Of Monsters and Men to półprodukt, zlepka dla mas stworzona z zimną kalkulacją, którą można znaleźć zarówno w mainstreamowych stacjach, obok takiej Rihanny, jak i na portalach muzyki niezależnej. I w obu tych przypadkach odczucia będą wydawać się podobne – potencjał, energia, radość. Można oczywiście stwierdzić, że to właśnie styl, ta chwytliwość melodii nadaje taki obrót całej sprawie. To nie kolejni Sigur Rós czy Björk – artyści, na których polują nisze i głęboko pojmowana elita, która rzekomo ma prawo do mówienia co w muzyce jest dobre a co nie.

Ale odchodząc od drobnych złośliwości, zespołowi należą się pochwały. Szanuję, że Islandczycy potrafili się wybić i próbują swoich sił w wielkim świecie, powodując, że nawet i moja nóżka wybija rytm Little Talks, ja sam zaś wesoło wyśpiewuję refren singla. Ale przecież podobne letnie kompozycje można usłyszeć na każdym kroku, szybko o nich zapominając, gdy pojawią się nowe. Dokładnie taki kazus dotyka albumu My Head Is an Animal, który – pełny dobrze ułożonych, mocnych refrenów kompozycji (świetne Six Weeks, Mountain Sound) i ciekawych przestrzeni (Dirty Paws) – początkowo odurza, by następnie stać się rozwlekłym, godzinnym zniechęceniem.

Jeśli, patrząc na tracklistę, miałbym wskazać ciekawsze kompozycje tego wydawnictwa, pewnie nie miałbym z tym problemów. Inna sprawa, jeśli miałbym któryś z tych utworów zanucić lub powiedzieć o czym jest. Jedyne co wtedy świtałoby mi w głowie to nazwy zespołów, do których mogę Of Monsters and Men porównać: żeńsko-męskie wokale, choć nie tak lekkie jak przy The XX (linia melodyczna Lakehouse), jeszcze większe odcięcie od tradycji folku i ulokowanie się w sferze popu, niż ma to miejsce w twórczości Mumford & Sons, wreszcie też pompatyczność Arcade Fire bliższa ich ostatniej płycie. Nie mam tu żadnych pretensji, skojarzenia bywają różne, lecz powinny być tylko dodatkiem do zespołu, kwestią porównawczą – nie zastępczą.

Chętnie więc posłucham, potańczę i pośpiewam wraz z Bryndís Hilmarsdóttir i Ragnarem þórhallsson, ale nie jestem w stanie wyczuć dopełnienia między wokalistami, świeżości brzmienia i jakiejkolwiek chemii z utworami. Pojedyncze twory przemawiają i skupiamy się na nich podczas ich wybrzmiewania. Jako całość – stają się zwykłą mozaiką, którą podziwia się podczas zetknięcia i zapomina zaraz po spuszczenia wzroku. Tak nie powinno być. I to chyba najdziwniejsze odczucie, bo nie mam zamiaru wracać do tej płyty, mimo iż wcale nie jest najgorszym, co w tym roku dane mi było słyszeć.

Nie ma więcej wpisów