Z Japandroids teraz mogą zacząć się problemy. Bo przecież Celebration Rock to tak naprawdę Post-Nothing, na pierwszy rzut ucha, z jedną, nic nie znaczącą różnicą. Mam na myśli opisywany już kilkakrotnie dźwięk fajerwerków, w numerze otwierającym. Ale to tylko powierzchowna różnica. Bo jest ich jeszcze kilka.

Pierwsza z nich to najpoważniejszy zarzut – to co stanowiło największy plus debiutu, tutaj znika. Niby nadal jest gówniarsko i szczerze, ale pomimo, że to nadal to samo, to już coś jest inaczej. Ta intymność, którą nakrapiane było
tutaj przemienia się w teksty nie zwracające najmniejszej uwagi. Pozornie, nadal można znaleźć coś, co chce się wykrzyczeć razem z Brainem i Davidem, ale to już nie nudzi tylu emocji. Wręcz trąci banałem. Na domiar złego, refreny potrafią zamknąć się w ramach „łołłołoooł”. Fanów może zaboleć. Zwłaszcza, że niezłych numerów mamy tutaj raptem duet.

I bynajmniej nie mam na myśli kwestii brzmieniowych, bo jeśli kogoś dziwi, że King i Prowse, niemalże kopiują swoją pierwszą płytę, powinien się zastanowić, czy naprawdę wcześniej słyszał tych dwóch Kanadyjczyków. Jednoakordowe numery to ich brzmienie i jak na złość, to również im więcej szkodzi, niż pomaga. Rezultat jest podobny, jak przy odsłuchu debiutanckiego Post-Nothing. Pomimo ciekawego brzmienia, słuchacz , nie jest w stanie zapamiętać jakiegokolwiek numeru.

W tym momencie powraca problem, bo gdyby to była pierwsza płyta, nadrabialiby energią i entuzjazmem. Ale już nie nadrabiają i wskazanie Evil’s Sway oraz Fire’s Highway, jako tych nieco lepszych momentów, nie jest komplementem, a nauką. Fajerwerki w „The Nights of Wine and Roses”, jak i sam tytuł krążka mogłyby sugerować, że płyta będzie z gatunku tych zostawiających szczękę na podłodze, ale jak to często bywa w przypadku podobnych zabiegów, materiał, który miał razić niczym petardy Jumbo okazuje się być zaledwie zbiorem kilku korsarzy.

Nie ma więcej wpisów