rzadko się zdarzało, aby czołowe miejsca zajmowało aż tyle wydawnictw pokrewnych z muzyką rockową. „color theory” to również jeden z wielu przykładów, że stylistyczne zasięganie do czasów minionych połączone z pomysłem na siebie jest w stanie przybrać naprawdę dobre efekty. Popowa odmiana indie-rocka w wykonaniu Soccer Mommy ma się i krążek właściwie nie ustępuje temu, co Allison pokazała na debiucie z 2018 roku. Być może album będący dawką sentymentalnych, gitarowych odniesień do lat zerowych oraz traktujący o radzeniu sobie z depresją i zaburzeniami psychicznychymi działał jako pewna odtrutka, dodatkowa warstwa izolacji przed zbliżającym się pandemicznym światem. I dlatego rzeczy takie jak „crawling in my skin”, „lucy” oraz „circle the drain” jestem w stanie słuchać ciągle. Sprawdzę, jak odnajdę się w tym za jakiś czas. (marek)


Sufjan Stevens „The Ascension”

Słuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Oczekiwania co do tego albumu były spore, bo przecież artystom, z którymi ma się tak osobiste relacje poprzeczkę należy stawiać wysoko. A prawdą jest, że większości dzisiejszych (prawie) 30-latków Sufjan Stevens towarzyszył w sercu i na słuchawkach podczas emocjonujących pożegnań z nastoletnim okresem. Ostatnia dekada to dla niego czas przede wszystkim kolaboracji, remixów i koncertówek. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim powstała długa, rozbudowana i bardzo złożona, zarówno tekstowo, jak i muzycznie płyta „The Ascension”. Znajdziemy tu sporo fascynacji ambientem i wszelaką elektroniką (od tej subtelnej w „Run Away With Me”, po cięższą w „Ativan”), całe spektrum emocji („Tell Me You Love Me” czy „Die Happy”) i aktualne teksty o jakże uniwersalnym wydźwięku {„And as the world burns, breathing in the blight / What’s the point of it if morning turns into night?). Jeśli ktoś szukał artystycznego wyrazu swoich wewnętrznych rozważań, zwątpienia i żalu, to wszystko to i trochę więcej znajdzie na „The Ascension”. (daria)


Taylor Swift – „folklore”

Posłuchaj: Spotify / Tidal

Któregoś dnia Taylor Swift zadzwoniła do Aarona Dessnera z The National i zapytała czy chciałby z nią pracować, on powiedział „tak” a reszta jest już historią. Kolaboracje gwiazd popu ze gwiazdami indie rzadko dobrze się kończą (przykład Lady Gagi i Kevina Parkera), ale zdarzają się chlubne wyjątki. „Folklore” to jesienny album wydany w lecie, wypełniony pełnymi ciepła kompozycjami i wciągającymi historiami. W kawałkach wyprodukowanych przez Dessnera obecne są ślady brzmienia the National (komu pianino z „Cardigan” nie przypomina „Light Years”?), ale równie dobre są te utwory przy których pracował wieloletni współpracownik Swift – Jack Antonoff. „My Tears Ricochet” pod lekką strukturą kryje emocje dwojga byłych kochanków, ich tęsknotę, wyrzuty sumienia i rozpacz, a „August” jest nostalgicznym wspomnieniem letniego romansu ubranym w ciepłe, intensywne brzmienie gitar przywodzące na myśl końcówkę lata i to uczucie, że coś nieodwracalnie się kończy. Na albumie znalazło się również miejsce na duet z Justinem Vernonem z Bon Iver w dosyć ascetycznej balladzie „Exile”. (sara)


The Strokes – „The New Abnormal”

Posłuchaj: Spotify / Tidal / YouTube

Takiego zwrotu akcji nie spodziewali się chyba nawet najwięksi fani. Mamy w końcu do czynienia z zespołem, który ostatni bardzo dobry album wydał siedemnaście (według niektórych dziewiętnaście) lat temu, a ostatnie kilka lat zachowywał się tak, jakby był zmuszany do grania przez jakieś tajemnicze siły. Skąd więc ten nagły wiatr w żagle i zupełnie nowa muzyczna jakość? Czynników jest kilka i na pewno można do nich zaliczyć poboczną aktywność członków zespołu (na czele z projektem The Voidz), producenta płyty Ricka Rubina i transformację Juliana Casablancasa w zwinnego tekściarza, zdolnego napisać melancholijne opowieści („At the Door”) i rzucić ironicznymi obserwacjami („The Adults are Talking”). Co jednak najważniejsze: do zespołu wróciła radość z grania i słychać to na każdym kroku tej zaskakująco dobrej płyty. (jacek)


