4.08.2012, Poznań, Stara Gazownia

Sorry Boys
Pomimo okropnej ulewy na samym początku koncertu (i komentarzy: sorry, boys, ale będziemy w samochodzie, bo pada), wszystkie oczy zwrócone były w stronę – momentami wręcz hipnotyzującej – Izy Komoszyńskiej. To niesamowite, że tak mało popularnemu zespołowi, który znalazł się w poznańskim line-upie jedynie dzięki wygranej w konkursie, udało się zwrócić na siebie taką uwagę. Inna sprawa, że zespół wykorzystał swoje trzydzieści pięć minut najlepiej, jak tylko mógł. Obok utworów z Hard Working Classes pojawiła się także zapowiedź planowanej na kwiecień przyszłego roku, nowej płyty oraz niebanalnie wykonany cover Ain’t No Grave Johnny’ego Casha. To był naprawdę dobry początek wieczoru. Nawet padać przestało.

Julia Marcell
Julia Marcell przez miniony rok zdominowała scenę alternatywną w Polsce tak bardzo, że w Poznaniu nikt tak naprawdę nie musiał jej zapowiadać. Od samego początku występu udało jej się wprowadzić nieco chaosu wśród publiki. Zaczęło się od skocznej Matrioszki, następnie pojawiały się kolejne utwory z June, m.in. I Wanna Get on Fire, June czy Ctrl. Wokal artystki wspomagany był dodatkowo przez skrzypaczkę z jej zespołu (Mandy Ping-Pong), przez co udało się uniknąć chórków puszczanych z taśmy. Miejscami utwory brzmieniem przypominały kolędy, szczególnie Echo z dość przesadzoną liczbą pogłosów w niektórych momentach. Tak czy inaczej, wszystko brzmiało bardzo profesjonalnie. Głos Julii po raz kolejny okazał się wręcz zaskakująco idealny.

O.S.T.R. Tabasko
Ostatnio się dowiedziałem, że moje dziecko jest nosicielem gronkowca złocistego. Chyba zabiję kucharkę z przedszkola
. Między innymi takich rewelacji dowiadywaliśmy się pomiędzy utworami. Razem z Ostrym na scenie pojawił się początek różnic muzycznych, jakich miało nas czekać o wiele więcej w sobotni wieczór. Hip-hopu można nie lubić, ale podczas tego występu bawili się dobrze chyba wszyscy. Niesamowicie dobry kontakt z publicznością to atut numer jeden. Podczas koncertu pojawiły się utwory takie jak Jak masz problem, Słuchawki czy Mówiłaś mi, a także Kochana Polsko. Należy wspomnieć również o tym, że skład Tabasko został niedawno wzbogacony o beatboxera Zoraka, który prezentując poznańskiej publiczności swoje umiejętności, wywarł szczególnie dobre wrażenie.

Aleksandra Kurzak/Orkiestra Feel Harmony
Różnic muzycznych ciąg dalszy. Wystąpić bowiem miała postać nieznana szerszej publiczności, zatem mało kto wiedział, czego się spodziewać. Wkrótce na scenie pojawiła się orkiestra oraz Aleksandra Kurzak – znana i bardzo ceniona w świecie wielkich spektakli i oper. To był zdecydowanie najbardziej zaskakujący koncert wieczoru. Nie chodzi oczywiście o walory głosowe solistki – nawet pomimo tak podniosłej atmosfery, zgromadziła dość pokaźne audytorium. Niesamowite, że nawet część obutych w ciężkie glany zwolenników mocniejszego grania, w skupieniu słuchała perfekcyjnego sopranu, wiolonczel i skrzypiec. Występ zakończył się O Zittre Nicht Mozarta w wykonaniu Aleksandry i Sto lat – dla artystki – w wykonaniu publiczności.

Kamp!
Zapowiedziani jako Kampf, spowodowali swoistą bitwę pod barierkami o miejsce w pobliżu sceny. Ich występ poprzedziła zapowiedź Piotra Stelmacha. Trzydziestominutowa porcja przyjemnego electropopu – z równie przyjemnym głosem wokalisty – na dobre rozluźniła atmosferę po poprzednim koncercie. Zaprezentowane zostały utwory z wciąż niewydanej, debiutanckiej płyty zespołu (póki co pojawiły się jedynie EP oraz singiel). Kamp! zagrali dobry koncert. Nie bez powodu ten zespół cieszy się już w tym momencie stosunkowo dużą popularnością. I może rośnie nam polski Little Dragon?

