Była numerem 2 prestiżowego rankingu BBC Sound of 2010. Nagrała świetną debiutancką płytę The Family Jewels pod czujnym okiem ekstrawaganckiego Gonzalesa. (Chili Gonzales, ten od Feist i Jamiego Lidella.) Na drugim albumie zapragnęła flirtu z kiczem. Electra Heart jest więc krążkiem, któremu trzeba dać szansę, przegryźć się przez słodki lukier i prostackie rytmy dyskotekowe, by dostrzec atrakcyjność piosenek z najnowszej płyty urodziwej Greczynki.

Marina ma niesamowity głos. Mocny i o dużej skali. Dziewczyna potrafi też nieźle bawić się swoim wizerunkiem. Na Electra Heart postanowiła przeobrazić się w blond divę. Archetyp kobiety wyzwolonej. Zepsutej przez amerykański styl życia. Tak doskonale wcieliła się w rolę, że piosenki z tej płyty wyszły jej lekko robaczywe. Jest w nich pierwiastek oryginalności z debiutu, ale trzeba czasami cierpliwości, by przymknąć ucho na brzmienia zahaczające o euro dance’ową tandetę. Ale jak się weźmie pod uwagę, że ma się do czynienia z koncept albumem w przerysowanej stylistyce pop z ciężkim makijażem, wtedy wysupła się spod tego celowego blichtru zmyślne harmonie i urok tych piosenek. Najłatwiej udaje się to za sprawą przewrotnie akustycznych wersji oryginalnych kompozycji z płyty, w których analogowe klawisze współgrają z akustycznymi gitarami. Wtedy można naprawdę docenić kunszt Primadonny czy Homewrecker. W wersji podstawowej nowe utwory artystki są lekko „radioaktywne”, ale i tak wygrywają w cuglach z nowymi dokonaniami Kylie czy Madonny. Bo tak wysoko chyba Marina mierzy. Cel został w pewien sposób osiągnięty: numer 1 na liście sprzedaży płyt długogrających w UK nie zdarza się przecież każdemu.

Mam nadzieję, że przez ten fakt została zaspokojona próżność i ambicje artystki, i kolejna płyta będzie powrotem w klimaty z czasu pierwszego krążka. Na Electra Heart jest zbyt dużo kalkulacji i zgubiła się przez to lekkość, powab i alternatywna nieprzystawalność osobowości jaką jest Marina. Wyrazisty, ale średni album, który byłby zjawiskowy, gdyby nie koniunkturalna chęć schlebiania masowym gustom. Płyta, do której trzeba się przekonać, nie do pokonania dla słuchaczy, którzy nie przymkną ucha na specyfikę konwencji przekraczania granic kiczu.

Nie ma więcej wpisów