Niektórym fanom tej kobiety – o jakże intrygującej urodzie – wydawało się, że czekanie na nowe wydawnictwo ich oblubienicy dorównuje oczekiwaniu fanów Gunsów na Chinese Democracy. Jednak nie 15 lat, a o ponad połowę krótszy okres przyszło czekać na czwarty krążek (pomijam oczywiście sesję iTunesową) Amerykanki. Kto się spodziewał innowacji (serio, są tacy) raczej nie będą zadowoleni. Kto natomiast pokochał Fionę za jej styl, miłość swoją umocni.

Materiał z albumu o tytule tak długim, że rzadko kto go przytacza, posiada wiele wspólnych kontrapunktów z poprzednimi wydawnictwami. Artystka nie zrzekła się w dużym stopniu swojej agresywnej wokalizy i przygnębiającego brzmienia, i nie postawiła na jaśniejsze odcienie swojej wrażliwości, chociaż tego typu wycieczki są widoczne i słyszalne. Największą odpowiedzialnością za tę odmienność obarczyć można singiel Every Single Night czy częściowo utwór Daredevil. Okazjonalnie, na czwartej płycie, mimo wszystko, poznajemy piosenkarkę w pewien sposób od drugiej strony – tej odrobinę radośniejszej. Cały czas jednak Fiona przypomina o swoim cynizmie, ostrym języku i – powiedzmy – zdecydowaniu. Pianino sprawia wrażenie bardziej przedmiotu terapii, niż instrumentu, ze względu na sposób gry. Każdy kolejny dźwięk został właściwie z niego wyciśnięty, wymuszony. Tę ekspresję słychać już od tak dawna, a nadal robi wrażenie. Nawet jeśli Apple gra motywy łagodniejsze, bardziej stonowane, pianino wciąż mocno i wyraziście jest zmuszane do wydawania dźwięków. Dla niego nie ma tu wytchnienia. Wyjątkiem od tej reguły jest w pewnym stopniu Werewolf przez pewną swoją część grany spokojniej, dodatkowo odznaczający się najwyrazistszym zabarwieniem melancholii na The Idler Wheel… Brzmienie wszystkich kompozycji wzbogaca cała paleta przeszkadzajek i perkusjonaliów. W większości brzmią one motorycznie, są mało znaczącym urozmaiceniem. Rzadko wskakują na pierwszy plan. Fiona jednak się nie ogranicza do tego rodzaju instrumentarium i – jako zapełnienie tła utworu – pozwala sobie wykorzystać odgłosy krzyczących dzieci lub tego rodzaju dźwięków, którego źródło wskazać jest dość trudno – Periphery. Głównie jednak – wiadomo – terapia, pianino, silny wokal.

Podsumowując zatem: dostajemy dobrą, znaną Fionę, która nie pozwala sobie na większe wycieczki. Dość rygorystycznie trzyma się obranego celu, maczając swoje piosenki w jazzie. Powinno to ja dyskredytować, ale wcale tak nie jest. To głównie sprawka dodatków i jej charyzmy bijącej z każdej nuty.

Nie ma więcej wpisów