Mitch&Mitch
Macio Moretti (Macio Moretti oprócz tego, że jest muzykiem – projektuje okładki płyt) i jego band zaprezentowali coś… bardzo alternatywnego. Duża dawka humoru, który chyba nie wszyscy dobrze zrozumieli. Podejrzewam, że większość publiczności wciąż może myśleć, że Mitch&Mitch jest zagranicznym zespołem (Macio nie mówił po polsku – mówił po angielsku). Słuchacze rozluźnili się dopiero pod koniec występu – wówczas koncert zaczynał się naprawdę rozkręcać. Momentami brzmieli jak połączenie Pogodna z Archive. To był niepowtarzalny występ, instrumentalny odpoczynek od wokalu. Dobra robota, Macio!

KNŻ
Janek Wiśniewski padł! Razem z nim słuchacze, którzy dopiero wówczas zaczęli prawdziwą zabawę. Zaczyna się koncert – zaczyna się pogo. Tak wielu ludzi i ich konwulsyjny taniec. Zauważyłam, że podczas koncertów Kazika ludzie zaczynają wariować. Tak samo było w Starej Gazowni. Pojawiło się kilka utworów z najnowszej płyty, m.in. Polska jest ważna oraz Plamy na słońcu. Dodatkowo, zespół uraczył nas chaotycznym i wyjątkowo szybkim coverem utworu California Uber Alles zespołu Dead Kennedys. Zdecydowanie – legendę punka powinni byli zostawić w spokoju. Pojawił się również kawałek Tata dilera, czyli mały powrót w lata 90. Po raz kolejny wszystkie oczy zwrócone były ku scenie. Ale tak miało już zostać prawie do samego końca wieczoru.

Acid Drinkers/Nosowska
Podniosłe, wręcz mistyczne intro zapowiadało wielkie wejście. Hit the Road Jack Jacka Charleya, czyli kolejny cover, a na listę gatunków muzycznych trafił kolejny gatunek – thrash metal. Miałam wrażenie, że jednak KNŻ wywołał wśród słuchaczy większe emocje. Oczywiście wszyscy bawili się doskonale. Może oprócz tych, którzy czekali na kolejny koncert. Pojawiło się więcej starszych utworów, jednak krótki, trzydziestominutowy set nie pozwolił na zagranie ich większej liczby. Piosenki Acid Drinkers ustąpić jednak musiały miejsca coverowi. Wątpię jednak, aby Frank Sinatra był zadowolony z tego rodzaju wykonania cudownego New York, New York. Ostatnim utworem okazał się duet z Katarzyną Nosowską w piosence Candy Iggy’ego Popa. Ciekawe, co Iggy pomyślałby o tym wykonaniu? Tego samego dnia gościł on przecież na OFF Festivalu w Katowicach.

Nosowska/Julia Marcell
Nareszcie, przez tak wielu wyczekiwany występ tegorocznej dyrektor artystycznej. Od czego zaczynamy? Od coveru! Niesamowite Let’s Dance Davida Bowiego. Zdecydowanie – ten utwór zasługuje na największe uznanie spośród wszystkich wykonanych w sobotni wieczór. Przynajmniej z mojej strony. Później pojawiały się zarówno utwory z najnowszego albumu, jak i te starsze. Następnie na scenie pojawił się Kazik Staszewski, aby w duecie wykonać chyba nigdy nie grany dotychczas na żywo Zoil. Ile energii miała wówczas poznańska widownia! Później przyszła pora na kolejne duety: z Julią Marcell w utworze Ulala; z Titusem w roli Marka Dyjaka w promocyjnym utworze Męskiego Grania, czyli Ognia. Regularne i rytualne Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć zakończyło trzydziestopięciominutowy występ. Nosowska zostawiła publiczność z lekkim niedosytem. Cóż więcej jednak można zrobić w tak krótkim czasie?

Grabek
Najsmutniejszy moment wieczoru? To ten, kiedy ludzie zaczęli się rozchodzić po koncercie Nosowskiej. Podczas występu Wojciecha Grabka, pod sceną stało co najwyżej pięćdziesiąt osób. Występ dopasowano idealnie do jego pory. Muzyka była nie dość, że bardzo przyjemna, to jeszcze zupełnie wyciszająca. Dodatkowo należałoby spojrzeć, jaką odpowiedzialność wziął na siebie ten niesamowity muzyk, wychodząc na scenę właściwie sam. Multiinstrumentaliści muszą być odpowiedzialni. Grabek natomiast powinien być bardziej popularny, zdecydowanie.

Nie ma więcej wpisów