The Wytches „Three Mile Ditch”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Pochodzą z nadmorskiego Brighton, ale brzmią bardziej amerykańsko niż angielsko. Na Wyspach nikt tak nie grał od czasów nieodżałowanych The Cooper Temple Clause. Na „Three Mile Ditch” garażowe granie spotyka się z gotyckim nastrojem, pobrzmiewają dalekie echa grunge’u i Black Rebel Motorcycle Club, a brudne riffy towarzyszą tekstom jakby inspirowanym prozą Edgara Allana Poe. Niektóre kawałki, takie jak otwierający album „Cowboy” momentalnie wpadają w ucho, inne tak jak „Meat Chuck” rozkręcają się powoli w rytmie post-punkowego grania zanim na dobre przypuszczą atak na słuchacza. Tych, którzy nie lubią gitarowego jazgotu The Wytches potrafią oczarować łagodnymi melodiami takimi jak „White Cliffs”. Najbardziej niebrytyjski z brytyjskich zespołów nagrał jedną z lepszych rockowych płyt roku. (sara)


Willaris K. „Lustre” / „Full Noise”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Od momentu wydania debiutanckiego albumu w 2018 roku fani Willarisa. K chcieli tylko więcej. Sam artysta ten rok miał spędzić na koncertowaniu. Swojego potencjału nie zmarnował i dostarczył nam aż dwóch EP-ek, które spokojnie mogłyby stworzyć długogrający album. Willaris. K konsekwentnie dostarcza wydawnictwa, które przekraczają coraz wyższe oczekiwania, omija wszelkiego rodzaju przewidywania, w jakim kierunku tym razem podąży i nieustannie podnosi swoje własne poprzeczki. „Lustre” pełne spokojniejszych, wolnopłynących melodii połączonych z pulsująca elektroniką zamyka się w zaskakująco spójnej całości. W sześciu utworach prezentuje dynamiczny charakter Willarisa. K i jego abstrakcyjną pracą w studiu. Premierę drugiej EP-ki „Full Noise” przekładano dwukrotnie, ale warto było czekać. Koncertowe zajawki dwóch kawałków „Tanzmaus” i „Full Circle” w wersji studyjnej to kompozycje tak nasycone bitem i intensywnością tempa, że trudno wcisnąć pauzę w trakcie słuchania. Jego ewolucja od domowego producenta do pełnoprawnego artysty została oficjalnie zakończona. (daria)


William Basinski „Lamentations”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

Moim skromnym zdaniem „Lamentations” to najlepszy album Basinskiego od czasów niepokonanych „The Disintegration Loops”, które z roku na roku potwierdzają swoje klasyczne piękno. Nowe dzieło inspirowane jest księgami Starego Testamentu i dotyczy uczuć straty czy opłakiwania kogoś/czegoś, tak bliskiego każdemu z nas. Spostrzegawczy znajdą w tytułach czy wersach sporo nawiązań do postaci czy treści biblijnych, które mnożą się w miarę znajdowania kolejnych zależności i korelacji. To kolejna płyta idealnie sprawdzająca się jako tło do obserwacji postępującej zagłady świata i lamentowania nad stanem ludzkości. (agata)


Woods – „Strange to Explain”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal

„Strange to Explain” zostało nagrane w Stinson Beach w Kalifornii i zdecydowanie zawiera namiastkę tamtejszego słońca w subtelnych indie – folkowych piosenkach. Bezpretensjonalne, lekkie utwory wypełnione są kojącym brzmieniem melotronu, klawiszy i gitar akustycznych, a także zawierają nutkę psychodelii. Utwory takie jak „Can’t Get Out” czy dosyć ascetycznie zaaranżowne „Next to You and the Sea” nadają albumowi dynamiki podczas kiedy celebrujące brzmienie gitary akustycznej „Be There Still” czy „Just to Fall Asleep” wprowadzają cień nostalgii i odrobinę czysto folkowego kolorytu. Singlowe „Where Do You Go When You Dream” ma uzależniającą melodię i refren, który w czasach izolacji społecznej nabiera nowego znaczenia (I see old friends when I sleep, where do you go when you dream?). (sara)


Yves Tumor – „Heaven to a Tortured Mind”

Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / YouTube

Yves Tumor aka Sean Bowie wziął sobie do serca nazwisko i nagrał płytę na wskroś „Davidową”. Odszedł od wszechobecnego chaosu rodem z „Safe in the Hands of Love” – tam było ciekawie, ale działo się za dużo, tu jest ciekawie, ale dzieje się w sam raz. Glamowa gitara przecina psychodeliczne pasaże, a wokal Yvesa splata się w miłosnych piosenkach z głosami zaproszonych wokalistek. Oraz oczywiście bas, główny bohater całego tego zamieszania. Wyraźny jak nigdy i niebywale skuteczny we wzmacnianiu siły przekazu. Całość robi niezapomniane wrażenie i to mimo tego, że niektóre piosenki sprawiają wrażenie nieukończonych, a teksty nie zaskakują nadzwyczajną głębią. (jacek)

Nie ma więcej wpisów